Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/78-79 2000/2001 Gru 2000 / Stycz 2001

Bez przyrody człowiek jest niczym - z Leonem Mijalem rozmawia Marta Lelek i Janusz Korbel

Śląsk

Leon Mijal, Nadl. Ustroń: Presja człowieka jest bardzo istotnym zagadnieniem, szczególnie na naszychImage terenach Beskidu Śląskiego. Na sobotnio-niedzielny wypoczynek przyjeżdża tu masa ludzi, tworzą się ogromne korki na drogach. Podobnie jest w okresie ferii zimowych, czy podczas masowych imprez organizowanych tutaj w górach. Wielu z tych ludzi rozchodzi się po lasach, a wiadomo, zwierzęta unikają kontaktu z człowiekiem, są płoszone. Co prawda nie ma badań naukowych mówiących, ilu ludzi ten las mógłby pomieścić bez większej szkody, ale widzimy, że jego pojemność na pewno jest przekraczana, szczególnie w okresie masowych imprez. Planiści nie uwzględniają norm pojemności terenu, bo dla tego obszaru nie zostały opracowane.

Mamy więc problem licznego przyjeżdżania tutaj ludzi, a także problem organizowania imprez masowych, często w miejscach, które, ze względu na potrzebę ochrony przyrody do tego się nie nadają. Taką imprezą, organizowaną na szczycie góry Równicy, była u nas “Tam gdzie biją źródła”; w tym roku odbył się tam jakiś koncert rockowy, w porze nocnej, a więc wówczas, kiedy zwierzęta są właśnie aktywne. Ludzie nawet często nie zdają sobie sprawy z negatywnego wpływu takich imprez na życie w lesie, na dzikie życie.

Innym problemem są lokalizacje nowych inwestycji. Każda inwestycja, która ma służyć masowemu wypoczynkowi – np. wyciągi narciarskie, kolejki linowe, jakieś duże centra – ma ogromny wpływ na środowisko. A pomysłów takich jest wiele, często płyną one z kręgów biznesu, bo każdy chciałby zarobić na przyrodzie. Nikt natomiast nie przeprowadza najpierw badań wpływu takiej inwestycji na środowisko.

Jednak moim zdaniem najbardziej negatywnie na przyrodę wpływa obecnie co innego. Jest to prywatne budownictwo mieszkaniowe. Mam na myśli budowanie domów wysoko w górach, zabudowywanie enklaw leśnych i budowa w bezpośrednim sąsiedztwie lasu. Na naszym terenie, niektóre małe kompleksy leśne są już dzisiaj ogrodzone! Ktoś buduje dom, towarzyszy temu ogrodzenie, przylegające do lasu, do niego sąsiad dostawia kolejne ogrodzenie i niewielkie, ale bardzo cenne przyrodniczo fragmenty lasu zostają całkowicie ogrodzone. Przerwane zostają ścieżki komunikacyjne, którymi migrowały zwierzęta z jednego kompleksu leśnego do drugiego, ale to nie wszystko – bardzo dużo gatunków żyjących w naszych lasach związanych jest ze ścianą lasu. Na granicy lasu mają kryjówki, tam jest im najłatwiej o pożywienie. Dotyczy to zarówno ssaków jak i ptaków. Zabudowa ściany lasu wiąże się nieuchronnie ze zniszczeniem tej strefy życia – a dotyczy ona większości gatunków żyjących u nas.

Musimy też pamiętać, że taka zabudowa w bezpośrednim sąsiedztwie lasu to nie tylko obecność tam człowieka,Image to również obecność zwierząt domowych. Koty i psy, które penetrują obszar leśny wokół domu likwidują strefę nadającą się do zamieszkania przez leśne gatunki i całe życie cofa się w głąb lasu. W niektórych przypadkach prowadzi to do utraty charakteru ekosystemu leśnego i zamiany go w park. Jeśli prowadzimy popularne rozmowy z ludźmi to im się to nawet podoba, bo uważają, że park jest ładniejszy niż dziki las, jest bardziej estetyczny, ładniej utrzymany. Są to jednak poglądy wynikające z braku świadomości czym jest las, a czym jest park. Jak różne są możliwości życia i rozwoju w obu tych formacjach przyrody.
Jeszcze gorzej jest, kiedy budownictwo wchodzi w enklawy leśne.

Co Nadleśnictwo robi, żeby ograniczyć wchodzenie zabudowy w tak cenne przyrodniczo obszary?


L. M.: Mamy ograniczone możliwości prawne. Na etapie studium uwarunkowań dla planów przestrzennych wyrażamy swoje opinie, postulujemy na przykład, żeby – jeśli nie można inaczej – to przynajmniej na wysokość drzewostanu, czyli 30 – 40 m, odsunąć się od linii lasu. Postulujemy, żeby nie grodzić tych działek przylegających do lasu. Są to jednak tylko postulaty. Możemy wnioskować, opiniować, mówić ludziom o pewnych rzeczach, o których mogli nie wiedzieć, bo się na nich nie znają, ale takie studium nie jest jeszcze prawem. Nasze opinie nie muszą być uwzględniane w planach zagospodarowania przestrzennego. Pamiętajmy, że grunty w górach są drogie, każdy liczy na korzystną sprzedaż, ludzie, których na to stać, chcą mieszkać w ładnym miejscu, w odosobnieniu. Jest coraz więcej osób, które mają dużo pieniędzy i stać ich na zakup takich działek i wybudowanie tam budynków. To naprawdę duży problem, jak zapobiec zabudowie enklaw leśnych czy bezpośredniego sąsiedztwa lasu. Nawet jeżeli wyjątkowo dużo ludzi przyjeżdża na określoną imprezę gdzieś w przyrodzie, to jednak ludzie ci później wyjeżdżają, przyroda może zabliźnić rany, natomiast zabudowa pozostaje i pewne walory tracimy bezpowrotnie. W dodatku do każdego domu musi być dojazd, pobór wody, są stałe i płynne odpady komunalne, te stałe często leżą za płotem, a podczas zimy do wielu miejsc żaden wóz asenizacyjny nie dojedzie. Jeśli ktoś zainwestuje kilkaset tysięcy złotych w swoją posiadłość, to obecnie nie stać naszego państwa na likwidację tego. Choć oglądałem w ubiegłym roku w Ameryce, w Parku Sekwojowym w Kalifornii, jak na koszt państwa rozbierano 400 budynków, wypłacając olbrzymie odszkodowania, bo uznano, że kiedyś popełniono błąd wydając pozwolenia na budowanie w środku parku. Ale to była Ameryka.

Wracając do pytania o to, co robi Nadleśnictwo, powiem, że dużą wagę przywiązujemy do informowania gdzie znajdują się szlaki przejść zwierzyny, kanały migracyjne. Jeleń, duże zwierzę, ma takich przejść na naszym terenie stosunkowo niewiele. W Ustroniu są dwa takie przejścia – jedno jest tutaj za oknem Nadleśnictwa, gdzie samce, szczególnie w okresie rykowiska, w poszukiwaniu łań przechodzą przez aż dwie, dość ruchliwe drogi, a drugie koło kamieniołomu na Obłaźcu. Przychodzą tu byki nawet ze Słowacji i dla zdrowia populacji jeleni taka wymiana genetyczna jest bardzo potrzebna. Ale jak obronić te kanały migracyjne, skoro grunty, przez które one biegną, są prywatne? Wystarczy zagrodzić teren i jelenie już nie przejdą.
Staramy się też prowadzić edukację ekologiczną w naszym ośrodku, bo ludzie nie zawsze znają problemy i nie zawsze rozumieją wartości jakie niesie dzika przyroda.

Czy w Pana Nadleśnictwie pojawił się problem “dzikich” motocrossowców, rozjeżdżania gór?

L. M.: Tak, pojawia się ten problem, a na największą skalę dotyczy on rowerów górskich. Jest tak dlatego, żeImage wielu rowerzystów nie przestrzega żadnych zasad, jeżdżą wszędzie, także po szlakach turystycznych i w efekcie zdarzają się wypadki, a w ubiegłym roku nawet wypadek śmiertelny, kiedy rowerzysta potrącił turystkę. Bywa też, że rowerzyści, jeżdżąc gdzie popadnie niszczą podłoże. Nie sposób z tym walczyć, podobnie jak z motocyklistami, którzy jeżdżą bez numerów rejestracyjnych, w hełmach, przez które nie widać twarzy.

Ilu ma Pan strażników leśnych?

L. M.: Na etacie mamy dwóch strażników na obszarze 11 500 ha.

Udało się kiedyś złapać jakiegoś motocrossowca?

L. M.: Poprzez informacje od osób, które wiedziały, kto jeździł, udało się nam dojść do jednego i po zidentyfikowaniu i wytłumaczeniu człowiek ten przestał jeździć. Kiedy mówimy o penetracji lasu przez człowieka, to zdajemy sobie sprawę, że nie możemy tego lasu zamknąć, chodzi jednak o to, żeby korzystać z niego w sposób odpowiedzialny, jeździć po wyznaczonych szlakach, dbać o porządek na drogach, które służą np. rowerzystom lub do jazdy konnej. Myślę, że właśnie trasy dla koni mogłyby tutaj istnieć.

Jak wygląda zagrożenie dla przyrody ze strony narciarstwa?


L. M.: W naszym rejonie nie planuje się nowych obiektów, poza wymianą w Jaszowcu wyciągu orczykowego na kolejkę krzesełkową. Warunki śniegowe tutaj są niekorzystne, są to małe góry i one w ogóle nie nadają się na narty. Napływ ciepłego powietrza przez Bramę Morawską powoduje, że śnieg znika błyskawicznie. Żeby jakoś utrzymywać wyciągi trzeba naśnieżać zbocza. Dla środowiska to jest katastrofa. Naśnieżanie wiąże się z poborem wody, którego nikt nie kontroluje. Jeśli obniży się poziom wody w potoku, to żyjące tam zwierzęta giną, bo potok zamarza. Giną pstrągi, traszki, żaby... Nie można naszych gór porównywać z Alpami!

Ile lat pracuje Pan w leśnictwie?

L. M.: W Ustroniu 20 lat.

Jak z tej perspektywy postrzega Pan kondycję lasów, w jakim kierunku zmierza proces?

L. M.: Nasze lasy są w większości lasami sztucznymi. Są to głównie świerczyny, które zaczęto sadzić w połowie ubiegłego wieku. Dopiero po drugiej wojnie światowej zaczęto myśleć o rekonstrukcji, przebudowie drzewostanów na lasy z gatunkami naturalnymi, zgodnymi z siedliskiem. Świerczyny chorują. Przyczyną jest to, że monolity świerkowe nie są naturalne. Jest to jeden z powodów chorowania tych lasów. Innym jest kumulacja zanieczyszczeń powietrza. W latach 70-tych i 80-tych emisje przemysłowe były tu bardzo wysokie. W efekcie mieliśmy do czynienia z organizmem osłabionym, a wówczas pojawia się cały łańcuch chorób, z których do większych problemów należą korniki, opieńka miodowa. Ponieważ jednak prowadzimy przebudowę, każdego roku zmniejsza się ilość świerczyn, a zwiększa ilość gatunków, które są właściwe dla naszych siedlisk, czyli buka, jodły, jesionu, jaworu. Lasy o przewadze tych gatunków są zdrowe, dużo zdrowsze niż monolity świerkowe, które chorują. Staramy się jednak tak pracować, żeby nie dopuścić do dużych wylesień, by nawet na rok nie pojawiła się powierzchnia pozbawiona drzewostanu. Około 80% nasadzeń stosujemy już pod drzewostanem, który ustępuje.

Czy wśród leśników istnieje powszechna zgoda na taką gospodarkę w kierunku naturalizacji lasu? Czasami krytykuje się leśników za nasadzanie świerka w niskich partiach lasu lub modrzewia europejskiego...

L. M.: W naszym nadleśnictwie przebudowa prowadzona jest od dawna, można powiedzieć, że od trzydziestuImage lat. Zapraszam w teren i chętnie pokażę te 30–letnie już dzisiaj pokolenia lasu, które zajmują setki hektarów powierzchni – są to nowe pokolenia lasu, na miejscu świerczyn, już z gatunkami takimi jak buk, jawor, jesion.
Niemniej jednak obecnie ten proces przebudowy uległ przyspieszeniu. Co do konieczności takiego postępowania jest zgoda zarówno wśród leśników jak i naukowców. Nie odstępujemy jednak zupełnie od świerka, bo jest to gatunek górski, a np. istebniański genotyp świerka należy do najlepszych genetycznie w Europie i warto te drzewa chronić. W wyższych położeniach górskich świerk jest gatunkiem jak najbardziej właściwym. Tam gdzie mamy do czynienia z naturalnym odnawianiem się tego gatunku, a nie nadążamy z przebudową, wprowadzaniem takich gatunków jak buk i jodła, tam świerk pozostanie i może trzeba będzie czekać jeszcze jedno pokolenie. W naszym nadleśnictwie co roku przybywa jednak powierzchni z gatunkami właściwymi dla siedliska. Gatunki naturalne nie są tak cenne pod względem finansowym, bo drewno świerkowe jest najdroższe i gdyby patrzeć na las z punktu widzenia ekonomicznego, to najlepszy efekt finansowy osiąga się hodując świerka.

A czy utrzymanie takiej świerczyny nie wymaga dużo większych nakładów niż lasu zgodnego z siedliskiem?

L. M.: Tak, koszt jest wyższy, ale to się jednak finansuje. Nawet drewno, które jest usuwane, bo jest zasiedlone przez kornika, też się sprzedaje, a więc finansowanie takiej gospodarki jest możliwe. Dyskutować natomiast możemy na temat przyrodniczych wartości. Monokultura świerkowa ogranicza znacznie bioróżnorodność w stosunku do lasu naturalnego. Niestety, na razie u nas nie wycenia się wartości związanych z przyrodą, nie wycenia się w postaci finansowej.

Jak wygląda społeczny odbiór takich kroków w ekologizacji leśnictwa, jak pozostawianie drzew martwych, stojących i leżących, w różnych klasach wieku?

L. M.: Cóż, odbiór społeczny jest negatywny, trzeba się z tego tłumaczyć. Staramy się mówić dlaczego to się robi, ale nawet w rezerwatach spotykamy się z krytyką, szczególnie w pobliżu dróg, po których ludzie jeżdżą – zarzucają nam: “Macie bałagan w rezerwacie”. Po prostu są zdania, że trzeba by było teren wygrabić i posprzątać. Trzeba więc o tym mówić w procesie edukacji, już małym dzieciom. Zostawiamy bezwzględnie drzewa dziuplaste, większe okazy drzew, drzewa wzdłuż potoków. Zarządzenie nr 11 (dyrektora Lasów Państwowych – red.) daje nam taką możliwość, bez narażenia się na zarzut, że surowiec na pniu zostaje.

Czy takie właśnie przepisy wyprzedzają chęci leśników, czy wręcz przeciwnie, jest ich za mało?

L. M.: Myślę, że takie chęci były zawsze. Oczywiście, że ludzie są różni, ale leśnicy obcują z przyrodą i jest wśród nas sympatia do tego, czym się zajmujemy.

Jak rodzi się decyzja, żeby zostać leśnikiem?

L. M.: Myślę, że ci, którzy trafiają do tego zawodu mają jednak zamiłowania przyrodnicze. Dzisiaj leśnikom powodzi się lepiej, ale dawniej warunki finansowe na pewno nie mogły zachęcić do tej pracy. Musiały być więc inne motywacje, właśnie zamiłowanie do przyrody, często tradycje rodzinne. Wielu leśników pasjonuje się jakimiś zagadnieniami, jak choćby obserwacja ptaków. Ci ludzie, jeśli bywają często w lesie, miewają świetne rozeznanie.

Jak Pan się zapatruje na plany zagrodowej hodowli jeleni?

L. M.: Jak to kontrolować? Przecież przeniknięcie takiego zwierzęcia do wolno żyjących może spowodować spustoszenie jeśli chodzi o populacje ukształtowane przez tysiące lat. Ludzie ciągle mają jakieś pomysły, jakby się tu dobrać do przyrody i jak na niej zarobić.

Czasami mamy wrażenie, że zawód leśnika wytwarza coś w rodzaju przekonania, że bez leśnika las by nie mógł istnieć. Czy byłby Pan w stanie tak bez reszty zaufać przyrodzie, by w nią nie ingerować, wierząc w jej mądrość?


L. M.: Trzeba by było chyba oddzielić leśnictwo, które jest działalnością gospodarczą - utrzymanie zasobów i trwałości gospodarki od spojrzenia na przyrodę. Czy przyroda potrafi sama dać sobie radę? Przyroda się broni bardzo dobrze. Jeśli chodzi o ekosystem leśny, wszędzie gdzie są lasy naturalne przyroda się broni. W lasach górskich to jest na przykład buczyna. W naturalnych ekosystemach las się będzie bronił. Procesy te są opisane przez naukowców. Nie obroni się jednak w lasach sztucznych, dlatego jest w nich potrzebna praca...

Uprawa?

L. M.: Tak, uprawa, choć oczywiście stopień naturalności lasu jest o wiele większy niż uprawy rolniczej, ale człowiek musi jednak w tę “uprawę” ingerować, choćby w przypadku świerczyn, dla zachowania stanu sanitarnego musi usuwać drzewa chore, w których rozmnażają się korniki. Gdybyśmy tego zaniechali, mielibyśmy do czynienia z dużymi powierzchniami otwartymi. Oczywiście, w drodze sukcesji, po iluś setkach lat też pojawiłby się tam las klimaksowy, czyli drzewostan właściwy dla siedliska i klimatu, tylko czy społeczeństwo by nam wybaczyło takie postępowanie? Z kolei, jeśli gdzieś pozostawiamy procesy naturze, to i tak musimy się tym opiekować – żeby ktoś nie kradł, żeby nie wybudował sobie daczy... słowem potrzeba ludzi w każdym przypadku.

Czy zdarzyło się Panu spędzić noc w lesie?

L. M.: Tak. Niejedną noc spędzałem w lesie.

Czy bał się Pan?

L. M.: Nie, ja nie boję się lasu, w przeciwieństwie do ulicy. Proszę mi wierzyć, w lesie nigdy nie czułem strachu.
Kiedy człowiek bywa w lesie, umie się w nim poruszać, wówczas widzi dużo więcej niż człowiek, który wchodzi ot tak, dla przespacerowania się. Nieraz, kiedy spotykałem w lesie jakąś grupę osób, wystarczało, że stawałem nieruchomo – nie zauważali, choć przechodzili kilka metrów obok. I po chwili znowu można było być w lesie samemu.
Najbardziej wystraszyłem się puchacza, kilka lat temu. Było to w rezerwacie “Czantoria”, o zmroku, on mnie nie widział i nagle usiadł na kilkumetrowym świerku nade mną, zginając ten świerk tak, że uderzył mnie gałęziami po twarzy. Przez chwilę nie wiedziałem, co się stało, czy ktoś mnie napadł... To duży, piękny ptak, choć nie znoszący obecności człowieka i bardzo płochliwy.

Jakie miejsce w Nadleśnictwie uważa Pan za najpiękniejsze?

L. M.: Rezerwat na Czantorii. Blisko 100-hektarowy las zbliżony charakterem do puszczy karpackiej, z bukami i jodłami, a ciekawostką jest jesion występujący na wysokości 700 - 900 m npm. Są tam prawie 150-letnie drzewa i jest to dla nas wskazówka, że jesion może i powinien tam rosnąć na takiej wysokości. Z uwagi na niedostępność las ten był w przeszłości użytkowany raczej tylko pod kątem pielęgnacji, a od 1980 roku nie robiliśmy tam już żadnych prac. Dzisiaj, kiedy się tam wchodzi czuje się atmosferę starego lasu, leżą zwalone pnie, pokryte mchem i czujemy się jak w lesie naturalnym.

Chciałby Pan, żeby wszędzie był taki las?

L. M.: Na pewno, byłoby to ładne, ale wszędzie to nie jest możliwe. Natomiast cały rejon Pogórza Cieszyńskiego też wart jest uwagi. To niezwykle atrakcyjny teren, jeden z piękniejszych w Polsce.

Czego życzyłby Pan dzisiaj przyrodzie?


L. M.: Życzyłbym, żeby ludzie rozumieli przyrodę, żeby potrafili ją docenić, dostrzec, co w niej jest cenne. Życzyłbym też, żeby ludzie zrozumieli, że bez przyrody człowiek jest niczym na tym świecie . Bez najdrobniejszego nawet owada, który gdzieś tam nas gnębi, poprzez gatunki, których nie lubimy, po te budzące zachwyt, żebyśmy do wszystkich czuli szacunek i respekt. Staramy się tego uczyć już najmłodsze dzieci z nadzieją, że może człowiek to zrozumie. Żeby tylko nie było za późno.

Serdecznie Panu dziękujemy za rozmowę i życzymy jak najwięcej okazji pobytu w lesie takim, jak na Czantorii.

Rozmawiali: ML i AJK.