Miesięcznik Dzikie Życie

11/305 2019 Listopad 2019

W ochronie przyrody nie ma miejsca na rywalizację. Rozmowa z Jackiem Karczewskim

Wywiad Grzegorza Bożka

Dlaczego napisałeś tę książkę?

Jacek Karczewski: Bo któregoś dnia dyrektorka pewnego wydawnictwa zaproponowała, żebym napisał dla nich „książkę o ptakach”. To był najważniejszy, bezpośredni powód. Ale od ponad 10 lat, czyli od początku istnienia Ptaków Polskich, pisałem bardzo dużo i różni ludzie zaczęli powtarzać, że powinienem napisać książkę, tylko że nigdy nie było na to czasu. Sam najlepiej wiesz, jak to jest. Aż do momentu kiedy na ponad rok musiałem przerwać pracę. Wtedy, choć nie od razu, pojawiła się przestrzeń na pisanie książki. Było to dwa lata po tamtej rozmowie z wydawnictwem.

Obrazek

Jacek Karczewski. Fot. Arkadiusz Glaas

Ptaki cieszą się wielką popularnością wśród ludzi interesujących się przyrodą. Dlaczego tak się dzieje?

Bo wbrew pozorom jesteśmy do siebie podobni. Podczas gdy większość ssaków zaczyna swoją zmianę dopiero po zmroku, ptaki, tak jak my, są dziećmi słońca (poza wyjątkami oczywiście). Tak jak my, ptaki są przede wszystkim wzrokowcami i chodzą na dwóch nogach. Są też głośne i gadatliwe jak my. Wreszcie mają cechy i umiejętności, których ludzie pragnęli od zarania czasów i które zawsze robiły na nas duże wrażenie, bez względu na nasze pochodzenie etniczne. Otóż połowa z nich jest bardzo muzykalna, a niektóre pięknie śpiewają. Wiele z nich jeszcze tańczy i świetnie wygląda (100 lat temu ten wygląd i często fantastyczne, pierzaste ozdoby doprowadziły nawet liczne gatunki na skraj przepaści lub całkowitej eksterminacji. Mam na myśli tzw. wojny o pióra). Jakby tego było mało, ptaki latają i unoszą się pod niebem, czyli tam gdzie mieszkają nasi bogowie i dokąd nasze dusze odchodzą po śmierci... Na całej Ziemi ptaki łączono z bóstwami i widziano w nich ich posłańców. Nie przez przypadek anioły wyglądają jak skrzyżowanie Homo sapiens z ptakami…

Wiele ptaków od początków naszej cywilizacji mocno się zsynantropizowało. Inne może nie zachowują się jak wróble, dymówki czy bociany, ale i tak miały odwagę zaglądać nam do okien, kiedy te wciąż były tylko dziurą w lepiance – osiedlały się w naszych ogrodach, siadały na płotach, patrzyły w oczy, krakały, ćwierkały lub śpiewały. Nie bały się nas i nie pochowały się przed nami tak jak większość ssaków. Są kolorowe, ruchliwe i pełne życia. Być może podobały się nam widoczne u wielu z nich rodzicielskie poświęcenie i silne więzy rodzinne. Żyjące obok nas różnorodne, głośne i wszędobylskie ptaki, zapowiadały kolejne pory roku i przypominały o przemijaniu. Gdziekolwiek poszliśmy i cokolwiek robiliśmy, zawsze były tam jakieś ptaki. Jednocześnie bliskie i boskie. Żadna inna grupa zwierząt nie jest tak bardzo obecna w mitologii, folklorze, poezji, literaturze, heraldyce, malarstwie itd. – i to bez względu na naszą plemienną kulturę czy szerokość geograficzną. W swojskiej Europie czy na krańcach świata. Tak samo w czasach pogańskich, jak i chrześcijańskich. Szkoda że dzisiaj już o tym nie pamiętamy.

Na temat ptaków w ostatnim czasie jest ogromny wysyp książek. Skąd ta intensywność, wszak tematy przyrodnicze nie mogą się równać np. z kryminałami, przyrodnicze tematy to tak czy inaczej jest nisza...?

Obrazek

Czapla biała. Fot. Cezary Korkosz

Kilkadziesiąt nowych tytułów rocznie na Wyspach Brytyjskich i to od wielu lat, to może jest „wysyp”, ale kilkanaście na przestrzeni kilku ostatnich lat i to prawie samych przedruków, to najwyżej nieśmiały początek jakiegoś trendu, który oby trwał jak najdłużej. Ale masz rację, chyba nikt się tego nie spodziewał. Może zabiegani wśród betonowego krajobrazu ludzie zaczynają poszukiwać kontaktu z przyrodą, a dobra książka to bardzo dobry punkt startu. Myślę że wielu z nas, czynnych zawodowo przyrodników, a także pasjonatów i hobbystów tak właśnie zaczynało – od książek. Czy to najpierw czytelnicy zaczęli poszukiwać literatury przyrodniczej i księgarze podążyli ich tropem, czy to ci drudzy postanowili zbudować u nas nowy rynek naśladując kolegów z Anglii czy Skandynawii, tego nie wiem. Cokolwiek to jest, mam nadzieję, że zostanie tutaj na dobre.

Czy wzorowałeś się na kimś pisząc tę książkę? Masz może ulubionych pisarzy lub pisarki zajmujących się literaturą przyrodniczą?

Kiedy zapytałem wspomnianą już dyrektorkę wydawnictwa o to, jak wyobraża sobie tę „książkę o ptakach”, powiedziała: „Pisz tak, jak o nich opowiadasz (podobno lubiła słuchać mnie w radio, w którym dość często wtedy bywałem). Nie skupiaj się za bardzo na szczegółach, daj się ponieść opowieści. Szczegóły same przyjdą. Przede wszystkim pisz tak, jak czujesz…”. Tak zrobiłem – pisałem tak, jak czułem. Myślałem, że będę pisać tylko o ptakach – taki w każdym razie był zamiar i formalny plan książki zatwierdzany przez wydawnictwo – ale wkrótce powstający tekst zaczął żyć własnym życiem. To było trochę tak jakby to on mnie prowadził i decydował co mam pisać. Nie miałem sił na kolejną walkę – a już na pewno nie z własnym tekstem – więc się poddałem... Wkrótce w mojej opowieści zaczęły pojawiać się coraz to nowe, czasami zaskakujące gatunki, ale też sytuacje, miejsca i ludzie… Początkowo jakbym nie do końca rozumiał co się dzieje i trochę się tego bałem. Do tego co jakiś czas wracał wielki lęk, czy kogokolwiek zainteresuje moje pisanie… Mimo to, przez cały czas pisałem tak, jak czułem.

Zanim usiadłem do książki, zrobiłem porządny research. Przez wiele miesięcy jeździłem na ptaki, spotykałem się z ludźmi, zbierałem wywiady i przede wszystkim czytałem. Pewnie jakieś kilkadziesiąt tysięcy stron najróżniejszych książek i publikacji naukowych. Ja w ogóle dużo czytam, kiedy to tylko możliwe i myślę, że największa wartość dodana jaka płynie z pracy nad własną książką, to właśnie wiedza, którą przy okazji gromadzisz. Z jednej strony nie mam poczucia, że pisząc „Jej Wysokość Gęś” wzorowałem się na kimkolwiek, ale z drugiej mogłem podświadomie podążać za stylem takiego czy innego autora lub autorów. Z pełną świadomością mogę za to powiedzieć, że kilka lat temu zachwyciło mnie „Dwanaście srok za ogon” Staszka Łubieńskiego i z niecierpliwością czekam na jego kolejne książki. Przy takiej okazji nie mogę też nie wspomnieć Iana Newtona – wielce utytułowanego profesora ornitologii i tytana pracy, który opublikował imponującą ilość prac naukowych, w tym co najmniej kilkanaście opasłych tomów. Nieważne, że jego książki są duże i ciężkie, że mają nawet po 1000 stron i są po brzegi wypakowane statystyką, różnymi metrykami i skomplikowanymi danymi naukowymi – czyta się je jak najlepszą literaturę podróżniczą albo książki akcji. Dosłownie powalają ilością wiedzy i informacji. Genialne!

Obrazek

Gęgawa. Fot. Arkadiusz Glaas

Ptaki, w tym te którym w książce poświęciłeś dużo czasu, są wciąż pod presją łowiecką. Najlepszym rozwiązaniem byłoby objąć je pełną ochroną. Czy jesteśmy blisko takiego rozwiązania?

Myślę, że jeszcze długa droga przed nami! Co prawda z jednej strony mamy wciąż rosnącą niechęć społeczeństwa do myślistwa i łowiectwa uprawianych jako sport, z drugiej jednak przybywa myśliwych, odradza się kult broni i co gorsza, chyba w całej naszej najnowszej historii, nigdy nie mieliśmy do czynienia z tak otwarcie antyprzyrodniczą i antyekologiczną polityką państwa. Archaizm, a może tylko arogancja takiego myślenia i działania, szokuje tym bardziej, że oddychamy już oficjalnie najgorszym powietrzem na kontynencie, a mimo to dalej w całej Polsce tniemy drzewa na potęgę i inwestujemy w węgiel. Stoimy w obliczu globalnego kryzysu klimatycznego, który coraz mocniej się u nas zaznacza i, na przykład, znowu osuszamy mokradła i planujemy regulacje kolejnych rzek. Wreszcie w zastraszającym tempie ubywa nam tak dzikich zwierząt, jak i miejsc, w których mogłyby one żyć i choćby dlatego strzelanie do tych ostatnich, jeszcze żyjących, jest głęboko destrukcyjne i niemoralne.

Presja łowiecka na ptaki w państwach cywilizowanych jest ogromna, wystarczy spojrzeć na Francję, Włochy. My chronimy, oni polują – trochę tak to wygląda?

Oni też chronią, a my też polujemy. Szacuje się, że w Polsce każdego roku w wyniku polowań ginie ponad 700 tysięcy ptaków. Tylko część z nich umiera na miejscu. Większość dogorywa w niewyobrażalnym stresie i męczarniach z powodu ran albo w wyniku zatrucia ołowiem. Presja na ptaki i zwierzęta w ogóle, a także presja na siedliska rośnie na całym świecie, bo w geometrycznym tempie przybywa ludzi i nic nie wskazuje na to aby w przewidywalnej przyszłości ten trend miał się zmienić. Dotyczy to tak samo państw wysoko uprzemysłowionych, jak i tych o bardziej etnicznej kulturze. Poza tym wszyscy dzisiaj żyjemy w globalnej wiosce i wszyscy jesteśmy od siebie współzależni – tak jak cały ziemski ekosystem. W ciągu ostatnich 50 lat łączna populacja dzikich zwierząt zmniejszyła się o 58%, a tempo ich wymierania wciąż przyspiesza. Tak źle jeszcze nie było i wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze gorzej. Dewastacja siedlisk, zatrucie i zaśmiecenie środowiska oraz zabijanie, to trzech jeźdźców apokalipsy. Na ich czele galopuje czwarty – przeludnienie! Kondycja ptaków, szczególnie tych migrujących, bardzo dobrze obrazuje to, co dzisiaj dzieje się na Ziemi. Jeśli wciąż chcemy cieszyć się ich widokiem i to w niedalekiej przyszłości, już teraz musimy zapewnić im bezpieczeństwo w rejonie lęgowisk oraz wzdłuż szlaków migracyjnych. Musimy działać lokalnie i współpracować globalnie. Przede wszystkim ludzie we wszystkich krajach, przez które ciągną nasze gęsi, czajki, jaskółki, bociany, czy słowiki, muszą tego chcieć i uznać to za ważniejsze od swojej nudy, rozrywki, czy tzw. tradycji. Szacuje się że każdego roku wokół Morza Śródziemnego ginie od ćwierć do miliarda ptaków! Tymczasem, na naszych oczach, organizuje się kolejna wielka strefa zabijania – Bałkany. Jedynym etycznym i rozsądnym rozwiązaniem byłoby zakazanie strzelania do szybko zmniejszających się populacji. Pytanie co zrobić, żeby Chorwaci, Albańczycy, Włosi, Maltańczycy, Syryjczycy, Egipcjanie i wielu, wielu innych nie chciało już strzelać do ptaków? Potrzebna jest międzynarodowa współpraca i to już! Tym razem jednak nie papierowa, ale autentyczna!

Obrazek

Bernikle białolice. Fot. Arkadiusz Glaas

Interesuje mnie jeszcze wątek – ptaki a śmieci pochodzące od człowieka. Czy w ostatnich latach zauważasz zmiany w tym temacie?

Właśnie więdną trawy i liście, i znowu aż do kwietnia nasze zapłotki, lasy, śródpolne oczka i przydroża będą straszyły foliówkami, butelkami, lodówkami, pampersami, oponami i czymkolwiek co było w domu, a nie było już nam potrzebne. W skali całego kraju do gleby i wód wyciekają tysiące litrów porzuconych tam środków czyszczących i innych trucizn. Obraz naszej ignorancji, a może chamstwa. To między Bugiem i Odrą. W skali globalnej ponad 90 procent ptaków morskich nosi w sobie śmieci i wiele z tego powodu umiera. Najdalej do roku 2050 w morzach ma być więcej plastiku niż ryb. Kilka dni temu przeczytałem, że plastik znaleziono w organizmach 1/4 badanych pod tym kątem noworodków… A przecież plastik to zaledwie wierzchołek globalnej góry śmieci i trucizn, które każdego dnia po sobie zostawiamy.

Odpowiadając na Twoje pytanie, myślę, że coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę z problemu zaśmiecenia i na pewno jest to pozytywne. Są już kraje, które wprowadziły m.in. całkowity zakaz produkcji i używania foliowych jednorazówek. Ale nie mogę powiedzieć, żebym zauważył jakąś zasadniczą zmianę na naszym podwórku. Mam nieodparte wrażenie że większość Polaków wciąż o wiele bardziej irytują liście pod drzewem albo mech między płytami chodnika, niż pływające w jeziorku opony, stare akumulatory w lesie czy potłuczone słoiki przy polnej drodze...

Jak w twojej ocenie sprawdza się dyrektywa ptasia?

Świetnie że jest i na pewno zrobiła bardzo dużo dobrego, ale mam wrażenie, że ona powoli ginie wśród wielu innych, zdaniem unijnych urzędników, dużo ważniejszych spraw. Problem w tym, że przyroda i jej ochrona ciągle jeszcze nie są uważane za dość ważne i to mimo szybko zbliżającego się Kryzysu Ziemskiego (tak to nazywam). Wiemy na przykład, że w ciągu najbliższych kilku lat wyginie turkawka, biblijny symbol pokoju i europejski ptak miłości. (To od niej wzięły się powiedzenia o zakochanych lub gruchających jak dwa gołąbki oraz jedzeniu sobie z dzióbków). Jak na ironię, główną przyczyną jej zdaje się że nieuchronnej ekstynkcji są masowe polowania w krajach śródziemnomorskich, na które nałożył się typowy dla całego kontynentu (świata!) zanik siedlisk. Mimo alarmującej prognozy, polowania na turkawki – i nie tylko turkawki – wciąż trwają m.in. na Malcie. Tak samo jesienią, jak i wiosną. Jak to możliwe, że UE nie może sobie poradzić z jednym ze swoich państw członkowskich i położyć kres masakrze europejskich ptaków!? To samo dzieje się na Grenlandii, gdzie każdej wiosny, w imię tzw. tradycji, masowo strzela się do ptaków morskich. Morze wyrzuca potem martwe maskonury, alki, nurzyki, kaczki oraz inne ptaki, które znalazły się na linii ognia. Wszystkie razem zalegają po brzegach w gnijących hałdach. Tymczasem licencjonowani myśliwi korzystają tam z dotacji na wzór tych, do których dostęp mają rolnicy na kontynencie. Ci z kolei, chociaż są kluczowi dla zachowania europejskich gatunków a często i siedlisk, mogą robić na swojej ziemi co tylko im się podoba – więc idą w antyprzyrodniczą, wielkoobszarową produkcję przemysłową, bo taka właśnie jest promowana przez dopłaty rolnicze oraz kraje, takie jak chociażby Polska.

Dyrektywa ptasia w praktyce coraz częściej wygląda jak martwe prawo lub w najlepszym razie takie, które można łatwo obejść, bo wiadomo, że i tak nikt ci nic nie zrobi. Raz jeszcze: dla większości decydentów przyroda ciągle nie jest dość ważna i najczęściej nie mają o niej żadnego pojęcia. Mam taką własną teorię, którą nazywam Teorią Wielkiego Pierxxxcia (dla językowo wrażliwych proponuję wersję Teoria Wielkiego Bum). Dopóki ono nie nadjedzie i nas nie poturbuje w dostatecznie spektakularny sposób, dopóty my nie zmienimy ani naszych postaw, ani norm, ani priorytetów. I dalej będziemy dewastować i zatruwać Ziemię oraz wycinać życie na niej na wszystkie możliwe sposoby i na wszystkich poziomach. Ot, choćby w naszych prywatnych, przydomowych ogrodach, które coraz częściej są jak instalacje martwej natury.

Wracając do książki, dlaczego na okładkę trafiła gęś, choć piszesz i o innych ptakach?

Bo to moje ukochane ptaki i chociaż pomysł tego tytułu pojawił się dopiero pod koniec pisania, to z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się on jedynym możliwym tytułem dla mojej pierwszej książki. Jest jak hołd oddany tym wytrwałym wędrowcom, wiernym przyjaciołom i partnerom, mądrym, dumnym i świętym ptakom Słowian, Germanów, Wikingów, ludów Syberii, Indian… Mógłbym tak w nieskończoność, więc może od razu odeślijmy Czytelników „Dzikiego Życia” do „Jej Wysokości Gęsi” – i wszystko stanie się jasne... (śmiech).

Obrazek

Szpaki na łaniach. Fot. Arkadiusz Glaas

Jak długo pracowałeś nad tą książką i co Ci dało jej napisanie?

Samo pisanie zajęło mi około pół roku bardzo intensywnej pracy, ale zanim się do niej zabrałem niemal drugie tyle trwał research. O ironio, pisanie książki przypomniało mi o ptakach, o przyrodzie, o mojej miłości do niej i sensie tego co robimy. Mam wrażenie, że było to całkiem terapeutyczne doświadczenie. Polecam! (śmiech) Kilkanaście lat pracy w Ptakach Polskich było czasami jak poruszanie się w tunelu z zakrętami. Myślę, że każdy kto w Polsce pracuje w ochronie przyrody, wie co mam na myśli. Tymczasem pisanie znowu zmusiło mnie do myślenia o ptakach, patrzenia na świat z ich punktu widzenia. Znowu miałem czas na odkrywanie i poznawanie – na zachwyt.

Sporo miejsca i czasu poświęcasz w swojej książce innym ludziom i organizacjom, szczególnie z Wielkiej Brytanii. Co Twoim zadaniem ich wyróżnia?

Po pierwsze oni nie wstydzą się swojej pasji i emocji. Nasze środowisko przyrodników i działaczy jest dość powściągliwe. Powiedziałbym, że, bez względu na płeć, obowiązuje u nas coś jakby „męski” wzór podejścia do tego co robimy. Tymczasem ludzie, których tam poznałem, czasami jedne z największych nazwisk w ochronie przyrody i dzikich gatunków na świecie, bez żadnego skrępowania okazują swoje zaangażowanie, kipią energią, mają swoje ulubione ptaki i wprost mówią o swojej miłości do nich. Co więcej, nie gardzą tymi pospolitymi. Fascynować się rudzikiem jest tam tak samo cool, jak uganiać się za ibisem grzywiastym (jednym z najrzadszych ptaków świata). Być może jest to część ich przygotowania zawodowego, a zarażając entuzjazmem chcą być przykładem dla innych. Do tego słynne angielskie poczucie humoru i cenny dystans do siebie. Cokolwiek to jest – działa. Kolejna rzecz, to ich godna podziwu wiedza. Każdy z nich prędzej czy później zaczyna jeździć po świecie, uczestniczy w wielu projektach, współpracuje z najróżniejszymi ekspertami i zespołami. Słowem zdobywa ogromne, wszechstronne doświadczenie – i, co więcej, chętnie się nim dzieli! Oni są naprawdę pomocni i można na nich liczyć. Obowiązuje tam etos pracy zespołowej i docenienie różnorodności, tak samo w przyrodzie jak wśród ludzi. Wiedzą, że w ochronie przyrody nie ma już miejsca na rywalizację. Tam gdzie my rywalizujemy, tam ptaki przegrywają.

Jest coś jeszcze: w Szwecji, Hiszpanii, Holandii, czy w mojej ukochanej Estonii, za pracą w ochronie przyrody idzie duże społeczne uznanie i szacunek. Coś, o czym my możemy tylko pomarzyć. W Anglii, na przykład, to również atrakcyjna i coraz bardziej pożądana ścieżka kariery. Konkurencja jest tam tak duża, że każdy kto o niej myśleć, musi zacząć od wolontariatu.

Co twoim zdaniem jest teraz najważniejsze aby zwiększyć dobrostan ptaków?

Najważniejsze są miejsce i szacunek – dla ptaków i przyrody w ogóle. W kraju takim jak Polska, z tak wielką gęstością zaludnienia, zacząłbym może nawet od tego drugiego – budowania szacunku i wiedzy. Jeśli ludzie będą szanować ptaki i przyrodę, znajdą dla nich miejsce i pozwolą im żyć. Niestety z tą wiedzą i szacunkiem jest u nas coraz gorzej. Żeby przekonać się jak jest źle, wystarczy zajrzeć do programów i podręczników szkolnych. Jeśli uczeń ma czegoś się nauczyć, to na pewno nie tego, jak ważny również dla jego życia jest dąb rosnący przy drodze ani, jak go rozpoznać, ale tego, jak zbudowany jest kwas rybonukleinowy. O emocjach i budowaniu tożsamości kulturowej, które mają swoje korzenie w naszym dziedzictwie przyrodniczym nawet nie wspominam. Swoją drogą kto układa te podstawy programowe i jakie mogą być ich motywacje?!

Obrazek

Ludzie nie rozpoznają dzisiaj choćby najbardziej pospolitych gatunków i nie rozumieją najbardziej podstawowych zależności ekosystemowych. Nie widzą więc sprzeczności między, na przykład, wycinaniem kolejnych drzew w mieście i smogiem. Komunikacja i edukacja przyrodnicza powinny być priorytetem każdego kraju – gwarantowane przez państwo, tak na poziomie edukacji obowiązkowej, jak i społecznej. Niektóre grupy zawodowe, np. rolnicy, „wodniacy”, planiści czy leśnicy powinni stale korzystać z rozszerzonych programów. Od tego bym zaczął i to od zaraz.

Obszary chronione, parki narodowe i rezerwaty, zajmują w Polsce około 1,5 procenta powierzchni kraju. Dla porównania, użytki rolne zajmują ponad 60 procent! 1,5 procenta to za mało, żeby uratować naszą przyrodę. Nie dość, że jest to kropla w morzu, to ani parki narodowe, ani rezerwaty nie dają pełnej gwarancji ochrony ani zależnym od nich gatunkom, ani siedliskom. Możesz iść i zabijać zwierzęta albo rąbać ostatnie rosnące tam dojrzałe lasy, jeśli odpowiednio wysoko umocowany urzędnik tak postanowi. Nie ma u nas żadnej formy prawnej i ani jednego miejsca, które dawałoby taką gwarancję. Nieporównywalna większość zwierząt i roślin żyje poza obszarami chronionymi i w dłuższej perspektywie to od nich zależy ich przetrwanie… Od rolnika, który zostawi miedzę na polu, zagajnik przy miedzy oraz kaczy staw na łące. Od rodziny z przedmieścia, która zdecyduje, że nie zamieni przydomowego ogrodu w martwą naturę. Od urzędników magistratu, którzy dla odmiany nie zabetonują miejskich trawników i nie usuną wszystkich dojrzałych drzew i krzewów pod hasłem rewitalizacji. Od ministrów, którzy nie zabiją ostatniej puszczy, pozwolą rzekom płynąć naturalnie i nie przeprowadzą ekspresowej drogi przez ostatnie prawdziwe bagna w kraju i znany na całym kontynencie park narodowy… Żeby tak było musimy uczyć miłości i szacunku do przyrody na każdym poziomie. I robić to z pasją oraz taką determinacją, jakby od tego zależało nasze życie. Bo zależy.

Jacek Karczewski jest jednym ze współzałożycieli stowarzyszenia Ptaki Polskie i do niedawna był wieloletnim prezesem jego zarządu. Pomysłodawca większości realizowanych tam projektów ochroniarskich oraz kampanii społecznych. Współautor wielu towarzyszących im kreacji artystycznych oraz autor większości wydawnictw Ptaków Polskich. „Jej Wysokość Gęś” to jego pierwsza książka, a na 25 marca 2020 r. planowana jest premiera kolejnej – „Nocy Sów”.