Miesięcznik Dzikie Życie

7/14 1995 Lipiec 1995

Profesor Ewa Symonides do myśliwych – ku rozwadze

Ewa Symonides

Prof. dr hab. Ewa Symonides jest wiceprzewodniczącą Państwowej Rady Ochrony Przyrody, przewodniczącą Rady Naukowej Instytutu Ekologii PAN, dziekanem Wydziału Biologii UW i pełni jeszcze wiele innych ważnych funkcji wynikających z jej doświadczenia i wiedzy w sprawach ochrony przyrody. W kwietniu br. pani profesor, oburzona treściami publikowanymi w miesięczniku „Łowiec Polski” przesłała na ręce redaktora naczelnego dr. Wojciecha Morawskiego sześciostronicowy list z prośbą o opublikowanie. Kopię listu również my otrzymaliśmy. W telefonicznej rozmowie z redakcją „Łowca Polskiego” usłyszeliśmy, że redakcja nie chciałaby drukować listu pani profesor, gdyż może on spowodować dalsze podziały. W chwili składania DŻ nie wiemy jaki będzie los listu-artykułu w „Łowcu Polskim”. Ponieważ mamy zgodę autorki na zacytowanie fragmentów jej listu czynimy to w nawiązaniu do innych myśliwskich wątków w tym numerze DŻ i w nadziei, że problemy związane z łowiectwem mogą zostać rozwiązane tylko w warunkach otwartej dyskusji. – Red.

Od dłuższego czasu w środkach masowego przekazu trwa ostra krytyka myśliwych, postrzeganych zwłaszcza przez młodych miłośników przyrody jako zwykli mordercy zwierząt. […] Chociaż szefowie Polskiego Związku Łowieckiego namiętnie szermują hasłami troski o przyrodę jako głównej idei poczynań myśliwych, to jakoś ochrona zwierząt poprzez strzelanie jest tak samo nieprzekonująca, jak ochrona lasu poprzez rąbanie. Życie jest chwilami paskudne, nie da się ukryć, myśliwy utyra się jak głupi, żeby zdobyć jakieś parostki lub skórkę, a tu go krytykują.

[…] Nie ma numeru „Łowca Polskiego” bez barwnych powiastek, w których myśliwi najwyraźniej demonstrują i pielęgnują swoje krwiożercze instynkty. […] Odnoszę wrażenie, że schizofrenia wkradła się nie tylko na łamy pisma myśliwych, ale co gorsze – do programu ich działalności. Rodzą się zasadnicze pytania: czy według redaktorów naczelnego organu PZŁ istotnym elementem łowiectwa jest „nastrzelanie się”, „zdmuchiwanie” i „kropienie” do „cholernych” lub „przeklętych” zwierząt? W jakim celu pielęgnują takie postawy wśród swoich członków? Czy ekstaza odczuwana przy zabijaniu zwierząt i widoku „farby”, jakże często opisywana przez myśliwych w LP. ma cokolwiek wspólnego z ich umiłowaniem przyrody? Czy trudno się dziwić, że stosunek ochroniarzy do myśliwych jest jaki jest? Czy istotnie myśliwi są niesłusznie krytykowani za ich pasję zabijania zwierząt, przecież haniebną u cywilizowanego Europejczyka schyłku XX wieku? Czy dla panów w zielonych kapelusikach, ze sztucerem u boku i psem na smyczy czas zatrzymał się w miejscu i nie dostrzegli oni zasadniczych zmian w stosunku współczesnego człowieka do istot żywych, na szczęście coraz bardziej humanitarnego?

[…] Królów i szlachty w Polsce już nie ma, a współczesny, cywilizowany Polak na ogół nie akceptuje zabijania zwierząt w ramach hobby, rozrywki, rekreacji lub sportu, podobnie jak nie akceptuje walki byków lub kogutów. Takie myślistwo prędzej czy później skazane jest na powszechne potępienie, niezależnie od świętych patronów, mszy myśliwskich i innych elementów łowieckiej tradycji. Według zgodnej opinii moich studentek dzisiejszej dziewczynie bardziej imponuje intelekt i prawdziwie męskie atrybuty płci odmiennej, niż ich substytuty w postaci sztucera firmy Sako lub nadlufki Berardelliego. „Nastrzelać” – można się z kolei do tarczy, rzutków lub choćby puszek po piwku, niekoniecznie do kaczek.

[…] Czy Polski Związek Łowiecki, pretendujący do miana obrońców przyrody, nie odczuwa zażenowania zabiegając o zmianę rozporządzenia (w sprawie ochrony gatunkowej – red.), mimo że wpisane na listę gatunków chronionych kaczki i gęsi nikomu i niczemu nie zagrażają, a wręcz odwrotnie, spełniają ważną rolę w rozprzestrzenianiu rzadkich gatunków roślin bagiennych i wodnych? Czy wreszcie przeciętny Polak, bez dubeltówki i wyżła, nie ma prawa nacieszyć się widokiem dziko żyjących kaczek i gęsi w ich naturalnym środowisku tylko dlatego, że ułamek procenta jego współziomków ma fantazję „nastrzelać się”?

[…] Pana prezesa (Naczelnej Rady Łowieckiej – red.) Bałasę uprzejmie informuję, że w parkach narodowych nie ma zwierzyny łownej, podobnie jak nie ma chwastów lub szkodników, bo wszystkie tego rodzaju pojęcia mają jedynie sens gospodarczy. W parkach narodowych żyją rośliny, zwierzęta, grzyby i mikroorganizmy, które winno się zachować w pełnej, genetycznej, gatunkowej i biocenotycznej różnorodności, bez względu na wartość użytkową poszczególnych gatunków. W parkach nie może być polowania, skoro oznacza ono wg. Encyklopedii Powszechnej – „pozyskiwanie zwierzyny łownej…”. Jasne jest, że jeżeli nie ma „zwierzyny łownej”, to nie może być także „polowania”. Określenie przez pana Hałasę „kuriozalnym” przepisu ustawy, zgodnie z którym nie traktuje się odstrzałów redukcyjnych na terenie parków jako polowania – jest więc nie na miejscu. „Kuriozalny” byłby przepis mówiący o istnieniu w parkach polowań […].

Wiem, że myśliwymi są ludzie różnej profesji (politycy, inżynierowie, ekonomiści, wojskowi, urzędnicy, księża), często bardzo odległej od ekologii, zoologii lub – szerzej – biologii, ale także oni powinni wiedzieć, że zadania ochrony przyrody i łowiectwa są inne, choć oba ważne dla kraju. […] Ogólnoświatową tendencją, sformułowaną w 1992 roku podczas Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro, a następnie ugruntowaną na Pierwszej Konferencji Państw – Stron Konwencji o Różnorodności Biologicznej w Nassau jest podporządkowanie wszystkich możliwych dziedzin życia gospodarczego państw i społeczeństw priorytetowemu celowi, jakim jest ochrona zasobów genowych biosfery. Wynika stąd jasno; że w myśl konieczności dostosowania naszego prawodawstwa do „wzorców światowych”, o których Pan Przewodniczący (Zarządu Głównego PZŁ – red.) był łaskaw napisać i z czym się w pełni zgadzam, prawo łowieckie powinno być podporządkowane Ustawie o ochronie przyrody, a nie na odwrót! Zamysł wprowadzenia zmian do Ustawy o ochronie przyrody w związku z … przygotowaniem nowej ustawy łowieckiej jest potwornym anachronizmem w sposobie pojmowania współczesnej ochrony przyrody i jej fundamentalnej roli dla człowieka XXI wieku.

[…] Reasumując, zachęcam myśliwych do zasadniczego zrewidowania treści swojego organu, stosunku do zwierząt i do ogółu spraw związanych z ochroną przyrody. Tylko rzeczywiste, a nie deklaratywne popieranie idei i działań w zakresie ochrony przyrody pozwoli myśliwym zyskać sympatię szerokiego kręgu społeczeństwa. Na początek – radzę zaniechać próby wprowadzenia zmian do Ustawy o ochronie przyrody lub jej aktów wykonawczych, bo jakiekolwiek podporządkowanie spraw ochrony przyrody gospodarce łowieckiej byłoby po prostu śmieszne.

A swoją drogą, czy szefom PZŁ nie przyszło do głowy inne rozwiązanie nabrzmiałych problemów, tj. rezygnacja z odrębnej struktury organizacyjnej i dobrowolne poddanie się organom ochrony przyrody? Po co powielać ochroniarską podobno działalność myśliwych w odrębnej strukturze, zapewne bardzo kosztownej? Prawda, że likwidacja Polskiego Związku Łowieckiego byłaby nowoczesnym i zgodnym z duchem czasu; a przy tym prawdziwie męskim wyjściem z sytuacji? […] Tymczasem – Darz Bór!

Ewa Symonides