Miesięcznik Dzikie Życie

3/105 2003 Marzec 2003

Pokora wobec pogody i krajobrazu - z Kajem Romeyko-Hurko rozmawia Dariusz Matusiak

Aktywnie udzielasz się w sprawie ochrony Tatr, dawniej broniłeś Pienin przed tamą w Czorsztynie. Z czego wynikają Twoje motywacje, aby zajmować się tymi tematami? Czy posiadasz gen ekologiczny, który podobno u niektórych osób występuje?

Kaj Romeyko-Hurko: Mój ojciec był leśnikiem, z pierwszego rocznika absolwentów SGGWImage wykształconych w II Rzeczpospolitej. Swego czasu uratował przed wyrżnięciem, przez jakichś ówczesnych biznesmenów, Puszczę Nalibocką, która znajdowała się na dalekich Kresach Wschodnich. Wtedy puszcza ocalała, choć do ojca potem strzelano. I mam nadzieję, że trwa ona nadal, choć nie znajduje się już w granicach naszego państwa. Zapamiętałem powiedzenie ojca, że "drewno jest w lesie użytkiem przygodnym", a więc nie najważniejszą z uzyskiwanych korzyści.

A jakie były początki Twojego świadomego obcowania z naturą?

K. R.-H.: Wychowałem się na turystyce, na tej prawdziwej turystyce, nie mającej nic wspólnego z rekreacją, do której zalicza się plażowanie nad morzem czy narciarstwo zjazdowe.
Jakiś czas temu, gdy jeszcze byłem sprawny fizycznie, uprawiałem narciarstwo turystyczne, śladowe. Do plecaka ładowałem jedzenie, benzyniak, śpiwór i szedłem w góry. Wałęsałem się tak przez wiele dni. Z przodu miałem dziewiczą, śnieżną pustynię, a z tyłu - jeden ślad. Na Słowacji, gdzie często jeździłem z rodziną, taka forma turystyki była bardzo popularna, a u nas, niestety, nie. W Polsce ludzie muszą mieć nartostrady, wyciągi i trudno dziś znaleźć górę, dla której nie jest planowana kolej gondolowa.
Prawdziwa turystyka, zwana niegdyś krajoznawczą, kwalifikowaną, przyrodniczą, dziś "odkrywana" przez nie znających polskiej historii jako ekoturystyka, ma w sobie element poznawczy, który jest w niej dominujący. Sam sposób przemieszczania się może być ciekawy, ale nie jest najważniejszy, bo jest tylko sposobem poznawania. Natomiast w przypadku narciarstwa zjazdowego nie ma tego elementu poznawczego, bo co można zobaczyć wokół wyciągów? Stale ten sam stok wytłuczony przez ratrak, siatki ochronne zabezpieczające przed wypadnięciem z trasy itp.
Wędrując na nartach śladowych np. po Gorcach, oglądałem krajobrazy, które znałem z lata, ale były to zupełnie inne krajobrazy, tworzone przez przeróżne zjawiska, np. zupełnie inną równowagę kolorów, szadź lub okiść, które przybierały niesamowite kształty, przez abstrakcyjną grafikę, którą tworzyły nierówności śniegu. Turystyka była nauką poznawania i uczeniem się pokory wobec nieskończonej zmienności krajobrazów, a także pogody i innych zjawisk przyrody. Słynny wschód słońca z Babiej Góry rzadko udaje się zobaczyć za pierwszym wejściem na ten szczyt, a wchodzi się nocą. Czasem trzeba wielokrotnie próbować, do skutku, a czasem jednak - mimo prób - bez skutku. I dopiero wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że tak naprawdę to ktoś inny tu "rządzi", nie on sam, lecz przyroda. Jeśli jednak ludzie nie potrafią zrozumieć tej prawdy i żyć z przyrodą w sposób harmonijny, to kończy się to tragedią, tak jak miało to miejsce w dawnych cywilizacjach, np. Mezopotamii. A bliżej - dramaty powodziowe ostatnich lat.

Jednak zajmowanie się ochroną przyrody jest często niemal donkiszoterią. Na jeden sukces przypada sto porażek.

K. R.-H.: Jeśli jest to donkiszoteria, to jestem w bardzo dobrym towarzystwie. Najlepszym, jakie mogę sobie wymarzyć. Natomiast nie lubię słowa sukces. Interesują mnie długofalowe efekty.

W jaki sposób należało by odwrócić te proporcje skuteczności działania?

K. R.-H.: Siedzimy w Regionalnym Ośrodku Edukacji Ekologicznej. Takie ośrodki z fachowo przygotowaną kadrą powinny istnieć przy wszystkich parkach narodowych, w wielu parkach krajobrazowych, przy jednostkach samorządowych. Powinno ich być dużo. Jesteśmy jednak w złej sytuacji, bo mamy obecnie kryzys gospodarczy i wygłodzenie konsumpcyjne po latach komunizmu. To powoduje zwiększoną i bezwzględną presję na cenne przyrodniczo tereny. Trudno jest ludzi przekonać do celowości ochrony. Jedynym argumentem może być pieniądz. Trzeba więc udowodnić, że z rzetelnej ochrony i udostępniania na miarę wydolności przyrody, też można mieć wymierne korzyści.

Jednak obecnie turystyka stała się przemysłem turystycznym i jej negatywny wpływ na przyrodę jest ogromny.

K. R.-H.: Tak, "przemysł turystyczny" okazał się jednym z największych zagrożeń dla przyrody. Już nawet miasto oddziałuje na mniejszą skalę, gdyż poprawiają się technologie, zanieczyszczenia już nie mają takiego zasięgu jak kiedyś, w spadku emisji ma też swój udział kryzys. Natomiast turystyka to sięganieImage łapą ludzką bardzo daleko, na tereny dzikie. Jeśli jakieś dziewicze miejsce ludziom się podoba, to budują tam domy, drogi, hotele i po pewnym czasie to miejsce przestaje być piękne. Tymczasem powinniśmy takie miejsca chronić, aby inni, za ileś lat, także mogli zobaczyć ten nieskażony widok. Nazywam to "wycofywaniem się po własnych śladach". Musimy nauczyć się przekładać swoje argumentacje na język ekonomiczny, że dany, piękny krajobrazowo teren, może dać przy ograniczonej eksploatacji tyle i tyle dochodu i może to odbywać się w nieskończoność. Natomiast, jeśli będziemy tam agresywnie inwestować, budując hotele, wyciągi narciarskie itp., to na początku będzie to może przynosić duże dochody, lecz po pewnym czasie zainteresowanie tym terenem zacznie spadać. To jest sposób myślenia, który da się już przełożyć na pieniądze. Bo obecnie zaczyna rosnąć liczba osób zainteresowanych zwiedzaniem specjalistycznym, indywidualnym lub w małych grupach. Ludzie ci interesują się różnymi tematami: historią, przyrodą, etnografią, dawną kulturą rolną, dawnym przemysłem i dla nich warto tworzyć ofertę będącą efektem uważnego zinwentaryzowania walorów danego terenu, bo to może być sposób na uzyskiwanie stałego dochodu i to w rejonach, gdzie mało kto by się tego spodziewał. Nowo powstały, pograniczny Park Krajobrazowy "Łuk Mużakowa" na terenie woj. lubuskiego ma m.in. sporo zabytków XIX-wiecznej techniki, a tym zagadnieniem interesuje się wielu turystów, zwłaszcza zagranicznych i może stać się magnesem ściągającym ich w to miejsce. Takie przykłady można mnożyć i w tym kierunku idzie dzisiejsza turystyka. Ale nic nie robi się samo, to trzeba inwentaryzować i analizować walory, a następnie umiejętnie je promować i eksponować, organizować niezbędną infrastrukturę, programy. I uświadamiać miejscowe społeczności tłumacząc - również przy pomocy wyliczeń - że tylko zachowanie tego, co u nas udało się zachować "dzięki" kryzysowi, dziesiątkom lat zapaści a wcześniej zaborów, jest teraz sposobem na przyszły, bezpieczny byt. Owo zapóźnienie pozostawiło bogactwo przyrodnicze oraz w wielu miejscach zachowany rolniczy krajobraz kulturowy o wielkiej urodzie, zabytki dawnego przemysłu, a także wciąż dzikie rzeki. Są to walory, których nie posiada już większość krajów europejskich, przemysłowo stojących wysoko, ale o małej bioróżnorodności i nadmiernie "uporządkowanym" przez człowieka krajobrazie. Powstawał on jednak w czasach, gdy nie wiedziano, że jest to błędne. Krytykowane dziś przez ekologów regulacje rzek z XVII czy XVIII w. odpowiadały ówczesnemu poziomowi nauki. My dziś wiemy więcej - że rzeka jest szczególnie ważnym korytarzem ekologicznym, a jej koryto trzeba zachować w możliwie niezmienionym stanie, że trzeba zachować roślinność nadwodną, bo to również służy regeneracji wody zanieczyszczonej. I że z powodzią się nie wygra, a spływ taką dziką rzeką, wśród piaszczystych łach, wierzb i bystrzy, jest przeżyciem niezapomnianym. Kiedyś tego nie wiedziano. Niestety dziś, mimo większej wiedzy, ciągle stosujemy rozwiązania sprzed stu lat.

Wspomniałem wcześniej o budowie tamy w Czorsztynie. Sprawa ta została przegrana, tamę zbudowano. Dlaczego tak się stało?

K. R.-H.: Paradoks polega na tym, że sprawa czorsztyńska była do wygrania i inny werdykt powołanej wtedy przez rząd komisji sprawę by przesądził, a na uwolnione pieniądze czekały inne inwestycje, zwłaszcza "Huta Katowice". Tylko że tutaj był problem alternatywy. Albo "Czorsztyn", albo nic i bez rekultywacji zniszczeń. Nowych inwestycji państwo nie podejmie - mówiła władza, możemy najwyżej skończyć to, co już zaczęte, czyli "Czorsztyn". Nam wtedy chodziło o alternatywną i ciekawą koncepcję prof. Figuły z końca lat 50., złożoną z 18 zbiorników w całej zlewni Dunajca, powyżej Nowego Sącza, która była o wiele bardziej "ekologiczna", wtopiona w krajobraz i chroniąca przed powodzią także wsie powyżej Czorsztyna. Ponadto w komunistycznej Polsce, gdzie gospodarka była źle zorganizowana, te 18 zbiorników, które planowano wybudować jako alternatywę dla jednej wielkiej tamy na Dunajcu, byłyby osiemnastoma indywidualnymi inwestycjami o krótkim terminie zwrotu. A rozciągnięta na ponad 30 lat budowa "Czorsztyna" kosztowała niebotyczne kwoty, o wiele więcej niż powinna. Oznaczała jednak przede wszystkim zniszczenie unikalnego kompleksu przyrodniczo-kulturowego, co jest stratą niepowetowaną. Twoje pokolenie, które już nie pamięta tego terenu z czasów, kiedy był nietknięty, pojedzie tam i powie: "Jaki śliczny zbiornik". Może i jest piękny, nie wiem, nie chcę go oglądać. Bo pamiętam, jak piękny był ten wcześniejszy krajobraz. I wy jesteście okaleczeni o brak tego krajobrazu, tak jak ja jestem okaleczony o brak widzenia innych krajobrazów, które wcześniej zostały zniszczone. Oczywiście są rzeczy, których nie da się ominąć czy odwrócić. Ale popełnia się wiele zbrodni na krajobrazie kulturowym Polski, na przyrodzie polskiej. Tatry, jeśli nie byłoby w nich żadnej kolejki ani żadnego wyciągu, bardzo by się "powiększyły". Pamiętam, jak w okresie stanu wojennego nastąpił potężny obryw, który na długo zatarasował drogę do Morskiego Oka. Żaden autobus czy bryczka nie mogły przejechać tam przez dłuższy czas i jeśli ktoś chciał się dostać do Morskiego Oka, to musiał iść pieszo. Trasa, którą przedtem się przejeżdżało w nieco dłuższą chwilę, nagle stała się piękną, wielogodzinną wycieczką. Idąc "odkrywało się" zupełnie nowe krajobrazy - lasy, skały, okoliczne szczyty, dotąd niezauważane. Tatry "powiększyły się" wtedy o ten wielki przecież obszar, oczywiście do czasu, gdy znów pojawiły się pojazdy. Jedynym sposobem na powiększenie przestrzeni turystycznej w Tatrach jest więc zlikwidowanie wszelkiego rodzaju komunikacji w granicach Parku. Ale i to nie pozwoli zmieścić w nich bez nieodwracalnych szkód obecnej liczby odwiedzających.

Budowa tych osiemnastu zbiorników na Dunajcu zamiast jednego wielkiego w Czorsztynie miała również rozładować ruch turystyczny w Tatrach.

K. R.-H.: Tak. Koncepcje budowy zbiorników zaczęły się pojawiać od początkuImage ubiegłego stulecia. Przed wojną, po wielkiej powodzi w 1934 r., zaprojektowano dwa zbiorniki, jednak uznano, że Rożnów jest pilniejszy, bo zamyka większą zlewnię, natomiast Czorsztyn - dużo mniejszy - został przewidziany do budowy później. Ale wybuchła wojna. Po wojnie, hydrotechnicy wrócili do sprawy już w 1946 r., ekipy i rozwiązania się zmieniały, ale pomysł generalny zostawał. I nie było możliwości - wobec woli politycznej władz - odstąpienia od Czorsztyna w ogóle, na rzecz np. dużego zbiornika w Jazowsku czy wspomnianej już wielozbiornikowej koncepcji prof. Figuły. Wtedy jeszcze nie było mowy o komputerowym sterowaniu, teraz byłaby to sprawa bezproblemowa i nie byłoby już takich strat, jakie wyrządziła powódź we wsiach powyżej tamy w Czorsztynie. Objętość tych wszystkich zbiorników byłaby dużo większa niż tego, który zbudowano, a krajobraz by przetrwał. Kilka zbiorników wodnych na Podtatrzu byłoby niewątpliwą atrakcją rekreacyjną i okoliczne wsie niewątpliwie by na tym zyskały. A jaki będzie efekt przyrodniczych zmian, spowodowanych przez obecny zbiornik, nie wiadomo. Trzeba poczekać, te procesy nie odbywają się w przeciągu roku czy dwóch. Czy przetrwa np. pszonak pieniński, który jest gatunkiem endemicznym, niezwykle cennym, dla którego Góra Czorsztyńska jest jedynym naturalnym stanowiskiem - zobaczymy. Natomiast już dawno stracono kontrolę nad żywiołem urbanizacyjnym wokół zbiornika, przypominam - wchodzącego na teren parku narodowego i będącego w części jego otuliną. Narasta też presja na zniesienie ograniczeń rekreacyjnego użytkowania tego akwenu. Wszystko to przepowiadaliśmy.

Niektórzy twierdzą, że aby ochrona przyrody była skuteczna, musi być pogodzony interes przyrodników z interesem społeczności lokalnych. Jeśli dana społeczność ma na swoim terenie park krajobrazowy czy narodowy, to przy takim rozumieniu ochrony przyrody trzeba brać pod uwagę ciągłe ich apetyty na inwestowanie na terenie cennym przyrodniczo. Gdzie widzisz barierę dla takiego rozwoju?

K. R.-H.: Prof. Jan Gwalbert Pawlikowski napisał, że "Ochrona przyrody zaczyna się tam, gdzie obejmujemy teren lub obiekt ochroną niezależnie od woli właściciela (użytkownika) albo nawet wbrew jego woli". Są pewne miejsca i tereny, które należy bezwzględnie chronić. Natomiast problem jest źle postawiony. Nie ma miejsca na rozwój apetytów tam, gdzie obszary mają szczególną wartość, a są eksploatowane ponad odporność przyrody. To się prędzej czy później obróci przeciwko tym, którzy te apetyty realizowali. Natomiast jest problem inny - w jaki sposób rekompensować tym społecznościom to, że żyją w utrudnionych warunkach. Bo bezwzględnie taka rekompensata się im należy. O wysokości na miarę wartości terenu, w którym wprowadza się ograniczenia. I to powinno być jasno przez ustawodawcę określone, żeby każdy mieszkaniec, także najmniej wykształcony, wiedział, że tego czy tamtego nie może, a że w zamian ma tyle i tyle. I po to jest państwo, żeby takie rzeczy organizować. Państwo jest potrzebne po to, żeby chronić: obywatela przed zagrożeniem zewnętrznym i wewnętrzne wartości przed rozmaitymi innymi zagrożeniami. Także przed nami.

A jak oceniasz obecną sytuację w Tatrach, gdzie próbuje się omijać ograniczenia stawiane przez park narodowy lansując pomysły organizowania olimpiady zimowej czy rozbudowy kolejki linowej na Kasprowy Wierch?

K. R.-H.: Bardzo źle ją oceniam, ponieważ jestem już starym człowiekiem, który pamięta, że pomysłów na zagospodarowanie Tatr było bardzo dużo i praktycznie trudno jest znaleźć dolinę, gdzie czegoś nie planowano. Obecnie mamy tylko kolejny etap ekspansji w głąb. W latach 30. powstała kolejka na Kasprowy Wierch, za nią poszły wyciągi i taka "metoda salami" - po plasterku, po plasterku, jest realizowana nadal. A w Tatrach nie ma miejsca dla żadnej kolejki, ani nowej, ani dla tych, które już są!Kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze byłem sprawny, znalazłem się w Alpach o jakieś dwa lata za późno, żeby wdrapać się na Matterhorn, bo moja kondycja już mi na to nie pozwalała. A miałem ochotę na tę górę. Pamiętałem też, że kiedyś był pomysł, aby zbudować na Matterhorn kolej linową. Oczywiście to było technicznie jak najbardziej możliwe, zwłaszcza od czasu, kiedy w budownictwie zaczęto korzystać z helikopterów. Ale spoglądając wieczorami na tę górę, myślałem: "Jaka szkoda, że nie mogę na nią wejść i jak dobrze, że nie zbudowano na nią kolejki". Została by dokonana desakralizacja. Ja już w Tatry nie pójdę, bo nie to zdrowie i siły, ale to nie jest żadnym argumentem za budową kolei linowej, bym mógł tam wyjechać i popatrzeć. To jest przyroda. Gdy jestem w mieście, przysługują mi określone prawa ochrony, pomocy etc. Natomiast wchodząc w park narodowy czy inne dzikie miejsce, wchodzę na teren, gdzie obowiązują prawa przyrody, m.in. prawo eliminacji. Jeżeli ja nie jestem w stanie skorzystać z tego minimum, które jest bezpieczne dla tej przyrody, to nie mam prawa domagać się żadnych udogodnień, które by mi to ułatwiały.

Czy w związku z tym zmiany na stanowisku dyrektora TPN, które miały niedawno miejsce wpłyną na skuteczność ochrony przyrody w Tatrach?

K. R.-H.: Zobaczymy, jak wpłyną. Ja w każdym razie powiem tak - dla dyrektora Byrcyna istniała tylko jedna zasada: Tatry są nienaruszalne. I to jest podstawa. Wszystko inne zaczyna już pachnieć polityką. Nie istnieją w pewnych dziedzinach kompromisy. Granice kompromisu w Tatrach przekroczyliśmy już ok. 100 lat temu. Niedowiarków odsyłam do pism prof. Pawlikowskiego.

Często wysuwa się jednak argument, że TPN powstał na krzywdzie górali, że zostali oni przez państwo wywłaszczeni. Park narodowy był zemstą władzy ludowej za patriotyczne postawy górali. Jak Ty - jako człowiek z zewnątrz - widzisz tę sprawę?

K. R.-H.: Nie wiem, czy jakikolwiek człowiek, który jest z Tatrami emocjonalnie związany, jest człowiekiem z zewnątrz. Tatry nie są własnością górali, tak samo jak Polska nie jest niczyją własnością. Ktoś kiedyś powiedział, że nie przyroda jest nasza, tylko my jesteśmy przyrody. Tatry są pewnego rodzaju obowiązkiem, uznanym od 150 lat. Jak Norwid powiedział kiedyś o ojczyźnie, że jest to jeden zbiorowy obowiązek. I mamy myśleć o tym, jak zachować dla przyszłych pokoleń Polaków i dla obcych, którzy tu przyjadą, nasze dziedzictwo przyrodnicze i kulturalne. I że - z konieczności - to się musi odbywać najczęściej naszym kosztem, naszym wysiłkiem, ustępstwami, wkładem, rozmaitymi ograniczeniami. Ponieważ my żyjemy tu i teraz, ale po nas mają przyjść następni.Także dlatego, że przed nami byli wielcy, wspaniali ludzie, którzy włożyli wiele wysiłku, żeby to zachować. Źle się stało, że tereny tatrzańskie nie zostały w całości wykupione. I źle się stało, że pan senator Bachleda-Księdzulorz wykreślił przy tworzeniu ustawy o prywatyzacji PKP zapis o wyłączeniu z prywatyzacji terenów kolei linowych w TPN. Na przyszłość stwarza to ogromne zagrożenie, bo nie wiadomo, kto tam wejdzie. Gdyby zgodnie z ustawą z 1991 r. w ciągu roku kolej linowa i wszystkie inne obiekty Skarbu Państwa na terenie TPN zostały przekazane pod zarząd dyrekcji parku, to na pewno byłoby lepiej. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze, zanikają jakiekolwiek hamulce etyczne, prawo próbuje się naginać na wszelkie możliwe sposoby. Gdzie nie ma takich problemów, przyrodzie udaje się przetrwać. Choćby sprawa, dyskusyjnego dla niektórych, parku narodowego "Ujście Warty", który został powołany z inspiracji społeczności lokalnych, widzących w tym promocję terenu. Jeżeli potrafilibyśmy zorganizować w odpowiedni sposób otoczenie TPN i ograniczyć w nim samym ruch, to byłaby to sytuacja właściwa. Na Podtatrzu jest mnóstwo wspaniałych miejsc i zabytków, które można rozpropagować. I to wszystko jest bardzo słabo wykorzystane, bo większość ludzi widzi tylko Zakopane, a Zakopane prze na Tatry.

Niedawno w debacie radiowej, która dotyczyła apelu profesorów w obronie Tatr, prof. Symonides - Główna Konserwator Przyrody - stwierdziła, że Tatry mają się dobrze i nie ma problemu z ich niszczeniem. Jest to tylko rodzaj zbiorowej histerii. Czy czujesz się poddany tej histerii?

K. R.-H.: Powtórzę odpowiedź podaną wcześniej - jeżeli ludzie, którzy podpisali ten apel w obronie Tatr są histerykami, to jestem w dobrym towarzystwie. Nie chcę być w żadnym innym.

Jaką widzisz rolę organizacji społecznych w walce o zachowanie Tatr?

K. R.-H.: Mnie się wydaje, że problem Tatr wygląda inaczej niż to, co próbuje się sprzedać społeczeństwu. Tak naprawdę za całą industrializacją Tatr stoi stosunkowo nieliczna, ale bardzo wpływowa grupa miejscowych i nie tylko miejscowych biznesmenów, ich popleczników w stolicy i nie tylko, może tu w Krakowie także, ludzi, którzy mają wpływy w świecie wielkiej polityki, przez co są w stanie uzyskać to, co sobie zamierzyli. Natomiast ogół społeczeństwa niekoniecznie jest takim właśnie obrotem sprawy zainteresowany. Koniec końców w otoczeniu Zakopanego powstało całe mnóstwo wyciągów narciarskich, które zarabiają całkiem niezłe pieniądze. Jest to ta część społeczeństwa, którą przy bardzo umiejętnej akcji edukacyjnej można przekonać do pewnych idei. Ciągle próbuje się przeciwstawić nas i górali. Byrcyn też jest góralem, pani Zofia Gruszka też jest góralką i takich ludzi jest sporo, wspaniałych, szlachetnych, dumnych i godnych najwyższego szacunku. Jest też pewna grupa ludzi silnych, wpływowych, absolutnie bezwzględnych, wyznających tylko religię pieniądza, którzy są w stanie zdominować takie stosunkowo niewielkie środowisko, jak Zakopane.

Wydaje mi się, że czas wielkich protestów powoli mija, zwłaszcza, że nie są one możliwe w sytuacji szarpanej kryzysem, jak to ma miejsce obecnie. Ludzie chcą przede wszystkim jeść. Zawsze cechą organizacji społecznych była duża elastyczność, robiły to, na co nie miał ochoty biznes, a czego nie potrafiła administracja. Dlatego na Zachodzie ten "trzeci sektor" jest ceniony, bo on bardzo szybko wypełnia rozmaite luki. W związku z tym trzeba się przestawić na działania edukacyjne, tworzenie jakichś programów dla ludzi w tych rozmaitych Polskach "B", "C", "D", które pomogą im osiągnąć poziom względnego dobrobytu.

Powtarzam jeszcze raz: Polska przez swoje zapóźnienie ma wspaniałą szansę i trzeba to próbować umiejętnie wykorzystać. Wracam do Wisły - kilkaset kilometrów dzikiej rzeki, zapyziałe wiochy, miasteczka z gigantycznym bezrobociem. Jeżeli by te wiochy i miasteczka wyposażyć w odpowiednią infrastrukturę, poprawić ich standard, wypromować, zorganizować w sieć turystyczną, to pojawia się duża liczba miejsc pracy. I będą wtedy przyjeżdżać tysiące turystów indywidualnych na spływ tą rzeką, zwłaszcza z zagranicy. To jest oczywiście potężny program, ale jest to pewna wizja. I tego typu wizje trzeba tworzyć w skali mniejszej dla innych miejsc. Nie kolejki linowe i lasy wyrżnięte pod nartostrady, ale umiejętne stwarzanie możliwości prezentowania tych walorów, które się zachowały. Tej różnorodności biologicznej, której nie ma na już Zachodzie, a która w Polsce jest dobrze zachowana. I tego historycznego krajobrazu kulturowego, który tam już dawno wyparła gospodarka wielkotowarowa i dobrobyt. I to jest nasz "towar". Bo chyba nikt się nie łudzi, że my gospodarczo dogonimy Niemcy. Ale ci Niemcy zachwycają się barwnością polskich miedz i przydroży, a migawki ich aparatów trzaskają tam prawie, jak na Wawelu.

Ten nasz "towar" można sprzedać za niezłe pieniądze, bez uszczuplania zasobu. Paradoksalnie, cały czas mówimy o pieniądzach, ale żyjemy w takich czasach, gdzie tylko to się liczy. Może ludzkość kiedyś zrozumie, że pieniądz jako paradygmat nie ma sensu. Jeżeli jednak teraz wszystko musi być uzasadnianie przy pomocy walorów wymiernych, to spróbujmy poczynić stosowne obliczenia. I tu widzę rolę organizacji społecznych. Zajęłyby się one takimi analizami i przygotowaniem takich programów. Tu i ówdzie już próbowano pewne rzeczy robić, np. są świetnie prosperujące zespoły gospodarstw agroturystycznych, do których ci sami zagraniczni goście co rok przyjeżdżają. Naturalny krajobraz i gont na dachu, ale w domu prysznic i Internet. Wydaje mi się, że piękno i dzikość jest możliwe do umiejętnego wykorzystania dochodowego.

W średniej wielkości dolinie alpejskiej mieszczą się Tatry Polskie i Słowackie, jest to strasznie maleńki kawałek i strasznie niskie góry. I liczenie na to, że tu się rozwinie wielkie narciarstwo, jest iluzją. Zainwestują, pociągną jakiś czas korzyści, a potem, gdy zyski spadną, zostawią zrujnowane góry, jak nieopłacalną fabrykę. Natomiast rozwój nawet na Podtatrzu narciarstwa turystycznego, śladowego, gdzie się idzie po dziewiczym terenie, to jest fantastyczna przygoda nawet dla ludzi, którzy są mniej sprawni. Poza tym oferta turystyczna terenu przyrodniczego czy kulturowego, powinna zostać tak pomyślana, żeby był wykorzystywany przez cały sezon. To jest trudne, ponieważ trzeba wymyślać rozmaite rodzaje i warianty ofert. I nie będzie wtedy tego pędu, że mamy tylko dwa miesiące sezonu i musimy chapnąć, ile się da i zedrzeć możliwie wysokie ceny. Wtedy możemy też zmienić sposób użytkowania terenów rolniczych. To jest szerszy program. Są specjaliści w Polsce i poza granicami, którzy mogliby na ten temat więcej powiedzieć. Wydaje mi się, że to jest jedyny bezpieczny kierunek.

Dziękuję za rozmowę.
Image
Kraków, dn. 27 stycznia 2003 r.

Kaj Romeyko-Hurko (ur. 1947) - inżynier mechanik, w latach 1970-1982 praca w zawodzie jako konstruktor, od 1982 r. etatowo w organizacjach społecznych: LOP, PTTK, obecnie w Regionalnym Ośrodku Edukacji Ekologicznej w Krakowie, gdzie zajmuje się opracowywaniem materiałów i pomocy dla edukacji ekologicznej. Wcześniej działacz tych organizacji oraz PKE. Społecznie prowadzi bibliotekę ekologiczną przy ROEE w Krakowie. Niegdyś mocno zaangażowany w działania na rzecz powstrzymania budowy zapory wodnej w Czorsztynie.