Miesięcznik Dzikie Życie

11/281 2017 Listopad 2017

Dzicz – wyobrażenia ludzi Zachodu a społeczności plemienne

Joanna Eede

W jaki sposób zachodnia koncepcja dzikości oraz związana z nią polityka ochrony przyrody dotyka ludy tubylcze?

Trawiaste obszary Wielkich Równin Ameryki Północnej ciągną się kilometrami przez szałwiowe stepy Południowej Dakoty aż po Czarne Wzgórza. To tutaj, gdzie rozpościerają się hektary świerkowych drzew wokół wyrzeźbionych przez strumienie kanionów, rząd Stanów Zjednoczonych w 1980 r. powołał rezerwat „dziczy” (ang. wilderness).

Obrazek

Rybak z plemienia Hupa. Fot. Edward Curtis, survivalinternational.org

Jednak dla Indian Północnoamerykańskich ten obszar nigdy nie był dziki, ani nie był pustkowiem. „Nie myśleliśmy o wielkich otwartych równinach, krętych strumykach i wietrznych wzgórzach jako dzikich” – mówi Luther Stojący Niedźwiedź z plemienia Oglala Lakota Sioux. „Dla nas były one oswojone. Tylko dla białego człowieka natura była dzika”. W tych kilku słowach Luther Stojący Niedźwiedź wyraził dwa zupełnie różne podejścia do świata przyrody.

Koncepcja „dziczy” od dawna istnieje w kulturze Zachodu na określenie dziewiczego miejsca, obszaru naturalnego piękna nieskażonego ingerencją człowieka – będącego świątynią Edenu, antidotum na zepsucie miejskim życiem.

W XIX wieku te idee znalazły odzwierciedlenie w sztuce i literaturze charakterystycznej dla tych czasów. „W dziczy znajduje się ocalenie świata” – pisał Henry D. Thoreau. Dla naturalisty Johna Muira komunia z naturą oczyszczała duszę, a słynne fotografie autorstwa Ansela Adamsa przedstawiające Park Narodowy Yosemite w Kalifornii nie obejmowały żadnych oznak ludzkiego życia.

W przyznawaniu przyrodzie innych światowych cech i w postrzeganiu dzikiej przyrody jako świętej przestrzeni zamieszkanej przez Boga, gdzie człowiek nie ma prawa wstępu, rozwinęły się idee, w których prawdopodobnie leżą korzenie polityki konserwatorskiej. „Przez dziesięciolecia idea dzikiej przyrody była podstawą ruchu ekologicznego” – pisał historyk William Cronon. Niestety taka polityka wywierała niekorzystny wpływ na tubylcze plemiona, dla których tak zwane dzikie miejsca były po prostu ich domem.

Obrazek

Dwóch członków plemienia Jarava odpoczywa na wybrzeżu Wysp Andamańskich. Fot. Salomé/Survival, survivalinternational.org

Tak było w dolinie Yosemite w Kalifornii, gdzie utworzono jeden z pierwszych na świecie parków narodowych. Doliną opiekowali się wówczas Indianie z plemienia Ahwahneechee. Park Narodowy Yellowstone został ustanowiony w 1872 r. zaraz po tym, jak rząd wyeksmitował stąd plemiona indiańskie, które – jak się przypuszcza – zamieszkiwały ten teren od 11 tys. lat.

Szacuje się, że obecnie na świecie znajduje się 120 tys. obszarów chronionych pokrywających 15% powierzchni lądów. Ochrona przyrody jest bez wątpienia konieczna w obliczu zagrożenia globalnej różnorodności biologicznej. Jednak za zasłoną tych statystyk kryje się smutna historia, którą przeoczono pragnąc zachować to, co „dzikie”. Chodzi o poszkodowane grupy ludzi. Dzieje się tak dlatego, ponieważ przy tworzeniu rezerwatów miliony ludzi, w większości wspólnoty plemienne, zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów.

W Indiach setki tysięcy ludzi zostało usuniętych z parków narodowych w imię ochrony przyrody. W tym samym czasie w Afryce miały miejsce masowe eksmisje z obszarów chronionych, m.in. Pigmejów Batwa, których usunięto siłą z ugandyjskiego Lasu Bwindi w celu ochrony goryli górskich oraz ludu Waliangulu z Kenii, którzy żyli na obszarze Parku Narodowego Tsavo. Jak podkreśla Stephen Corry z Survival International, ten rodzaj kradzieży ziemi szybko wyłania się, jako jeden z największych problemów, z jakimi muszą się mierzyć ludy rdzenne w obecnych czasach.

Dla ludności plemiennej fakt, że ojczyzna została im odebrana ze względu na ochronę przyrody lub z powodów komercyjnych ma najmniejsze znaczenie. Usunięcie rdzennych właścicieli ziemi dla celów konserwatorskich może się wydawać bardziej łagodne, ale dla ludów plemiennych konsekwencje są równie katastrofalne. Raz oderwani od swojej ziemi ci ludzie zaczynają tracić swoje tradycje, umiejętności i wiedzę, z których utkana jest ich tożsamość. W e efekcie następuje u nich głębokie pogorszenie stanu zdrowia, zarówno psychicznego, jak i fizycznego.

Obrazek

Kenijskie równiny to dom Masajów. Fot. Mariëlle van Uitert/Survival, survivalinternational.org

Również ziemia jest pozbawiana swoich rdzennych właścicieli. 80% światowych obszarów o wysokiej różnorodności biologicznej stanowią terytoria społeczności plemiennych, które od tysięcy lat znajdowały pomysłowe sposoby na zaspakajanie swoich potrzeb i utrzymanie równowagi ekologicznej swojego otoczenia. Takie zrównoważone zasady są szczególnie wyraźnie widoczne w postaci zdrowia Amazońskiej Puszczy: większość lasów tropikalnych leżących poza plemiennymi rezerwatami została ogołocona, podczas gdy w obrębie terytoriów tubylczych lasy w dużej mierze pozostały nienaruszone. Podobnie jedyny ocalały las deszczowy na Wyspach Andamańskich leżących na Oceanie Indyjskim znajduje się w rezerwacie ludu Jarawa. Często konflikty na styku ludów tubylczych i ochrony przyrody wynikają z tego, że „dzikie” miejsca zasługujące na ochronę (i z tego powodu wybierane pod rezerwaty) zachowały swoje walory dzięki opiece ich rdzennych strażników.

Myślenie na ten temat niewątpliwie zmieniło się od czasów utworzenia Parku Yosemite, a podejście uległo zmianie już od 1964 r., kiedy Amerykańska Ustawa o Dziczy (US Wilderness Act) stwierdziła, że „niniejszym dzicz uznawana jest za obszar, w którym człowiek jest jedynie gościem, nie zamieszkującym w niej”. Wdrożona w 2007 r. Deklaracja Praw Ludności Tubylczej ONZ stwierdza, że ludy plemienne mają otrzymać prawo do „dobrowolnej, uprzedniej i świadomej zgody poprzedzającej jakikolwiek projekt oddziałujący na ich ziemie”.

Ale w tej kwestii przed nami wciąż jeszcze długa droga. Ludy plemienne nadal są wyłączane z dyskusji dotyczących ochrony przyrody ich ojczyzn pomimo faktu, że często to właśnie oni są tymi, którzy, mówiąc słowami Daviego Kopenawy, szamana z plemienia Yanomami i rzecznika rdzennej ludności Amazonii, „zachowują zalewowe równiny, zrównoważone myślistwo, rybołówstwo i zbiór owoców”. Corry uważa, że ochrona różnorodności biologicznej powinna być promowana, ale tylko za zgodą społeczności rdzennych. „Ochrona ekosystemów nie oznacza ochrony ich przed ludźmi, którzy zawsze byli ich opiekunami”. I dodaje „Prawa ochrony przyrody nie powinny tłamsić praw plemiennych”.

Mogłoby się znaleźć miejsce na szerszy cel kulturowy, który polega na zmianie kształtu popularnej w zachodnim myśleniu idei „dziczy” (wilderness) na taki, w którym uznaje się starożytne zależności człowieka i świata przyrody. Za destruktywnym podejściem w kulturze zachodniej częściowo odpowiadają idee dualistyczne, kładące nacisk na oddzielenie człowieka od natury. „Każdy sposób takiego postrzegania natury, który zachęca nas do przekonania, że jesteśmy od niej odseparowani, może wzmacniać nieodpowiedzialne zachowania” – mówi William Cronon. Ludy plemienne na całym świecie nadal intuicyjnie pojmują te symbiotyczne zależności lepiej niż większość ludzi. Jak mówi Davi Kopenawa „środowisko naturalne nie jest odseparowane samo od siebie. My jesteśmy wewnątrz niego, a ono jest wewnątrz nas”.

Joanna Eede

Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny

Przedruk artykułu za zgodą redakcji. survivalinternational.org/articles/3174-wilderness-the-human-imagination-and-tribal-peoples

Od tłumacza: Wymieniane w tekście pojęcia „ludy tubylcze” i „ludy rdzenne” mają swoją odrębną definicję i nie są utożsamiane z szeroko rozumianą „społecznością lokalną”, która pod względem kulturowym zwykle stanowi część większego społeczeństwa narodowego. Nie należy też w tym tekście doszukiwać się usprawiedliwienia destruktywnych działań czynionych za aprobatą społeczności lokalnych lub przez nią samą w cennych przyrodniczo ekosystemach, które wymagają tradycyjnej ochrony konserwatorskiej.