Miesięcznik Dzikie Życie

3/93 2002 Marzec 2002

Wilk na zawsze w Karpatach - z dr. Wojciechem Śmietaną rozmawia Dariusz Matusiak

Jesteś w Bieszczadach nazywany "naukowcem od wilków". Czy badanie wilków oprócz korzyści naukowych ma dla Ciebie jakieś inne znaczenie?

Wojciech Śmietana: Na początku moich badań, które prowadzę w Bieszczadach od 1988 r. interesowało mnie przede wszystkim poznanie i opisanie zależności wilk - dzikie kopytne i człowiek. Nieco później zacząłem się również interesować wykorzystaniem owczarków podhalańskich do ochrony owiec i kóz przed atakami wilków. Wszystkie te prace oprócz czysto naukowych aspektów mają również wymiar praktyczny, którym jest harmonijna koegzystencja wilka i człowieka w Bieszczadach.

A czy łączy Cię jakąś szczególna więź z wilkami?

W. Ś.: Wszystkie zwierzęta lubię, zarówno te dzikie jak i domowe. Natomiast zajmując się na co dzień wilkami, staram się mieć o nich obiektywne zdanie. Na wszystkie zwierzęta staram się patrzeć obiektywnie, również na ludzi, a ponieważ wilk jest jednym z elementów przyrody, którą bardzo lubię, wręcz kocham, dlatego nie mogę powiedzieć, że bardziej lubię wilka niż na przykład wiewiórkę.

O wilkach jest rozpowszechnionych wiele niezbyt przychylnych opinii. Od przedszkola wpajany jest nam wizerunek wilka jako żarłocznej bestii, która zjadła niewinną babcię i Czerwonego Kapturka. Jaki jest Twój pogląd na temat wilka?

W. Ś.: W kilku zdaniach jest mi trudno na to pytanie odpowiedzieć, ale generalnie rzecz ujmując wilk jest zwierzęciem takim, jak każde inne, nie jest ani dobry, ani zły. Potrzebuje swojego miejsca na ziemi i to miejsce powinniśmy mu zapewnić. A ponieważ jest to gatunek, który może powodować lokalne konflikty, szczególnie z gospodarką pasterską oraz łowiecką to należy dążyć do harmonijnej koegzystencji z nim.

Komu może więc zależeć na złej reputacji wilka?

W. Ś.: Zależeć? Zwierzęta same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Oczywiście, jak mówiłem, wilk wchodzi w konflikt z gospodarką łowiecką i pasterską. Jeśli chodzi o lokalną ludność w Bieszczadach, to myślę, że stosunek do wilka nie jest tak bardzo negatywny. Są ludzie, którzy lubią wilki i są tacy, którzy ich nie lubią. Natomiast dla wielu osób wilki są całkowicie obojętne, ponieważ nie mają z nimi żadnego kontaktu. Jeśli chodzi o gospodarkę łowiecką, to trzeba brać pod uwagę fakt, że jest to ssak, który specjalizuje się w polowaniu na kopytne i musi zabić jakąś ich liczbę, żeby przeżyć. Dlatego gospodarka łowiecka ssakami kopytnymi musi uwzględniać potrzeby pokarmowe tego drapieżnika. Dla hodowców owiec to wiadomo, że najlepiej jakby wilków w ogóle nie było, bo wtedy nie musieliby pilnować swego inwentarza. Jednak myślę, że wszystko zmierza w kierunku bardziej pozytywnego stosunku ludzi do wilka. Jeśli chodzi o gospodarkę pasterską, to są możliwości zabezpieczania się przed atakami wilków i trzeba to robić, starając się jednocześnie, aby lokalna ludność nie ponosiła zbyt dużych kosztów finansowych. Nie powinniśmy bowiem zrzucać na barki lokalnych hodowców całych kosztów ochrony wilka. Bardzo dobrze się dzieje, że są wypłacane odszkodowania za szkody wyrządzone przez wilki, ale to jest jak gdyby leczenie skutków, natomiast trzeba prowadzić działania prewencyjne, czyli stosować metody ochrony zwierząt domowych i nie dopuszczać do tego, aby te straty były zbyt duże.

Jakie są te metody prewencyjne?

W. Ś.: Jest kilka skutecznych sposobów. W zależności od lokalnych warunków i wielkości stada można wybrać którąś z nich. Są to np. pastuchy elektryczne albo psy pasterskie, bądź też odpowiednio wysokie ogrodzenia. W każdym przypadku wiąże się to z kosztami, czasem nawet dosyć dużymi, które powinny być przynajmniej częściowo pokrywane z funduszy państwowych. Jeśli bowiem hodowcy wykazują chęć wprowadzenia którejś z metod ochrony, trzeba im w tym pomóc finansowo. Myślę, że wtedy problem z wilkami zostałby dobrze rozwiązany i nie byłoby konfliktu z hodowcami.

Wspomniałeś o programie dotyczącym szkolenia psów pasterskich do ochrony zwierząt gospodarskich przed wilkami. Jak wygląda obecnie realizacja tego programu i na ile okazał się on skuteczny?

W. Ś.: W sumie wyprowadziłem do tej pory dwanaście psów pasterskich przeznaczonych dla lokalnych hodowców, z tego dziewięć było finansowane przez Ministerstwo Środowiska. Generalnie muszę stwierdzić, że we wszystkich gospodarstwach, do których zostały wprowadzone te psy szkody albo zredukowano do zera, albo zdarzają się sporadycznie, jedna, dwie owce, co kilka lat. Natomiast wcześniej u tych hodowców było rocznie po kilkanaście lub kilkadziesiąt owiec zagryzionych przez wilki. Takie są efekty. Dla mnie ważne jest, aby wytworzyć wśród lokalnych hodowców potrzebę wykorzystywania tych psów. W Bieszczadach mamy generalnie dwa rodzaje hodowców owiec. Jedni to górale, którzy przywędrowali tutaj z Podhala i oni od pokoleń wykorzystują owczarki do pilnowania stada. Wiedzą jak to robić i ich nie trzeba uczyć. Ale są również hodowcy, szczególnie ci na Pogórzu Bieszczadzkim, którzy przyszli w te strony z nizin i nigdy owczarków nie wykorzystywali do pilnowania owiec. Mieli w związku z tym duże straty w swoich stadach. Mój pomysł był więc taki, żeby nauczyć ich korzystania z tych psów i dać im możliwość samokształcenia się. Powoli przynosi to skutki, owczarków przybywa i zainteresowanie nimi rośnie. Myślę, że za dziesięć, piętnaście lat możemy mieć w Bieszczadach lepsze owczarki niż na Podhalu.

Od wielu lat zajmujesz się tropieniem wilków. Jakie było Twoje największe przeżycie związane z tymi zwierzętami?

W. Ś.: Było kilka takich sytuacji. Każde spotkaniem z wilkiem mnie cieszy, bo nie zdarza się ono często. Chociaż bardzo dużo czasu spędzam w lesie, bo praktycznie 6 miesięcy w roku, to taki bezpośredni kontakt wzrokowy z wilkiem mam raz, dwa razy w roku. Trochę częściej je słyszę. Z takich ciekawszych zdarzeń przypominam sobie spotkanie przed kilkoma lat, kiedy idąc w środku nocy z Suchych Rzek do Zatwarnicy, spostrzegłem wilka, który szedł drogą w moim kierunku i w ogóle mnie nie zauważył. W pewnym momencie przystanąłem, aby dobrze zobaczyć, czy to pies, czy wilk. Ponieważ zwierzę nie uciekało, pomyślałem, że może jest to jakiś zbłąkany lub chory pies, jednak wiedziałem, że w okolicznych miejscowościach nie mają tak dużego psa. Mógł to być także wściekły wilk, bo i takie przypadki się zdarzają i wtedy trzeba być bardzo ostrożnym. Jednak po chwili wilk mnie zauważył, popatrzył się przez moment, odwrócił i uciekł. Na drugi dzień niedaleko tego miejsca znalazłem dwa jelenie zagryzione przez wilki. Jedna ofiara była świeża, a druga zagryziona tydzień wcześniej i na nich żerowało pięć wilków. Oznaczało to, że tej nocy widziałem jednego z nich. Innym razem, a było to zimą, miałem takie zdarzenie. Kiedy szedłem przez las, na śniegu zobaczyłem świeżutkie ślady dwóch wilków. Padał wtedy gęsty śnieg, który nie zdążył jeszcze przysypać ich tropów a zewsząd otaczał mnie bardzo gęsty młodnik, na którego gałęziach wisiało dużo śniegu. W pewnym momencie przystanąłem i zawyłem po wilczemu, bo czasami się zdarza, że wilki odpowiadają i wtedy można sprawdzić, ile ich dokładnie jest. I odpowiedziały. A były one w odległości około 20 metrów ode mnie! Jednak kiedy zorientowały się, że nie jestem wilkiem, to drugi raz nie odpowiedziały i spłoszone uciekły.

Ciekawie zachowywał się wilk, którego złapałem, aby założyć mu obrożę z nadajnikiem. W momencie, kiedy podchodziłem do niego, on oczywiście próbował uciec, ale nie szarpał się gwałtownie. Jednak po krótkiej chwili, kiedy zorientował się, że nie może uciec, stanął i zaczął patrzeć mi prosto w oczy. Zrobiłem wtedy krok do przodu i w tym momencie wilk zaczął do mnie merdać ogonem i po chwili położył się na ziemi. Taka była jego reakcja. Wilk, jako zwierzę bardzo inteligentne, zdawał sobie sprawę z tego, że nie może uciec ani mnie zaatakować i jedyna możliwość, która przyszła mu do głowy to było nawiązanie kontaktu ze mną i okazanie swojej nieagresji. Muszę powiedzieć, że byłem jego zachowaniem bardzo zaskoczony. Spodziewałem się chaotycznych prób ucieczki albo agresywnego zachowania.

Niedawno jedna z gazet lokalnych podawała, że na tych terenach padł rekord świata w ilości wilków. Ile tak naprawdę jest ich tutaj?

W. Ś.: Zagęszczenie wilków w Bieszczadach jest jednym z największych, jakie stwierdzono do tej pory na świecie, ale nie mówię o zagęszczeniu, które jest podawane oficjalnie, tylko o tym, które wynika z prowadzonych przeze mnie badań. Ono wykazuje - i jest to oparte zarówno na tropieniach, jak i ostatnio na telemetrii - że zagęszczenie wilków w Bieszczadach wynosi ok. 4-5 osobników na 100 km2. Jednak oficjalne dane mówią o zagęszczeniu ponad dwukrotnie większym i to zagęszczenie jest nierealistycznie wysokie.

Z czego wynika tak duże zagęszczenie wilka w Karpatach?

W. Ś.: Jest ono spowodowane bogatą bazą pokarmową, czyli dużym zagęszczeniem zwierząt kopytnych, a także nie tak wysoką śmiertelnością wśród wilków, jak ma to miejsce w innych rejonach świata.

Wiele osób, które zajmują się problematyką dzikiej przyrody uważa, że wilk jest najlepszym gospodarzem lasu. Jak myślisz, co by się stało, gdyby zabrakło wilka w lesie?

W. Ś.: Nie uważam, żeby wilk był jakimkolwiek gospodarzem lasu, bo on nie prowadzi żadnej gospodarki, w rozumieniu ludzkim. Jednak gdyby wilka zabrakło, to można się spodziewać wzrostu populacji kopytnych, choć wilk nie jest jedynym drapieżnikiem, który na nie poluje, bo wchodzi tutaj w rachubę przede wszystkim człowiek. W przypadku jeleni polowania są najistotniejszym czynnikiem ich śmiertelności. Gdyby wilków zabrakło, to pierwszą rzeczą, która by dosyć szybko nastąpiła, przy utrzymaniu tego samego stopnia pozyskania kopytnych przez myśliwych, byłby wzrost zagęszczenia tych zwierząt. Następną rzeczą, która mogłaby wystąpić, to spadek zagęszczenia padlinożerców, ponieważ żywią się one głównie tym, co wilki pozostawią po swojej uczcie. Można więc liczyć się ze spadkiem liczebności, takich zwierząt jak kruki, lisy, niedźwiedzie i orły przednie. Tego można się spodziewać, ale niekoniecznie to musi nastąpić. Z tego względu, że zależności w przyrodzie są dosyć elastyczne i jeżeli czegoś brakuje w jednym ogniwie, to się bierze z innego źródła. Tak samo dzieje się w przypadku śmiertelności zwierząt - jeśli jeden czynnik śmiertelności zanika to pojawia się inny. Można się również spodziewać pogorszenia jakości osobniczej jeleni, np. zmniejszenia płodności tych zwierząt i obniżenia kondycji poszczególnych osobników.

Jakie Twoim zdaniem powinny być jeszcze środki ochrony wilków, które by spowodowały, że populacja wilcza w Polsce będzie stabilna i przestanie im grozić wyginięcie?

W. Ś.: W obecnej chwili wilkom w Polsce nie grozi wyginięcie. Wydaje się nawet, że można byłoby je również w ograniczonym stopniu eksploatować łowiecko. Pozyskanie łowieckie ograniczyłoby jednak możliwości rekolonizacji przez wilki tych terenów, na których drapieżników tych nie ma w ogóle lub spotyka się je jedynie sporadycznie. Mam tu na myśli tereny północno-zachodniej i zachodniej Polski. Ochrona wilków w Polsce ma bowiem za zadanie umożliwienie wilkom zasiedlenia wszystkich odpowiadających im siedlisk naturalnych. Nie można sobie wyobrazić skutecznej ochrony wilków bez zapewnienia im odpowiedniej ilości naturalnego pożywienia, czyli uwzględnienia w planach pozyskania łowieckiego jeleni, saren i dzików potrzeb pokarmowych wilków. Poza tym ochrona wilków nie może z góry zakładać "nietykalności" tych drapieżników. Ochrona wilków nigdy nie będzie skuteczna, jeśli lokalne społeczności nie zaakceptują obecności tego drapieżnika w swoim otoczeniu. Dlatego należy dopuścić to, że w niektórych przypadkach konieczne jest eliminowanie przez odstrzał osobników zsynantropizowanych (głównie tych, które zabijają zwierzęta domowe). Wprowadzanie różnych sposobów ochrony zwierząt gospodarskich, takich jak pasterskie psy stróżujące czy odpowiednie ogrodzenia, nie jest rozwiązaniem natychmiastowym, wymaga czasu i nakładów finansowych. Mogą zdarzyć się również lokalnie takie okoliczności, że konieczne będzie usuwanie z danego terenu części wilków. Takie niewątpliwie trudne decyzje powinny być jednak oparte na rzetelnym rozeznaniu aktualnej sytuacji i prognozach na przyszłość. Niestety, obecnie mamy do czynienia raczej z szukaniem powodów do polowań na wilki niż koniecznością rozwiązywania konkretnych problemów.

Jak się odnosisz do pomysłu zakazu polowań na wilki w strefach przygranicznych, wzdłuż granic z państwami, które sąsiadują z Polską, a gdzie do tej pory na wilki się poluje?

W. Ś.: Na pewno jest konieczna jakaś integracja ochrony i gospodarowania populacjami wszystkich dużych ssaków i tych chronionych, i tych, na które się poluje. Zwierzęta te migrują na dość dużych obszarach i terytoria poszczególnych grup czy areały osobnicze leżą po obu czy po trzech stronach granicy. Współpraca międzynarodowa w tym temacie, czyli integracja działań ochronnych i gospodarki łowieckiej na pewno byłaby wskazana.

Swoje badania naukowe od niedawna rozszerzyłeś też na rysie?

W. Ś.: Tak, wspólnie z Henrykiem Okarmą i Stanisławem Śnieżko prowadzę w Karpatach badania nad rysiem, który jako gatunek zagrożony jest wyginięciem. Rysie są znacznie trudniejsze do badania niż wilki, gdyż prowadzą bardzo skryty tryb życia. Przez te wszystkie lata moich obserwacji w terenie zaledwie kilka razy widziałem rysia. Jego rzadkość występowania wynika z tego, że jest to zwierzę bardzo narażone na kłusownictwo, gdyż lubi się przedzierać przez zarośla i często ginie w zastawionych tam wnykach, jest też on uzależniony od małych ofiar, w szczególności od sarny, której zagęszczenie we wschodniej części polskich Karpat jest nieduże, co wpływa bezpośrednio na zagęszczenie rysi. Ma to także wpływ na jego rozrodczość, bo najczęściej zdarza się, że w okresie zimowym samica prowadzi co najwyżej jednego młodego, chociaż rodzą się dwa, trzy kociaki. Należałoby się wobec tego zastanowić, czy nie warto ograniczyć w całych Karpatach polowań na sarny i przez to zwiększyć ich liczebność. W tej chwili zagęszczenie sarny limituje reprodukcję i zagęszczenie rysiów. Na drapieżniki możemy bowiem oddziaływać nie tylko przez to, że je chronimy, ponieważ ich zagęszczenie zależy od kilku czynników. Muszą mieć one odpowiednie siedlisko, czyli miejsce do polowań, do ukrycia się i założenia gniazda. Ważne jest również odpowiednie zagęszczenie potencjalnych ofiar i jeżeli jest ono małe, to i zagęszczenie drapieżników będzie niewielkie. Dlatego właśnie sytuacja rysia jest dużo trudniejsza niż sytuacja wilka, choć jest to zwierzę, które nie wchodzi w tak ostry konflikt z ludźmi. Ryś nie lubi opuszczać lasu, dobrze się czuje w jakimś gęstym drzewostanie lub w zagajnikach, a owce wypasa się na terenach otwartych. Jeśli chodzi o gospodarkę łowiecką, to rzadko zdarza się, żeby rysie zabijały jelenie, a jeleń dla myśliwych, z ekonomicznego punktu widzenia, jest tutaj najważniejszym zwierzęciem.

Wielu badaczy dzikich zwierząt wskazuje, że obecnie najważniejszą sprawą jest ochrona zwierząt i ich siedlisk przed postępującą degradacją środowiska, natomiast dopiero w drugiej kolejności powinien być uwzględniany cel badawczy. Czy zgodziłbyś się z tym?

W. Ś.: Ja uważam, że nie można czegoś chronić, póki się nie wie, jak to robić. A żeby wiedzieć jak chronić, to trzeba przeprowadzić badania. I nie wystarczą badania, które były prowadzone tysiące kilometrów stąd. Należy zbadać lokalną populację i dopiero na podstawie wiedzy naukowej podejmować jakieś decyzje i decydować się na takie a nie inne działania ochronne.

Często krytykowane są takie metody badawcze, które powodują uszkodzenia ciała badanych zwierząt np. poprzez odcinanie palców, aby je oznakować, a także badania telemetryczne, gdzie zwierzętom zakłada się specjalne obroże z nadajnikiem w celu ich śledzenia. Jak uważasz, gdzie są granice, do których naukowiec może się posunąć?

W. Ś.: Nigdy bym nie wziął udziału w takim projekcie, w którym by się w jakiś sposób okaleczało badane zwierzęta. Natomiast jeśli chodzi o badania telemetryczne, które również sam prowadzę, to uważam, że w niektórych przypadkach są one niezbędne. Jeśli chcemy poznać jakiś gatunek zwierząt i zrobić to dokładnie, musimy przeprowadzić takie badania. Wiąże się to oczywiście z odławianiem, usypianiem tych zwierząt, ale można to robić w sposób jak najbardziej bezpieczny dla nich. Ważne jest również, aby odławiać i śledzić jak najmniejszą liczbę zwierząt, które mają służyć do tych badań. Mogę jednak zrozumieć fakt, że w ocenie innych osób badania telemetryczne budzą kontrowersje. Co mogę jednak na to odpowiedzieć? Posłużę się takim przykładem. Gdyby reprezentanci obcej cywilizacji przylecieli na Ziemię, żeby przeprowadzić tutaj badania nad Ziemianami, aby ich lepiej zrozumieć i poznać i w tym celu chcieli przeprowadzić na nich badania telemetryczne, to zgłosiłbym się jako ochotnik do takich badań i do noszenia obroży telemetrycznej. Wolałbym bowiem, aby przybysze z innej cywilizacji dowiedzieli się o nas jak najwięcej i później pokojowo byli do nas nastawieni niż gdyby z powodu swej niewiedzy nas zaatakowali. Taka obroża zakładana zwierzętom do badań nie może być cięższa niż 1% masy ich ciała, więc w moim przypadku ważyłaby 800 gram. Nie jest to ciężar, który sprawiałby mi jakiś większy problem.

Czy dowiedziałeś się czegoś więcej o wilkach za pomocą badań telemetrycznych?

W. Ś.: Badania te dopiero co rozpocząłem i coś więcej o nich będę mógł powiedzieć za trzy, cztery lata, jeśli uda mi się odłowić więcej osobników z kilku watach. Będę mógł wtedy porównać wyniki z tropień dotyczące wielkości terytorium i uściślić dane na temat liczby kopytnych zabijanych przez wilki. Jest bowiem znacznie łatwiej tropić i badać wilki, gdy ma się osobnika zaobrożowanego, bo wtedy szybko można odnaleźć całą watahę zamiast szukać ją w terenie po samych tropach. Wcześniej poświęcałem przeciętnie dwa dni, żeby odnaleźć daną grupę wilków, przy użyciu telemetrii jestem w stanie zrobić to w ciągu kilku godzin. Musi jednak jeszcze trochę czasu minąć, żebyśmy mogli otrzymać więcej wiadomości na temat lokalnej populacji wilka i zweryfikować swoją wiedzę o nim.

Dziękuję za rozmowę.

Lutowiska, dn. 27.11.2001 r.

Dr Wojciech Śmietana (ur. 1966) zajmuje się badaniem wilków w Bieszczadach od 1988 roku. W 1990 r.Image ukończył studia magisterskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1991-1995 był doktorantem - stypendystą Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1995-1996 pracował w Zarządzie Zespołu Karpackich Parków Krajobrazowych w Krośnie oraz przewodniczył komisji wyceniającej szkody spowodowane przez niedźwiedzie na terenie województwa krośnieńskiego. Od 1997 r. jest pracownikiem naukowym Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie. Autor i współautor publikacji naukowych na temat ekologii wilków i innych dużych ssaków w Bieszczadach. W latach 1993-1995 brał udział w tworzeniu Planu Ochrony Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Współautor przygotowanej w 1998 r. dla Ministra Środowiska "Strategii ochrony i gospodarowania populacją wilka w Polsce". Prowadzi małe gospodarstwo eksperymentalne, którego celem jest promowanie wykorzystania owczarków podhalańskich przez lokalnych hodowców owiec i kóz oraz testowanie innych sposobów zabezpieczania zwierząt gospodarskich przed atakami dużych drapieżników.