Miesięcznik Dzikie Życie

11/161 2007 Listopad 2007

EURO 2012 a sprawa bieszczadzka

Kuba Sieńczyk

18 kwietnia 2007 r. zapanowała w Polsce euforia. Z pubów i domów wyległy na ulice tłumy rozradowanych ludzi, trzymających z dumą wysoko w powietrzu biało-czerwone szaliki. Tego dnia Europejska Federacja Piłkarska (UEFA) ogłosiła decyzję o przyznaniu Polsce i Ukrainie wspólnej organizacji Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Sukces został przyjęty z tym większą ekstazą, że nikt tak naprawdę zwycięstwa się nie spodziewał.

Sprawa niewątpliwie jest wagi ogromnej, wręcz historycznej, na co składa się kilka czynników. Po pierwsze, Polska nigdy wcześniej nie uczestniczyła w organizacji tak dużego przedsięwzięcia sportowego, a Mistrzostwa Europy to – obok Igrzysk Olimpijskich i piłkarskich Mistrzostw Świata – największa tego typu impreza globu. Po drugie, EURO to ogromne pieniądze – a więc również inwestycje, miejsca pracy i nieoceniony impuls dla gospodarki. Po trzecie, reprezentacja Polski, pomimo posiadania na koncie medali Mistrzostw Świata i Igrzysk Olimpijskich, nigdy w historii na EURO się nie zakwalifikowała – a jako gospodarz będzie mieć zagwarantowane prawo występu. Po czwarte, EURO to nieoceniona promocja kraju, co widać choćby na przykładzie Portugalii, której międzynarodowa ranga, również turystyczna, znacznie wzrosła.

Bieszczady

Bieszczady. Fot. Wojciech Lewandowski

Nas zajmują jednak przede wszystkim kwestie ekologiczne, w związku z czym dodaję tu również punkt piąty – EURO to niedoceniane na razie zagrożenie jednego z najwartościowszych przyrodniczo, unikalnego i wyjątkowego pod tym względem zakątka Polski.

Bieszczady – bo o nich mowa – to jedno z ostatnich naprawdę dzikich miejsc nie tylko naszego kraju, ale także całej Unii Europejskiej. Teren ten jest bardzo słabo zaludniony i w większości zalesiony. W Bieszczadach, „ziemi obiecanej” traperów i samotników, występują rzadkie, trudno spotykane gdzie indziej gatunki zwierząt, w tym również zagrożone wyginięciem: obok wilków, niedźwiedzi brunatnych i żubrów, stanowiących swoiste symbole Bieszczadów, żyją tu również rysie, żbiki, jelenie karpackie, jenoty, muflony, bobry, borsuki, kuny, lisy, salamandry plamiste, orły przednie, orliki krzykliwe oraz wiele niezwykle rzadkich owadów i roślin, dla których Bieszczady, objęte w większości europejskim programem ochrony przyrody Natura 2000, stanowią jedno z ostatnich, naturalnych siedlisk.

Nie są już wprawdzie Bieszczady niegdysiejszym „polskim Dzikim Zachodem”, niegościnnym pustkowiem dostępnym jedynie najwytrwalszym, ale pozostają miejscem wyjątkowym i niepowtarzalnym, w którym to człowiek jest gościem, a natura rozdaje karty. Ten bezcenny przyrodniczo region, mający za sobą dramatyczną i krwawą historię, na którą złożyły się powojenne walki zbrojne z ukraińskimi nacjonalistycznymi bojówkami, a w konsekwencji brutalna i niehumanitarna akcja wysiedleńcza „Wisła”, do tej pory bezpiecznie trwał, do pewnego stopnia zapomniany i odcięty od świata. Tymczasem 18 kwietnia 2007 r. na głowy przyrodników, ekologów, co bardziej świadomych turystów i miłośników przyrody spadł po cichu meteoryt o nazwie EURO 2012.

Co ma EURO do Bieszczadów? Pozornie nic. Nikt nie ma wszak zamiaru rozgrywać meczów w Ustrzykach Górnych, Lutowiskach, Wetlinie, na zboczach Matragony ani w ogóle na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ba, najbliżej piłkę kopać będzie się za wschodnią granicą, we Lwowie, a także w Krakowie, a więc teoretycznie spory kawałek od ostępów Puszczy Karpackiej i niedźwiedzich gawr. Niebezpieczeństwo tkwić może jednak gdzie indziej.

Bieszczady

Bieszczady. Fot. Wojciech Lewandowski

Cofnijmy się w tym momencie ponownie do roku 2004 i Mistrzostw Europy w Portugalii, unijnej – mimo wszystko – prowincji. Na jeden miesiąc z tej okazji zjechało do niej z całego kontynentu około pół miliona kibiców, przy średnim rocznym współczynniku przyjazdów turystycznych wynoszącym 11 milionów osób. W Portugalii wystąpił również tzw. efekt barceloński, czyli wyraźny wzrost zainteresowania turystycznego w kolejnych latach, już po zakończeniu wielkiej imprezy. Turnieje tego kalibru charakteryzują się jednak tym, że każdy kolejny organizowany jest z coraz większym rozmachem i szałem medialnym. EURO będzie wydarzeniem masowym o skali trudnej dziś do przewidzenia. Instytut Turystyki prognozuje już teraz, równo 5 lat przed pierwszym gwizdkiem, że w 2012 r. odwiedzi Polskę ponad 20 milionów turystów, z których znaczną część stanowić będą kibice. Goście owi, wedle tych samych szacunków, łącznie zostawić mają wprawdzie nad Wisłą 10,9 miliarda dolarów. Ale ten spodziewany sukces ekonomiczny może iść pod rękę z niewykluczoną katastrofą ekologiczną.

Równoczesne rozgrywanie meczów w Polsce i na Ukrainie wywoła, co oczywiste, intensywny i nieustanny ruch graniczny. Kibice, dziennikarze, piłkarze i obserwatorzy będą przemieszczać się pomiędzy Warszawą, Kijowem, Donieckiem, Krakowem, Charkowem, Gdańskiem, Dnietropietrowskiem, Poznaniem, Wrocławiem, Lwowem, Chorzowem i Odessą. Wedle zamysłów organizatorów, korzystać mają oni przede wszystkim z największych przejść, m.in. w Korczowej, gdzie kończyć ma się autostrada A4. Trudno jednak przypuszczać, by co bardziej rozgarnięci zagraniczni turyści nie porzucili tych zatłoczonych na rzecz innych – choćby w Krościenku, na terenie gminy Ustrzyki Dolne, która to gmina znajduje się już w Bieszczadach. Okoliczne lasy nie przypominają bynajmniej warszawskiego Lasu Kabackiego; są one regularną ostoją zwierzyny. Gawrują tu niedźwiedzie. Tędy wiedzie szlak migracyjny w góry Sanocko-Turczańskie i dalej na wschód, który może zostać w ten sposób praktycznie zamknięty. Z dużym prawdopodobieństwem założyć można, że w czasie EURO ruch graniczny będzie intensywny również nocą.

EURO pociągnie za sobą nie tylko przyspieszenie prac nad siecią autostrad, ale również modernizację i budowę dróg ekspresowych, niekoniecznie wiodących na Ukrainę – jak droga ekspresowa S19. Planowana trasa S19 biegnie na linii Białystok – Lubartów – Kraśnik – Stobienna – Lutoryż – Barwinek. Poprowadzenie trasy w ten sposób spowoduje bezpośrednie przecięcie karpackiej ostoi niedźwiedzi brunatnych i ich szlaku migracyjnego z Bieszczadów w Beskid Niski, Beskid Żywiecki i dalej w Tatry. Dzieła zniszczenia dopełni trasa Gdańsk – Warszawa – Kraków – Chyżne. Można przypuszczać, że z uwagi na EURO prace te prowadzone będą szybciej i intensywniej, zaś po doświadczeniach z Via Baltiką, obwodnicą Augustowa i aferą Doliny Rospudy – zapewne również bardziej zdecydowanie.

Największa tragedia szykuje się jednak nie gdzieś na obrzeżach, lecz w samym sercu Bieszczadów. Wedle projektów, w 2010 r. ruszyć ma budowa nowego przejścia granicznego w Smolniku. Miejscowość ta znajduje się na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Sanu, pomiędzy Lutowiskami a Stuposianami, u podnóży jednego z najdzikszych i najwartościowszych przyrodniczo miejsc regionu – 18-kilometrowego pasma Otrytu. Otwarcie w tym miejscy przejścia łączącego Smolnik z ukraińską Boberką Niżną może być tragicznym w skutkach ciosem w samo serce tych pięknych gór. Bytują tu m.in. wilki i niedźwiedzie. Pojawienie się intensywnego ruchu granicznego może zachwiać, a w konsekwencji nawet nieodwracalnie zniszczyć lokalny ekosystem, czego przyczyną nie muszą być akurat przybywający na EURO kibice, lecz wszyscy turyści, korzystający z przejścia normalnie, czyli masowo. Przejście graniczne Smolnik – Boberka to autentyczna, ekologiczna bomba zegarowa.

Uruchomienie go wymusiłoby zapewne modernizację całości lub części obwodnicy bieszczadzkiej do rangi drogi międzynarodowej. Tymczasem nie tylko przebiegałaby ona przez tereny objęte programem Natura 2000 (gminy Lutowiska i Czarna), ale i sam Smolnik mieści się na obszarze leżącym w obrębie tej sieci ekologicznej! Projekty te ścierają się nie tylko z Naturą 2000, ale również z polityką ekologiczną przyjętą przez radę powiatu w 2004 r. W „Programie Ochrony Środowiska dla Powiatu Bieszczadzkiego” odnaleźć możemy szereg punktów sprzecznych z omawianymi planami inwestycyjnymi, jak chociażby: „zmniejszanie ekspansji terenów zurbanizowanych na terenach cennych pod względem przyrodniczym lub krajobrazowym”, „utrzymanie unikalnych walorów przyrodniczych powiatu”, „zmniejszanie uciążliwości hałasowej w środowisku”, „usuwanie lub ograniczanie aktualnych i potencjalnych zagrożeń dla zachowania różnorodności ekologicznej” czy wreszcie „bieżąca ochrona walorów przyrodniczych parku narodowego, parków krajobrazowych, użytków ekologicznych, pomników przyrody, obszarów chronionego krajobrazu”.

Okazuje się jednak, że nie jest to wcale sytuacja odosobniona. Kilkadziesiąt planowanych wielkich inwestycji, nie tylko w Bieszczadach, ale na terenie całego kraju – jak chociażby autostrady A1 i A4 – może utknąć z powodu konfliktu z Naturą 2000. EURO to wszak nie tylko stadiony i autostrady, ale również lotniska, hotele, kolej, handel. Jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy? Ta sama od lat – traktowanie ochrony środowiska i specjalistów od niej po macoszemu i nie konsultowanie się z nimi na wczesnych etapach projektowania inwestycji.

Problemem Bieszczadów w kontekście EURO jest również to, że znajdują się one niejako „po drodze” na Ukrainę, nawet bez tego makabrycznego przejścia w Smolniku. Podróżującemu samochodem kibicowi wystarczy rzucić okiem na mapę, aby zapragnąć odwiedzić przelotnie pobliskie góry. Kusząca zalewem Solina, do której i tak zjeżdżają w celach imprezowych co zamożniejsi Ukraińcy z miejscowości przygranicznych, przeżyje zapewne największy najazd w swojej historii – podobnie jak inne pobliskie letnisko, Polańczyk. Wielu turystów może zdecydować się na zapuszczenie dalej, w głąb obwodnicy bieszczadzkiej. Słowem, może się zdarzyć, że w czasie EURO Bieszczady zalane zostaną tłumem turystów totalnie przypadkowych, z różnych stron świata, którym obca będzie kultura przebywania w górach, uprawiania turystyki pieszej czy też kontaktu z dziką przyrodą w ogóle. Będą oni nastawieni raczej na huczne i rozrywkowe spędzenie czasu, przyjadą wszak do Polski bawić się i dopingować.

Prawda jest taka, że dobrze czasami założyć na wyrost najgorszą wersję wydarzeń, aby nie zostać następnie przez nią zaskoczonym. W tym wypadku natomiast najgorsza wersja jest taka, że w czasie EURO Bieszczady zmienią się w przygodną, hulaszczą kibicowską imprezownię. Właściciele knajpek zacierać będą ręce, a przyrodnicy i pracownicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego ukrywać twarz w dłoniach, patrząc przez palce na rosnące góry śmieci, przerażone zwierzęta i panicznie opuszczające stanowiska lęgowe ptaki. Przesada? Być może, ale w kwestiach związanych z ochroną środowiska pewna przesada jest nawet wręcz wskazana.

Niecałe 10 lat temu planowano już na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego i jego otuliny Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Zakopanem. Pomysł ten na szczęście nie doszedł do skutku. Obecne projekty nie odznaczają się wprawdzie aż taką bezczelnością i brakiem elementarnej świadomości ekologicznej jak zakopiańskie, jednak warto mimo to mieć w pamięci tamte wydarzenia i tamtą lekcję również dziś. EURO 2012 – tak, ale z głową. A jeśli bez głowy, to lepiej również bez EURO. Dewastacja dziedzictwa przyrodniczego kraju w imię największej w jego historii sportowej imprezy masowej to żadna sztuka.

Kuba Sieńczyk

Korzystałem z następujących materiałów:
1. Polsko-ukraiński wniosek o organizację UEFA EURO 2012
2. „UEFA European Football Championship Bidding for Final Tournament 2012. Phase I Evaluation Report” (raport oceniający UEFA)
3. „Portugalczycy czekają na zyski z EURO 2004”, PAP
4. „Niedźwiedź w Polsce”, dr Zbigniew Jakubiec
5. „Wilk w Bieszczadach”, Radosław Szymczuk
6. CIA – The World Factbook (www.cia.gov/cia/publications/factbook/)
7. www2.e2012.org/
8. www.wikipedia.org/