Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/78-79 2000/2001 Gru 2000 / Stycz 2001

Ożywcze tchnienie zdziczałych jabłoni - z Bogdanem Brachą rozmawia Grzegorz Bożek

Muzyczne dzikie życie

Ożywcze tchnienie zdziczałych jabłoni
- z Bogdanem Brachą rozmawia Grzegorz Bożek

W lipcowe popołudnie w czasie trwania spotkania artystów w Jaworniku w przepięknym miejscu na terenie już nieistniejącej wsi spotkałem się z Bogdanem Brachą, liderem zespołu "Orkiestra pod wezwaniem Świętego Mikołaja". Grupa istnieje ponad 12 lat i jest jedną z czołowych na polskiej scenie folkowej. Gra muzykę łemkowską, bojkowską, polską, słowacką, huculską. Organizuje festiwal "Mikołajki folkowe". Ich ostatnia płyta "Kraina Bojnów" została wyróżniona w konkursie na Folkowy Fonogram Roku 1998. W Jaworniku, wśród bujnej przyrody kryjącej w sobie wiele śladów ludzkiej bytności sprzed kilkudziesięciu lat - fundamentów domów, zasypanych studni, zdziczałych jabłoni - nasza rozmowa nabrała szczególnych odcieni.


Kiedy zaczęła się wasza przygoda z muzykowaniem?

Bogdan Bracha: Jej początek datuje się na początek 1988 roku.

Jakie są wasze muzyczne fascynacje, które ukształtowały zespół?

B. B.: Wywodzimy się ze środowiska studenckich przewodników beskidzkich, któreImage miało tę cechę, że w swoim repertuarze posiadało piosenki Łemków i Bojków. Miały znaczenie też inne fascynacje, co wiąże się z naszym postulatem na temat odtwarzania muzyki ludowej. Ten postulat brzmi następująco - aby piosenki ożyły na nowo, to muszą mieć aktualny kontekst i przede wszystkim muszą wypływać z duszy. Naszym zdaniem muzykowanie musi być bardzo naturalne. Dlatego poprzez swobodne traktowanie tematów muzycznych można usłyszeć w orkiestrze również elementy wiążące ją z muzykalnością swojego pokolenia. W związku z tym słychać u nas jakąś tam muzykę rockową, bluesa - są to jednak rzeczy współczesne w duchu. Niektórzy mówią o tym, że jest to ożywcze tchnienie w tej muzyce.

Korzystacie z różnych zapisów muzycznych, między innymi Oskara Kolberga. Czy ponadto poszukujecie autentycznych melodii, które można znaleźć pośród istniejących jeszcze wiosek?

B. B.: Obcowanie z folklorem jest poruszaniem się w morzu różnych tematów i wątków. I choć czasem zdarza nam się, że znajdujemy jakieś pieśni, chciałbym tutaj obalić pewien mit. Większość muzyki, którą wykonujemy to materiały, które już ktoś kiedyś zebrał. Wspominając o tym warto zwrócić uwagę na fakt, że Kolberg i późniejsi etnografowie włożyli w to dużo pracy. Nasze wyprawy to głównie obcowanie z miejscem, gdzie te pieśni kiedyś powstały. I to jest taki rodzaj neutralizacji - swoiste pooddychanie powietrzem, gdzie były one śpiewane. Nasze wyprawy nie mają bowiem charakteru etnograficznego - to co najwyżej taka "dziwna etnografia", która polega na rozmowach z ludźmi i zawieraniu znajomości; to włączanie wyobraźni, szczególnie tu, w Jaworniku, gdzie widząc ruiny domów sprzed ponad półwiecza i odkrywając ich piwnice można zostać natchniętym przez refleksje, które będą inspirować muzycznie.

Fascynuje was kilka muzycznych kultur pochodzących z regionu Bieszczad i Beskidu Niskiego. Skąd wzięły się takie zainteresowania?

B. B.: Choć kiedyś mówiłem na ten temat, że jest to dziełem przypadku, to teraz, im dłużej zajmuję się muzyką, tym bardziej odkrywam dla siebie muzykę karpacką. Jest w niej pewien żywioł. Słuchając Kapeli Zbyranej z Komańczy podczas koncertu "Muzyka z Jawornika" stwierdziłem, że muzyka bojkowska to jest to - jej rytm i melodyka bardzo mi odpowiada. Natomiast muzyka huculska też ma w sobie tę magię, choć jest nieco trudniejsza, w melodyce bardziej egzotyczna, ale uważam, że są to te same klimaty. Zaś w muzyce łemkowskiej jest przepiękna melodyka, co jest efektem tego, iż Łemkowie żyli na styku różnych kultur.

Nagraliście kilkanaście materiałów muzycznych, wydaliście dwie płyty. O czym one opowiadają?

B. B.: Nagraliśmy w sumie cztery tytuły: dwie kasety i dwie płyty. Pierwszą kasetą była "Muzyka gór" (1992 r.). Materiał nagrywany bardzo szybko, w czasie dwóch sesji, metodą "setkową". Dla wielu ludzi stała się ona po latach kasetą kultową, pomimo wielu warsztatowych niedociągnięć. Były to piosenki łemkowskie, bojkowskie, zagrane bez specjalnego zastanawiania się nad aranżem; na takich instrumentach, na jakich potrafiliśmy wówczas grać. Później była kaseta "Z wysokiego pola" 1994 r. Pierwsza strona kasety zawierała huculskie wątki muzyczne. Druga część kasety to już taki powrót do domu zarazem początek pracy nad płytą "Czas do domu" (1997 r.), która w całości była poświęcona muzyce polskiej. Ostatnią rzeczą, którą wydaliśmy była "Kraina Bojnów" (1998 r.), która stała się muzycznym powrotem do początków "Orkiestry pod wezwaniem Świętego Mikołaja". Jest to album, który opowiada o jakiejś mitycznej i mistycznej krainie. Choć wywodzi się ona z Łemkowszczyzny i Bojkowszczyzny, to już samym tytułem płyty chcemy zastrzec się przed myśleniem, że zawiera ona muzykę bojkowską lub łemkowską.
Tytuł - "Kraina Bojnów" pochodzi od błędu, pewien plastyk w Krakowie pomylił się i na plakacie reklamującym nasz koncert napisał - "muzyka Łemków, Hucułów i Bojnów", zamiast Bojków. Z tej pomyłki, paradoksalnie, wynika dość ważne przemyślenie - to, co gramy, jest rzeczywiście folklorem z wymyślonej przez nas krainy, która, choć leży niedaleko polskich Karpat, w gruncie rzeczy ze względu na swój rodowód jest od nich odległa.

Często przyjeżdżacie w Bieszczady i Beskid Niski. Dlaczego te rejony górskie obdarzyliście szczególnym zaufaniem? Co was tu fascynuje?

B. B.: Wychowaliśmy się na tych górach. Pod postacią Orkiestry ich atmosferę staramy się przenieść do Lublina. Dlaczego fascynują nas góry? Chyba wszystkim, którzy chodzą po górach - tym chodzącym po Himalajach i tym chodzącym po Beskidzie Niskim - trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu chodzi się i już. Polubiliśmy te góry, bo czuje się w nich wolność oraz coś, co ciekawie ujął nasz muzyk - Marcin Skrzypek, który napisał, że już będąc w pociągu jadącym w góry człowiek się zmienia i przechodzi specyficzną metamorfozę. Można jeszcze wspomnieć o pewnego rodzaju magii, jaka tkwi w zjawisku chodzenia po górach z plecakiem, biwakowania, gotowania przy ognisku oraz picia wody z potoków.

Współczesnemu odbiorcy prezentujecie niejednokrotnie zaginioną kulturę - nie tylko muzyczną. Dlaczego wybraliście akurat taką drogę?

B. B.: Na wstępie warto zaznaczyć, że nigdy nie traktowaliśmy tego co robimy jako jakiejś misji. Nie mniej jednak cieszymy się, że dzięki naszej aktywności, np. śpiewając pieśni łemkowskie zrobiliśmy dobrą robotę dla przełamania pewnych barier kulturowych. Przede wszystkim jednak gramy muzykę i jest to nasza muzyka. Dopiero w drugiej kolejności jest świadomość, że niejednokrotnie prezentujemy kulturę Łemków lub Bojków.

Waszą drogę artystyczną określić można jako nonkonformistyczną. Czy jest ona wyrazem sprzeciwu wobec współczesnej kultury masowej i komercji?

B. B.: Widzisz, to jest problem. Dlatego, że zjawisko i muzyka folkowa, którą staramy się kreować nie tylko przez swoją muzykę, ale też przez wydawanie biuletynu folkowego "Gadki z Chatki" czy organizowanie festiwalu "Mikołajki Folkowe" - to z jednej strony zjawisko oddolne i spontaniczne, nie mające nic wspólnego z komercją. Niemniej jednak ciągle dążymy do tego, aby płyty, które wydaliśmy, sprzedawały się w większym nakładzie lub by grać więcej koncertów. Zdajemy sobie również sprawę z tego, że może przydarzyć się taki fakt, że jakaś firma muzyczna wyłoży parę milionów złotych, by wypromować zespół wywodzący się z tego środowiska. I być może zrobi to, bowiem media są w stanie wypromować jako przebój nawet ryczenie krowy, jeżeli powtórzą je ileś tam razy. Zastanawiam się czasem, czy nie byłby to koniec tego zjawiska, które współtworzymy. Niemniej jednak nie jest też tak, że świadomie podejmujemy kroki, które mogłyby temu przeciwdziałać.

Co człowiek przełomu wieków może znaleźć dla siebie w kulturze ludowej?

B. B.: Myślę, że dla wielu ludzi to jest tylko pierwszy krok do wielkiego świata, bo jest ona Kulturą przez duże "K", która zajmowała i zajmuje się wszystkimi dziedzinami życia. Tak było również z kulturą ludową wioski Jawornik, która istniała tutaj sto lat temu. Ta kultura poprzez legendy, podania i obrzędy wytworzyła normy oraz rytuał, który powodował, że ludzie, którzy wtedy tutaj żyli, byli tak naprawdę zdecydowanie bliżsi temu, co my obecnie nazywamy życiem blisko natury. Kultura ludowa jest przede wszystkim uczeniem pokory wobec życia, wobec tego, że na pewne pytania dotyczące bytu i jego sensu nie zawsze da się odpowiedzieć oraz, że warto uciekać się do mistyki i wiary w cuda. Warto też zwrócić uwagę na to, że wszystkim ludziom na świecie wspólny jest archetyp zachowań niezależnie od tego, czy ktoś jest Pigmejem czy Hucułem. Mieszkanie w danym regionie powoduje, że wszystkie normy życia również muzyka kształtują się w ten sposób, że stanowią jakby część ekosystemu. W związku z tym - tutaj gdzie jesteśmy - w Jaworniku nie może rosnąć kaktus, nie będzie żył Pigmej, nie będzie również kultury afrykańskiej. I jest to pewna prawidłowość, którą warto wziąć pod uwagę, że skoro ludzie żyli w tym samym miejscu przez tysiące lat, to musieli przekazywać sobie przez wszystkie pokolenia coś co musi mieć sens, bo jest sprawdzone w wyniku wielu prób i błędów.

Jak godzicie się z ekspansją cywilizacji kultury globalnej wioski, która niszczy takie miejsca jak chociażby Jawornik?

B. B.: Sądzę, że zjawisk cywilizacyjnych nie da się zatrzymać. Ponadto prawda jest taka, że nie należy też idealizować kultury z Jawornika sprzed stu lat. Dla przykładu - Huculi wymyślili, że najlepsze kierpce są z gumy i robili je dalej starą metodą. Inny przykład - jeżeli weszły do użycia koszule ze współczesnych tkanin, to przeszyli swoje hafty na te koszule. Są to jednak tylko zewnętrzne objawy nasiąkania cywilizacją. Nie można im tego zarzucić, bo duchowo są oni cały czas w porządku. Natomiast, czy zastanawiamy się nad tym, co dzieje się z ekspansją cywilizacji i jak na to reagujemy? Wiesz, myślę, że chyba nie przywiązujemy do tego aż tak ogromnej wagi.

Co roku przyjeżdżacie do Jawornika i organizujecie "Imieniny Sołtysa" w ramach "Spotkania Artystów". Może parę zdań na temat tej imprezy.

B. B.: Prawdziwego sołtysa Jawornika nie ma, jest to symboliczna postać. Nie ma też wsi, jest bowiem tylko przysiółek dawnego Jawornika. Pomyśleliśmy, że byłoby fajnie, gdyby przyjechali tu ludzie i przy okazji pograli sobie. Sam przywiozłem tutaj skrzypce, gitarę, dzisiaj grałem trochę na flecie. Muzyka obecna jest t u właściwie przez cały czas. Są prowadzone warsztaty, gdzie ludzie nie mający nic wspólnego z muzyką mogą się czegoś nauczyć. Ponadto Jawornik to baza namiotowa, co stanowi realizację naszego pomysłu posiadania w górach własnej bazy turystycznej.

Jesteśmy w sercu dzikiej przyrody. Czy to, ze znajdujemy się akurat w takim miejscu ma na was jakiś szczególny wpływ?

B. B.: Myślę, że tak. Ale czy potrafię o tym opowiedzieć? Powiem w ten sposób: ma to na nas niewątpliwy wpływ. Natomiast nie umiemy jeszcze tego właściwie nazwać. Przyroda tutaj imponuje swoją bujnością, jak wszędzie w Bieszczadach i Beskidzie.

Czym jest dla Was dzika przyroda?

B. B.: Wydaje mi się, że jest to taki element życia, bez którego trudno je sobie wyobrazić. Zresztą nie przypadkowo chodzimy po górach, wyjeżdżamy w odludne miejsca i to nieraz bardzo dzikie.

Ostatnie słowo.

B. B.: Dobrze, że nasze spotkanie odbyło się w Jaworniku. Myślę, że będzie to miało znaczenie dla gazetowej wersji rozmowy.

Dziękuję za rozmowę.

Adres:
Orkiestra p.w. Św. Mikołaja
Akademickie Centrum Kultury Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej
"Chata Żaka"
ul. Radziszewskiego 16
20-031 LUBLIN
tel. 081 53-33-201 w. 114
e-mail: mikolaje@klio.umcs.lublin.pl
www.mikolaje.lublin.pl