Miesięcznik Dzikie Życie

5/119 2004 Maj 2004

Nie pozwólmy rozmienić przyrody na drobne - z dr Anną Kalinowską rozmawia Dariusz Matusiak

Od wielu lat uczestniczy Pani w ważnych międzynarodowych spotkaniach, dotyczącymi związków przemian społecznych z obecnymi problemami ekologicznymi, np. w Szczycie Ziemi w Johannesburgu. Czy zmiany, jakie się tam proponuje nie są jednak tylko kosmetyką, która ma nam dać złudne wrażenie, że coś w końcu robimy?

Anna Kalinowska:
Stosunek ludzi, także rządów poszczególnych państw, do przyrody się zmienia, zaczynaImage ona być wartością, która jest postrzegana także w kategoriach ekonomicznych, choć inaczej niż dotychczas. To bardzo pozytywne zjawisko, gdyż przyroda zaczyna mieć również wartość materialną i nie są to już tylko sympatyczne emocje, powoływanie się na duchowe wartości, które są czymś pięknym, ale we współczesnym świecie często za mało istotnym, żeby stanowić argumenty pozwalające na zahamowanie negatywnych działań osób i instytucji nastawionych wyłącznie pragmatycznie. Problem w tym, że te zmiany, które są korzystne, zachodzą zbyt powoli w stosunku do ciągle pojawiających się nowych problemów, m.in. korupcji, niesprawnego zarządzania funduszami pomocowymi itp.

Jeśli mówimy o wartości ekonomicznej przyrody to przywołujemy słowo"biznes". Jaką widzi Pani rolę biznesu w obecnych przemianach? Ruch ekologiczny z dużą nieufnością podchodzi do zapewnień dużych firm twierdzących, że ich działania są przyjazne dla środowiska.

A. K.: Biznes biznesowi nierówny. Jest coraz silniejszy ruch takich firm, które chcą być "przyjazne środowisku", bo to się po prostu opłaca. Podczas Szczytu Ziemi w Johannesburgu można było zaobserwować duży udział organizacji biznesowych. Z powodów ekonomicznych opłaca się im wprowadzać czyste technologie, a ich zachowanie jest także odpowiedzią na zmianę nastawień na całym świecie. Siła protestów jest ogromna. Warto przypomnieć chociażby bojkot firm produkujących konserwy z tuńczyka łowionego za pomocą sieci dryfujących. To są wyraźne sygnały idące od konsumentów. Podczas Światowego Kongresu Parków Narodowych w Durbanie w 2003 r. miała miejsce ważna debata dotycząca przemysłu wydobywczego i kopalnictwa, które są dużym problem w wielu parkach narodowych, zwłaszcza w Indonezji i Australii. Na najcenniejszych terenach znajdują się zarazem największe zasoby mineralne. Okazuje się jednak, że z własnej woli niektóre zrzeszenia wydobywcze wycofują się z takich prac, gdyż chcą budować swoją reputację na właściwym podejściu do środowiska. Dostrzegam tu silny związek pomiędzy postawami konsumentów i ich wpływem na "ekologizację" biznesu. To jest bardzo ważna gra sił i warto, by konsumenci nie zapominali o swoich możliwościach "wychowawczych" wobec biznesu.

Po zakończeniu konkursu ekologicznego, na spotkaniu dla prasy lokalnej, byłam zobligowana do wygłoszenia małego wykładu. Nawiązałam do takiej piosenki o mydełku Fa, która została kiedyś określona przez krytyków jako "potworek muzyczny", a dla mnie jest to piosenka mówiąca o tym, że dla wielu ludzi świat reklamy staje się rzeczywistością. Zaczynają żyć w tym wirtualnym świecie, wyznawać takie wartości, mieć czysto konsumpcyjne marzenia. Nie obwiniajmy więc tylko biznesu.

Innym wyobrażeniem, któremu hołdowaliśmy od wieków, jest wizja człowieka jako pana i władcy całego stworzenia. Czy wypracowane na tych międzynarodowych spotkaniach programy mają szansę zmienić to skrajnie antropocentryczne nastawienie ludzi wobec przyrody?

A. K.: Ta zmiana dopiero się rodzi. Przykładem takich pozytywnych przemian może być fakt, że na świecie coraz większą rolę odgrywają prywatne formy ochrony przyrody. Opierają się one na poczuciu odpowiedzialności za miejsce, w którym przyszło nam żyć. Są to tendencje nie tylko filozoficzne, ale już coraz bardziej konkretne i tak np. dzikie zwierzęta Afryki są lepiej chronione w tych krajach, gdzie tereny ich występowania przechodzą na własność prywatną. Bardziej opłaca się zakładać na sawannie taki rezerwat, do którego przyjeżdżają turyści, niż np. zamienić ten obszar na pastwiska.

W Afryce Południowej podczas Kongresu Parków Narodowych rząd RPA ogłosił, że zostaną zniesione podatki od gruntu, jeżeli właściciel zadeklaruje, iż jego teren będzie rezerwatem. Oczywiście, jeśli będą tam przestrzegane pewne reguły, bo sama deklaracja nie wystarcza. I to jest bardzo ważne, żeby to poczucie odpowiedzialności przekładać także na tereny, które nie są wprawdzie własnością kapitałową, ale czymś w rodzaju małej ojczyzny, z którą wiąże się poczucie dumy i przynależności.

Myślę, że różne piękne określenia, w stylu: "wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za los Ziemi", że "chronimy naszą planetę", dla wielu osób są czymś abstrakcyjnym i nieprzekonującym. Trudno sobie wyobrazić wpływ naszych codziennych czynności na całą Ziemię. Lepiej ogarnąć jej maleńką, ale za to znaną część. Przyszłość ochrony przyrody widziałabym właśnie w takim indywidualnym poczuciu własności i odpowiedzialności. Jest to chyba najbardziej przyszłościowe zadanie edukacyjne - budowanie partnerstwa, tworzenie poczucia dumy z ochrony miejsca, w którym przyszło nam żyć. Wzniosłe myśli ogarniające cały glob są dla ludzi dużo mniej przekonujące niż ten własny kawałek ziemi, który widać z okna, do którego można pójść na spacer.

Większość ludzi na świecie mieszka obecnie w miastach. Czy oprócz możliwości wykupu ziemi dla jej ochrony, mogą mieć oni jakiś znaczący wpływ na zachowanie obszarów dzikiego życia?

A. K.: Jednym z tematów Światowego Kongresu Parków Narodowych był udział i rola miast w utrzymaniuImage terenów dzikiej przyrody, czyli parków narodowych i rezerwatów. Liczba terenów chronionych na całym świecie na szczęście wzrasta - jest to już w tej chwili 12% powierzchni Ziemi; inną sprawą jest przestrzeganie prawa na tych terenach. Okazuje się, że użytkownikami parków narodowych w dużym stopniu są ludzie z miast. Dlatego, że to im najbardziej zależy na zachowaniu przyrody i stać ich na to, żeby się wybrać do parku narodowego. To również ludzie z miast są najbliżej ośrodków władzy, parlamentów i na nich w dużym stopniu spoczywa obowiązek prowadzenia lobbingu na rzecz tworzenia i utrzymania terenów chronionych. Z drugiej jednak strony, coraz większym zagrożeniem dla tych obszarów jest problem rozprzestrzeniania się osadnictwa ludzkiego. Czasami dzieje się to w sposób zupełnie spontaniczny, niekontrolowany. Polska jest krajem, gdzie niestety planowanie przestrzenne jest traktowane po macoszemu. Jednym z zagrożeń - co staje się źródłem konfliktów np. w Wigierskim Parku Narodowym - jest presja ekspansji budownictwa. W Danii, w kraju wydawałoby się o stosunkowo małej powierzchni terenów cennych przyrodniczo, zafundowano sobie bardzo dobre planowanie przestrzenne, które daje możliwości budowania w pewnych określonych regionach, ale niektóre inne tereny są całkowicie wyłączone z zabudowy. To jest bardzo ważne, bo pozwala na zmniejszenie presji na przyrodę. Warto się również zastanowić, jak miasta będą się dalej rozwijały; czy będą skoncentrowane, tak jak miasta średniowieczne, czy też będą rozpełzały się na całą okolicę. W tej chwili jest to w Polsce olbrzymi problem, bo miasto wdziera się wszędzie. Z drugiej strony, zapominamy, że w jego środku jest mnóstwo oaz dzikiej przyrody - zwierząt i roślin, które zmieniając swoje obyczaje przystosowują się do życia miejskiego. Ocenia się, że w Anglii jedna z większych populacji lisów żyje właśnie w mieście. U nas do miast przeprowadza się coraz więcej gatunków ptaków, korzystając z pożywienia, łagodniejszego mikroklimatu, a te, które się przystosowały nie odlatują na zimę. Następuje bardzo duża zmiana i adaptacja sposobów zachowań oraz pewnego przystosowania się przyrody do koegzystencji z człowiekiem i do zmiany warunków. Oczywiście nasuwa się pytanie: jak daleko te granice przystosowań mogą jeszcze pójść. To, że są możliwe pewne adaptacje nie znaczy, że gdy się wszystko zmieni, wszystko zagospodaruje, to przyroda sobie "jakoś" poradzi.

Zagospodarowanie terenów dzikich jest obecnie jednym z największych problemów i przyczyną konfliktów wokół miejsc cennych przyrodniczo. Czy zna Pani jakiś sposób na rozwiązanie takich konfliktów bez uszczerbku dla tych miejsc?

A. K.: Jest to bardzo trudne pytanie. Dlatego, że źródła konfliktu są różne. Przeważnie powstają na skutek różnicy interesów i to często źle pojętych. Sposób rozwiązywania konfliktów to cała skomplikowana szkoła, i różne są możliwości rozwiązania, choć jedno jest istotne, tj. sprawa dialogu i rozmowy. Wszędzie tam, gdzie z góry narzucane jest jakieś rozwiązanie, jest ono nietrwałe i pojawiają się konflikty. Również sytuacja, kiedy strony konfliktów są odsądzane od czci i wiary, powoduje natychmiastowe usztywnienie stanowisk i uniemożliwienie znalezienia rozwiązania. Uważam, że konflikty z samorządami lokalnymi w dużym stopniu biorą się stąd, że rozmawiało się z nimi z pozycji siły, zamiast wskazywać korzyści z tego przywileju życiowego, jakim jest mieszkanie czy posiadanie terenu w okolicach dzikich i chronionych. Ważna jest więc umiejętność wysłuchania obydwu stron, zobaczenia, co można zrobić, żeby te pół centymetra ustąpić, uszanować racje przeciwnika równocześnie przekonując do swoich, nie usztywniać się, nie obwiniać się od razu, niezależnie co się dzieje. I tu, muszę powiedzieć, że jesteśmy jeszcze strasznie daleko od zdobycia takich umiejętności. Ludzie muszą się nauczyć rozmawiać ze sobą - to się przydaje nie tylko w ochronie przyrody.

Czy siła argumentów wystarczy, gdy druga strona może użyć siły i przemocy?

A. K.: W tej chwili istnieją różne grupy, które działają metodami prawie gangsterskimi. Myślę np. o grupachImage nacisku łowieckiego. Tutaj mamy interesy ludzi, którzy pewne swoje zachowania, pewne cechy charakteru wyładowują w łowiectwie. Nie chciałabym być tutaj potraktowana jako osoba, która odsądza myśliwych od czci i wiary, bo uważam, że jest to zrównoważony sposób eksploatacji przyrody i jeśli już coś rozregulowaliśmy, to jest to niezbędne, ale myślę o takim łowiectwie, które wywodzi się z koncepcji zarządzania przyrodą, a nie jest miejscem wyładowywania swoich frustracji, agresji i chęci władzy itd. Lobby łowieckie jest w tej chwili strasznie silne w całej Europie. Jest sporo nacisków w sprawie złagodzenia Dyrektywy Ptasiej, skrócenia okresów ochronnych. Mamy więc konflikt z grupą, z którą niełatwo jest rozmawiać. Często podobnie jest z samorządami, jeśli stoją za nimi różne grupy interesu. Mimo to sztuka rozwiązywania konfliktów powinna być swoistym ABC dla wszystkich, którzy chcą skutecznie działać w ekologii. Ta sztuka obejmuje też poszukiwanie mądrych sojuszników.

Przez kilka lat pracowała Pani w Ministerstwie Środowiska, kierując Biurem Edukacji i Komunikacji Społecznej. Nie miała Pani obaw, że będzie musiała firmować swoim nazwiskiem decyzje, które nie mają nic wspólnego z ochroną przyrody?

A. K.: Na szczęście nikt nie wywierał na mnie presji, żebym zrobiła albo podpisała coś, z czym się nie zgadzałam. I to jest granica, którą jestem w stanie zaakceptować. Tam, gdzie widzę, że mam coś do zrobienia, to w takiej niszy staram się działać. Zresztą wraz z nadejściem nowej ekipy podziękowano mi za pracę, nawet zmieniając w tym celu nazwę Biura z "edukacji" na "promocję". Na szczęście dla edukacji, nazwa biura znów wróciła.

W systemie parlamentarnym bardzo szybko może dojść do zmiany opcji politycznej, co pociąga za sobą zmiany ludzi na najróżniejszych stanowiskach, jednak najważniejszą sprawą jest skuteczne prawo. Całe ekipy odchodzą i przychodzą, ale prawo pozostaje na stałe i jest ono barierą, której nie da się łatwo przekroczyć. Dlatego to, co mnie najbardziej niepokoi, to psucie prawa. Teraz np. oburzająca jest liberalizacja dotycząca przepisów o eksperymentach na zwierzętach. To jest jedna z bardziej skandalicznych sytuacji, dlatego, że niczym nieuzasadniona. Gdyby do niej doszło, byłby to krok antycywilizacyjny. Cały czas uważam, że jeśli chodzi o władze najważniejsze jest, aby ludzie zastanowili się, na kogo głosują.

Do wielu międzynarodowych gremiów wybierane są kobiety. Czy widzi Pani jakąś szczególną rolę dla nich w kreowaniu przemian społecznych?

A. K.: Taką samą, jak mężczyzn. To znaczy trzeba robić to, co się uważa za słuszne i rozsądne. Nie ma wielkiej różnicy w działaniach. No może taka, że kobiety mają większy wpływ na działania wychowawcze. I to zarówno na kształt domu i gospodarstwa domowego, jak i na wszczepianie pewnych wzorców osobowych. I to jest szalenie ważne, czy będą to wzorce przyjazne przyrodzie, czy też będzie to model drapieżnej konsumpcji, którą niestety wiele kobiet przekazuje swoim dzieciom. Jest to dla mnie bardzo przykre, że tzw. prasa kobieca jest tak bardzo agresywna, jeżeli chodzi o promowanie postawy czysto konsumpcyjnej.

Moim studentom zadaję często ćwiczenie, żeby napisali artykuły na temat praw zwierząt czy ochrony przyrody do różnych pism tak, aby niosły ważne treści i pasowały do profilu pisma. Jednak moje wysiłki, żeby umieścić je w pismach kobiecych, kończą się porażką. Inne poważne pisma chętnie przyjmują i drukują nasze artykuły, natomiast pisma kobiece nie są nimi zainteresowane.

W zeszłym roku otrzymała Pani zaszczytne wyróżnienie, "Tarczę Gai", za swoją działalność społeczną i wydawniczą. Czy ma Pani jakieś marzenie, w którego realizacji tarcza ta mogłaby dopomóc?

A. K.: Tak, oczywiście. Bardzo bym chciała, aby Tarcza rzeczywiście mogła osłaniać przyrodę i dać jej właściwe miejsce i właściwą przestrzeń w naszym życiu. Jeśli nie dokona się gruntownych zmian w planowaniu przestrzennym, to wkrótce wypchniemy przyrodę na małe wysepki na morzu ludzkiej ekspansji. Nie pozwólmy przyrody rozmienić na drobne. Tego już nie da się odwrócić.

Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, dn. 15 grudnia 2003 r.
Image
Anna Kalinowska - ekolog, doktor nauk przyrodniczych, dyrektor Uniwersyteckiego Centrum Badań nad Środowiskiem Przyrodniczym. Autorka podręcznika "Ekologia - wybór przyszłości", wielu opracowań, artykułów i audycji radiowych z dziedziny ochrony środowiska, niedawno ukazała się jej książka "Ekologia - wybór na nowe stulecie". Wykłada ekologię i edukację ekologiczną na Uniwersytecie Warszawskim. Członkini Rady Światowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), uczestniczka Szczytu Ziemi w Johannesburgu. Członkini Rady Programowej Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.