Miesięcznik Dzikie Życie

9/111 2003 Wrzesień 2003

Nic nie jest łatwe - z Sabiną Nowak ze Stowarzyszenia Dla Natury "Wilk" rozmawia Dariusz Matusiak

Nic nie jest łatwe - z Sabiną Nowak
ze Stowarzyszenia Dla Natury "WILK" rozmawia Dariusz Matusiak

Przez wiele lat byłaś związana z Pracownią na rzecz Wszystkich Istot, jednak od 1996 roku prowadzisz własną organizację - Stowarzyszenie dla Natury "Wilk". Jak byś określiła niszę ekologiczną, w której działa Twoje stowarzyszenie?

Sabina Nowak: Tę niszę wyznaczają problemy związane z ochroną gatunkową pewnych "kontrowersyjnych"Image zwierząt. Są takie gatunki, których nie można chronić wyłącznie poprzez suchy zapis w prawie. Działania ochronne muszą być o wiele szersze. Stąd wynika nasza troska, aby obecność tych zwierząt na danym terenie nie stanowiła źródła nadmiernych konfliktów. To jest właśnie nasza nisza - staramy się rozwiązywać problemy wynikające z ochrony gatunków konfliktowych.

Twoje stowarzyszenie realizuje program ochrony wilka w Karpatach Zachodnich. Na czym on polega?

S. N.: To jest program, którego podstawy tworzyliśmy przez kilka lat. Polega on na sprecyzowaniu głównych problemów związanych z obecnością wilka na tym obszarze i ich rozwiązywaniu. Głównym elementem jest monitoring wilka w terenie, gdyż musimy wiedzieć, jak duża jest jego populacja, czy następuje spadek, czy wzrost liczebności. Badamy też zasięg populacji tego drapieżnika, ponieważ mamy do czynienia z obszarami, gdzie przez pewien czas był całkowicie wytępiony. Sprawdzamy też, czy pojawia się kłusownictwo, czy są konflikty z hodowcami, czy co roku poszkodowane są te same gospodarstwa, jak to się zmienia. Tworzymy program ochrony zwierząt gospodarskich przed atakami wilków polegający na szkoleniu hodowców, a następnie wprowadzaniu owczarków podhalańskich i fladrów - metody wcześniej używanej do celów łowieckich, a obecnie przystosowanej przez nas do ochrony zwierząt gospodarskich. Wpadliśmy na pomysł wykorzystania fladrów "w drugą stronę" kilka lat temu i zaproponowaliśmy to rozwiązanie w Bieszczadach, gdzie hodowcy zaczęli rozwieszać stare ubrania na płotach. Potem uszyliśmy prawdziwe fladry i testowaliśmy ich stosowanie do otaczania koszar, w których przetrzymywane są w nocy owce, tak by było to najbardziej efektywne. Zarówno szczeniaki owczarków podhalańskich jak i fladry przekazujemy hodowcom w Beskidach w miarę zdobywania na nie środków finansowych. Potem nadzorujemy prawidłowy trening szczeniąt i instalowanie fladrów, ponieważ ludzie nie zawsze są świadomi konieczności przestrzegania pewnych twardych reguł. To przynosi jednak wymierne efekty, gdyż stosowanie polecanych przez nas sposobów ochrony gospodarskich zwierząt powoduje zmniejszenie wielkości strat od wilków. W roku 2002 spadły one o 80%.

W Polsce oficjalnym symbolem ochrony przyrody jest żubr. Natomiast w społecznym ruchu ochrony przyrody takim symbolem jest wilk - drapieżnik, wokół którego jest wiele konfliktów. Czy to skłoniło Was do nadania takiej nazwy stowarzyszeniu?

S. N.: Nazwa została nadana trochę z przekory. Gdy zakładaliśmy stowarzyszenie, stosunek większości społeczeństwa do wilków nie był pozytywny - szczególnie na tych obszarach, gdzie one występują. Chcieliśmy oswoić ludzi z faktem, że można używać tego słowa bez jakichś specjalnych, negatywnych emocji. Muszę przyznać, że to skutkuje. Choć są sytuacje, gdy ludzie podchodzą do nas z oporem, bo sama nazwa jest już dla nich pewnym ostrzeżeniem, że mają do czynienia z osobami, dla których wilk jest zwierzęciem szczególnym. Ale potem pracując z nami przekonują się nie tylko do nas, ale i do samego gatunku. Widzą, że nie jesteśmy tylko po to, aby krzyczeć i protestować czy pouczać, ale przede wszystkim, aby im pomóc.

Co się zaś tyczy wilka jako symbolu, to należy sobie zdać z tego sprawę, że żywotna i jednocześnie chroniona populacja tego drapieżnika żyje tylko w Polsce. W żadnym innym kraju europejskim, w którym gatunek ten jest chroniony, nie ma populacji na tyle dużej i zróżnicowanej genetycznie, aby była w stanie sama przetrwać. W tych krajach, w których wilk jeszcze występuje, nie stanowi on niestety wspomnianego przez Ciebie symbolu, lecz jest gatunkiem łownym lub nawet zwalczanym. Tak jest w Europie. W Stanach Zjednoczonych, gdzie drapieżnik ten po latach eksterminacji został prawie całkowicie wytępiony, przez ostatnie 30 lat był chroniony i intensywnie badany. W efekcie obserwuje się obecnie powrót wilka w północnych stanach USA. Natomiast na Alasce, gdzie jego populacja jest liczniejsza, co roku wiele kontrowersji budzą okrutne rządowe programy regulacji liczebności, przy użyciu wnyków i przynęt.

Dużo czasu spędzasz w terenie na badaniu wilków?

S. N.: Słowo "badanie" brzmi trochę tak, jakby nie miało związku z ochroną tych zwierząt, ponieważ naukowców najczęściej traktuje się jako osoby pracujące tylko dla siebie, dla zdobycia tytułu, sławy czy napisania artykułu. To częstokroć krzywdząca opinia. Badania, które my prowadzimy, a więc tropienie wilków, szacowanie ich liczebności, określanie wielkości terytoriów, ustalanie składu ich diety stanowią niezbędną podstawę dla wprowadzanego programu ochrony. Dysponując tymi wszystkimi danymi, możemy zaplanować konkretne działania. Wiemy, które miejsca trzeba chronić, które są najbardziej zagrożone przez turystykę czy inną działalność ludzi. Wiemy też, w obrębie terytorium której watahy nastąpiły ataki na zwierzęta gospodarskie. W takich sytuacjach potrafimy wykazać, czy sprawcami były wilki, czy też nie. Wszystkie te elementy są ze sobą bardzo powiązane, nie widzę więc możliwości skutecznej ochrony wilka bez prowadzenia ciągłego, intensywnego monitoringu populacji. Poza tym mając aktualne dane na temat wielkości poszczególnych watah wiemy, jaka jest ich dynamika - czy jest spadek, czy wzrost i daje nam to informację, czy nasze działania mają konkretne przełożenie na sytuację wilka, czy też są to tylko działania dla zyskania lepszego samopoczucia.

Czy prowadząc swoje badania w terenie nie odczuwasz lęku przed wilkami? W naszej kulturze już od dzieciństwa wpaja się ludziom strach przed wilkiem.

S. N.: Nie, nie boję się wilków. Nigdy, pomimo, że znajdowałam się sama w odległości kilku metrów od całej watahy, nie zdarzyło się nic złego. Strach przed wilkami jest konsekwencją tego, że zdarzają się (aczkolwiek niezmiernie rzadko) przypadki wścieklizny wśród tych zwierząt. Chory wilk pozbawiony jest instynktownej obawy przed człowiekiem. Podobnie zachowują się lisy czy jenoty, które o wiele częściej zapadają na tę chorobę. Takie zdarzenia, kiedy chory wilk podchodził do osad ludzkich i atakował inwentarz czy ludzi, były zapamiętywane i przekazywane z pokolenia na pokolenie, nawet gdy były to przypadki niezwykle rzadkie. Obawa przed wilkiem może też być wynikiem niebywałej inteligencji tego zwierzęcia. Drapieżniki te mają umiejętność oceny stopnia zagrożenia w różnych sytuacjach, korzystają też ze zgromadzonego przez lata doświadczenia. Gdy przekonają się, że pracujący w lesie robotnicy leśni nie są dla nich groźni, spokojnie przechodzą obok, traktując ich wręcz jako element krajobrazu, jako część środowiska, w którym żyją. Im więcej osób korzysta z lasu i jest to regularna aktywność, tym one bardziej się do tych ludzi przyzwyczajają. Nie są w stanie przecież uciec przed nimi, bo nie ma tylu spokojnych miejsc w lesie. W efekcie są dość często widziane, zarówno przez leśników jak i przez turystów. Takie spotkania mogą być kanwą dla wielu mniej lub bardziej ekscytujących opowieści.

Dużo kontrowersji wywołują badania telemetryczne, które polegają na łapaniu wilków, zakładaniu im nadajników i śledzeniu zwierząt w terenie. Czy nie uważasz, że jest to zbyt daleko posunięta ingerencja badawcza w świat dzikich zwierząt?

S. N.: Nie, nie uważam, by tak było. Miałam dowody, że obroże z nadajnikami założone wilkom nie utrudniają im normalnego funkcjonowania. Budowa ciała tego drapieżnika, jego sposób poruszania się jest zupełnie inny niż człowieka. Miałam okazję analizować układ mięśniowy wilka i wiem, że mięśnie karku wilka są niesamowicie wytrzymałe. To połączenie tułowia z głową wytrzymuje olbrzymie obciążenia, jakich wymaga chociażby rozprawianie się z dużą zdobyczą - jeleniem czy łosiem, i rozrywaniem jej na kawałki. W obliczu takich wyzwań ciężar obroży - pół kilograma - nie ma dla dorosłego wilka żadnego znaczenia. Same odłowy są z pewnością stresujące, ale zwierzę to praktycznie przez całe swoje życie nastawione jest na stresy. Trzeba podkreślić, że to właśnie wyniki projektu telemetrii na wilkach prowadzonego przez Zakład Badania Ssaków PAN w Białowieży dały nam w latach 90. bazowe argumenty w walce o ochronę gatunkową tego drapieżnika. Telemetria pozwala uzyskać wiele danych, które nie są dostępne przy wykorzystaniu tradycyjnych tropień zimowych. Dzięki niej wiadomo, co dzieje się z watahą w okresie bezśnieżnym, jak długie są dobowe wędrówki wilków, jak wielkie są terytoria watah, gdzie rodzą się młode, co jedzą i jakie jest dzienne zapotrzebowanie pokarmowe tych drapieżników itd. Ponadto tylko telemetria pozwala oszacować nasilenie kłusownictwa na wilkach, a czasami daje szansę uratowania zwierzęcia uwięzionego we wnykach. Pokazuje też możliwości migracyjne tego gatunku. Z tych właśnie powodów uważam, że jest to bardzo dobra i rzetelna metoda - co sprawdza się w rozmowach z urzędnikami, daje mi podstawowe i wiarygodne argumenty. Bardzo ważne jest też, aby telemetria była prowadzona w różnych rejonach Polski. My, ludzie, na naszych dwóch nogach jesteśmy bardzo ślamazarni w porównaniu do zwierząt. Nawet, gdy mamy dobrą kondycję i możemy przebrnąć np. 15-20 km w śniegu, jest to nic w porównaniu z 30-50 km, jakie potrafi pokonać w nocy wataha. Nigdy więc nie będziemy wiedzieli dokładnie, jakie miejsca danej nocy spenetrowały wilki, jak daleko sięga ich terytorium, a w konsekwencji ile watah mieści się w danym kompleksie leśnym, jaka jest liczebność lokalnej populacji. To właśnie pomaga ustalić telemetria. Wykorzystując uzyskane dane mamy o wiele mocniejsze argumenty niż osoby, które są zwolennikami odstrzałów wilków.

Wspomniałaś o kłusowaniu wilków. Dostajemy wiele sygnałów wskazujących na to, że obecnie mamy do czynienia z nielegalnym odstrzałem wilków na sporą skalę.

S. N.: Kłusownictwo jest bardzo nierównomiernie rozłożone w Polsce, co wynika z zamożności różnych regionów. Tutaj akurat - w rejonie Beskidu Śląskiego i Żywieckiego nie ma dużego problemu nielegalnych polowań na zwierzęta kopytne. Konsekwencją tego stanu jest też brak wnyków, w które wpadałyby drapieżniki. Niewykluczone jest jednak, że istnieje celowe kłusownictwo na wilkach - co jednak niezwykle trudno wykazać. Natomiast w innych regionach Polski jest to duży problem, szczególnie w Beskidzie Niskim i Bieszczadach, a także w Polsce północno-wschodniej, gdzie we wnyki na zwierzęta kopytne, a szczególnie dziki, często wpadają również wilki i rysie. Ostatnio faktycznie mieliśmy dużo sygnałów o znalezieniu wilków we wnykach, stąd widać, że kłusownicy są niezmiernie aktywni.

Jakie są inne zagrożenia dla tych drapieżników, o których dowiadujesz się ze swoich badań?

S. N.: To przede wszystkim potworna antropopresja, jednak nie taka związana z gospodarką leśną, lecz polegająca na szatkowaniu kompleksów leśnych wyciągami narciarskimi, wchodzeniu z zabudową turystyczną, rozwój inwestycji liniowych, podział lasów przez drogi szybkiego ruchu czy oddzielenie jednego zwartego kompleksu leśnego od drugiego i przecięcie w ten sposób dróg migracji. To są bardzo istotne czynniki, bo gdy weźmiemy pod uwagę los jednego osobnika, to dla niego bezpośrednim zagrożeniem może być kłusownictwo czy nielegalny odstrzał, natomiast zagrożeniem dla całej populacji jest ograniczenie możliwości migracji i przepływu osobników. Dla bytowania wilków największym zagrożeniem jest więc wzrost antropopresji. Boję się, że gdzieś za 20-30 lat będziemy już tylko wspominać wilki w tym regionie.

W Beskidzie Żywieckim coraz bardziej popularna staje się masowa turystyka, której wyznacznikiem jest zabudowa kolejkami liniowymi kolejnych dzikich szczytów np. Wielkiej Raczy, Hali Lipowskiej. Czy widzisz jakieś rozwiązanie tej sytuacji?

S. N.: To bardzo niedobre zjawisko. To jest wręcz dramat, bo każdy z projektowanych wyciągów miałby być prowadzony przez ostoje niedźwiedzi, rysiów, wilków, głuszców. A więc wszystkich tych gatunków, których liczebność jest niewielka i których egzystencja naprawdę zależy od zachowania tych ostatnich spokojnych miejsc. Ostoje przetrwały, ponieważ obszary te przez długi czas były niedostępne dla ludzi. Dostępu broniło ukształtowanie terenu czy wielkość pokrywy śnieżnej - a więc te same czynniki, które obecnie sprzyjają budowie wyciągów. Nie dziwi więc, że inwestorzy wybierają właśnie takie miejsca. Natomiast z punktu widzenia ochrony żyjących tam zwierząt zgody na takie inwestycje być nie powinno. Poza tym wyciągi narciarskie nie rozwiążą problemów lokalnych społeczności, ponieważ nie są panaceum na wszelkie dolegliwości. Wystarczy odwiedzić Szczyrk, aby przekonać się, że drogi prowadzące do wyciągów są tak dziurawe, że nie ma bezpośredniego przełożenia zysków z tych inwestycji na funkcjonowanie infrastruktury w danej miejscowości. A dojazdy do tych miejsc - gdzie wyciągi są dopiero projektowane - są w tragicznym stanie. Ich wyremontowanie wymagałoby olbrzymich nakładów finansowych, choćby ze względów na masy samochodów, które nieuchronnie by się pojawiły. Wraz z brutalną ingerencją w spójność kompleksu leśnego pojawiają się nieuchronnie kłopoty z wodą. Mieszkańcy wiosek u podnóża Skrzycznego co roku w lecie borykają się z brakiem wody. Jest też pytanie, co zrobić z turystami w sytuacji, gdy nagle zabraknie śniegu? Według mnie, budowa kolejnych wyciągów czy kolejek liniowych jest pomysłem z "sufitu", można by powiedzieć "budowaniem domu od dachu". Widać jednak, że osoby rządzące tymi miejscowościami, przedstawiciele samorządu lokalnego ulegają namowom inwestorów lub zagranicznych firm handlujących wyciągami i śnią sen o "narciarskiej potędze" swojej gminy. Chcą to robić teraz, zaraz, bez przemyślenia całej sytuacji czy brania pod uwagę długoterminowych konsekwencji takich inwestycji. Popatrzmy na Korbielów, jakie tam są starania o przepchnięcie wyciągu narciarskiego na Pilsko, a jednocześnie nie widać żadnego rozwoju tej miejscowości. W ogóle brakuje pomysłów na to, co poza kolejką, co poza sezonem narciarskim.

Skąd czerpiesz motywację do ochrony dzikiej przyrody?

S. N.: Otarłam się w życiu o różne filozofie. Generalnie chcę robić wszystko, co w mojej mocy, aby jeszcze przez jakiś czas te miejsca były dostępne dla dzikich zwierząt, aby można było cieszyć się ich obecnością w tym regionie. Przecież w większości przypadków robimy to dla siebie... Wiem, że w skali czasu ewolucyjnego to nie ma żadnego znaczenia - to, co my tutaj robimy. Chciałabym jednak mieć pewność, że za kilkanaście lat będę mogła usiąść w lesie na śniegu, obok tropów pięciu wilków, a potem iść za nimi 20 czy 30 km, jeśli jeszcze sił mi starczy.

W ruchu ekologicznym nie ma zbyt wiele kobiet, które byłyby liderkami organizacji ekologicznych. Jako kobieta prowadząca stowarzyszenie, jaką dałabyś radę dziewczynom, które tak jak Ty chciałyby pomagać dzikiej przyrodzie?

S. N.: Wiem, że to jest możliwe, że kobieta może to robić. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wiązać tę funkcję z życiem prywatnym. I zupełnie nie rozumiem, dlaczego kobiety tego nie robią. Wiem, że to nie jest łatwe, ale nic nie jest łatwe!

Dziękuję za rozmowę.