Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/114-115 2003/2004 Gru 2003 / Stycz 2004

Anioły z odludzia - z zespołem Stare Dobre Małżeństwo rozmawiają Anna Patejuk i Grzegorz Bożek

Muzyczne dzikie życie

Zespół Stare Dobre Małżeństwo powstał w 1983 r., wyrósł z męskiego duetu wokalno-gitarowego Krzysztofa Myszkowskiego i Andrzeja Sidorowicza. W 1984 r. na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie został wyróżniony przez Wojciecha Bellona - lidera Wolnej Grupy Bukowina, zasiadającego w jury. Ich debiutancka płyta pt. "Dla wszystkich starczy miejsca" ukazała się dopiero w 1990 r. Przez ponad 20 lat istnienia zespół zagrał aż 2000 koncertów, występując praktycznie w każdym miejscu w Polsce. Wydał kilkanaście płyt. Ich płyta "Cudne manowce" została wyróżniona Platynową Płytą, a sześć innych krążków osiągnęło status Złotej Płyty. Często sięgają do tekstów Edwarda Stachury, są niewątpliwie najbardziej znanym wykonawcą nurtu poezji śpiewanej. Blisko związani z Bieszczadami, od 2001 r. współorganizują Festiwal Form Różnych "Bieszczadzkie Anioły", który odbywa się w Cisnej i Wetlinie. Podczas trwania ostatniego z nich nagrodę Dobrodzieja Przyrody 2003 otrzymał od Pracowni na rzecz Wszystkich Istot zaprzyjaźniony z zespołem Feliks Kaczanowski - były dyrektor Słowińskiego Parku Narodowego. Obecnie zespół tworzą: Krzysztof Myszkowski, Wojciech Czemplik, Ryszard Żarowski, Robert Szydło.


Współorganizujecie Festiwal "Bieszczadzkie Anioły". Jaka jest idea tej imprezy?

Krzysztof Myszkowski: Nie ma jakiejś szczególnej idei. Festiwal zrodził się ze spontanicznych spotkańImage przyjaciół, którzy zjeżdżali się w Bieszczady z całej Polski. Przyjeżdżali tutaj przez wiele lat, niezobowiązująco, na luzie, z gitarami. My jako zespół również tu przyjeżdżaliśmy, biesiadowaliśmy, graliśmy na gitarach, aż wreszcie nastąpił taki moment, że zagraliśmy tutaj koncert w małej salce. Okazało się jednak, że było tylu chętnych, by go obejrzeć, iż nie pomieścili się pod dachem. Wtedy postanowiliśmy przenieść imprezę w plener. Zrodził się też pomysł, żeby rozszerzyć ją o konkurs, działania rzeźbiarzy, malarzy i poetów. Chcieliśmy tym samym zrobić coś większego, tak aby każdy mógł pokazać to, czym się zajmuje. Tak mniej więcej powstał Festiwal Sztuk Różnych "Bieszczadzkie Anioły", który teraz odbywa się po raz trzeci. "Bieszczadzkie Anioły" prezentują dokonania muzyczne wykonawców działających w nurcie określanym mianem "Krainy łagodności" i tacy będą się pojawiać w następnych latach na festiwalu.

Dlaczego ta impreza odbywa się w sercu gór?

K. M.: Ponieważ jest to miejsce, które ma swój niepowtarzalny klimat. Tutaj w Bieszczadach praktycznie co chwilę można "potknąć się" o jakiegoś rzeźbiarza, poetę, artystę. To miejsce, które ściąga do siebie specyficzny rodzaj ludzi, a to oni właśnie są siłą tego miejsca i tego festiwalu. To dla nich zresztą organizujemy ten festiwal.

Czy fakt występowania w takim miejscu oznacza, że jest ono dla Was ważne?

K. M.: Bieszczady są piękne. Mieszkam we Wrocławiu, na wyciągnięcie ręki mam Karkonosze, więc z bliska mogę zaobserwować odbywający się tam proces niszczenia przyrody. Niemal wszystko poddane jest ingerencji człowieka. Bieszczady są inne, wciąż dzikie. Tutaj nabieram sił do pracy twórczej, tutaj mój duch wypoczywa.

Jakie są Wasze Bieszczady?

K. M.: Nieco wyludnione, ponieważ najbardziej otacza mnie tu dzika przyroda. To daje poczucie tego, jak bardzo jestem w nią wpisany.

W tekstach, które śpiewacie słychać pochwałę przyrody i jej zjawisk. Czy jest to pieśń pochwalna dla dzikiego życia?

K. M.: Rzeczywiście słychać taką pochwałę, ale jest to zaledwie część tematów i treści, które pojawiają się w tekstach, jakie prezentujemy. Takie charakterystyczne motywy przyrodnicze pojawiają się przede wszystkim w tekstach Adama Ziemianina. Adam mieszka i pochodzi z Muszyny - miejsca, które samo w sobie jest niezwykłe. Jego teksty są nasiąknięte taką wrażliwością, która zwraca uwagę na wyjątkową kulturę tego regionu i jego przyrodę. Z tym regionem związany był blisko Jerzy Harasymowicz, którego utwory wywarły na nas duży wpływ.

Czym jest dla Was kontakt z dziką, nieprzekształconą przez człowieka przyrodą?

K. M.: Opowiada dokładnie o tym nasz utwór pt. "Odludzie". W nim znaleźć można wszystko, co najistotniejsze,Image a co dotyczy tego zagadnienia. "Odludzie" to taki nasz kontrapunkt do innych tekstów, które opowiadają o tym, jak człowiek jest zniewolony przez współczesny świat, komputery, jak bardzo jest uwikłany w cywilizację.

Korzystacie z tekstów Edwarda Stachury. Co Was inspiruje w jego twórczości?

K. M.: Inspiracja Stachurą pojawiła się na początku istnienia zespołu, gdy miałem niespełna 20 lat. To był zresztą niezwykły czas, początek stanu wojennego w Polsce. Ludzie czuli potrzebę takiej wrażliwości, odpowiadała im taka forma przekazu, jaką prezentował Stachura, dlatego również pojawił się w naszym repertuarze. Warto powiedzieć również to, że w jego twórczości najważniejsza jest dla nas afirmacja i pochwała świata, o wiele ważniejsza niż te treści, które pojawiły się pod koniec jego życia. Dla nas ważniejszy od tragicznego finału życia Stachury jest niezwykle radosny okres jego życia i twórczości, w której wychwala on świat i przyrodę.

Interesujący jest motyw wędrowania...

K. M.: Tak, ale wystarczy popatrzeć choćby na nasze życie. Okazuje się, że jest ono właśnie takim wędrowaniem. Przez 200 dni w roku jesteśmy poza domem, prowadzimy można by rzec "rock'n'rollowy" tryb życia. O tej wędrówce opowiadamy naszym słuchaczom, opowiadamy im również o tym, że to, jak żyjemy, jest całkiem zwyczajne.

Turystyka komercyjna nastawiona jest na człowieka jako zdobywcę przyrody. Poprzez promowanie sportów ekstremalnych, rajdów motorowych, samochodowych, narciarstwa zjazdowego coraz bardziej wkracza w najdziksze ostoje przyrody. Czy nie sądzicie, że jest to objaw wypaczenia kultury współczesnego człowieka?

K. M.: Sam nie pasjonuję się tymi sportami, nie jeżdżę na nartach, ale zauważam ten problem. Polskie góry są zbyt małe w porównaniu choćby z Alpami, żeby zostały w ten sam sposób zagospodarowane. Nie jest to chyba zresztą najlepszy pomysł. Zdarzają się takie przypadki, że kozice w Tatrach muszą nieraz ustępować miejsca człowiekowi. Ludziom zdecydowanie brak wyobraźni, niestety najczęściej liczy się dla nich tylko przyjemność.

Ekolodzy uważają, że jedną z głównych przyczyn kryzysu ekologicznego jest niepohamowana konsumpcja oraz globalna niesprawiedliwość społeczna. Gdzie tkwią korzenie tych zjawisk?

K. M.: W samych ludziach, w ich egoistycznej naturze, która podpowiada im, że są najważniejsi. Ten sam egoizm jest przyczyną wszystkich wojen, jakie toczą się na świecie. Poza tym ludzie są zamknięci na świat, na siebie nawzajem. Ludzie żyją tak, jakby wyznawali zasadę "mój dom jest moją twierdzą".

Jak przekonać ludzi by szanowali i dbali o Ziemię?

K. M.: Myślę, że trudno jest ich do tego przekonać. W zasadzie wydaje się to nawet niemożliwe. Jedyne co można zrobić, to chyba mówić im o tym, że powinni dbać o swoich wnuków, o swoich potomków. O tym, że oni też będą po nas żyli w tym miejscu. Jedynie to wydaje się być sensowne i mieć szansę na dotarcie do większości ludzi.

Czym jest dla Was dzikość, dzikie życie?

K. M.: Jako że jesteśmy mieszczuchami, którzy praktycznie cały czas są w podróży, ważne jest dla nas oderwanie się od codziennych zajęć. Dla nas dzikość to wyjazdy gdzieś z dala od codziennego pośpiechu i zgiełku, w miejsca, gdzie można odpocząć. Jednym z takich miejsc są właśnie Bieszczady.

Dziękujemy za rozmowę.

Strona internetowa zespołu: www.sdm.art.pl