Miesięcznik Dzikie Życie

4/23 1996 Kwiecień 1996

Listy

W odpowiedzi panu Bobcowi

Współczesny człowiek coraz bardziej odczuwa potrzebę kontaktu z przyrodą. Zaczyna dostrzegać jej niezwykłą siłę oddziaływania i jej ukryte moce. […] Być może już wkrótce chroniąc nasze obszary leśne będziemy uwzględniać nie tylko ich znaczenie ekologiczne, ale również lecznicze i duchowe.

Otylia Sakowska i Leszek Matela, „Uzdrawiające energie przyrody”

Pan Andrzej Bobiec w wypowiedzi zamieszczonej w „Dzikim Życiu” nr 19/20, zatytułowanej „Tu jest pies pogrzebany miejsca mocy”, poddał totalnej krytyce tzw. miejsca mocy odkryte przez nas w ostatnich latach w Puszczy Białowieskiej.

Zacznijmy od tego, że autor krytycznego tekstu nie ma najmniejszego pojęcia o „szeroko rozumianym różdżkarstwie”. Świadczy o tym chociażby fakt, że zalicza do niego, jak leci, radiestezję, reinkarnację, chińską medycynę. Nie chcemy w tym miejscu dawać wykładu o tych dziedzinach wiedzy, ale warto przynajmniej określić co jest czym.

Różdżkarstwo to tylko dział radiestezji zajmujący się badaniem i opracowywaniem praktycznych programów wykorzystania różdżki do wykrywania, lokalizowania i określania cech interesujących obiektów, głównie cieków wodnych, złóż podziemnych, przedmiotów itp.

Radiestezja zaś to umiejętność albo zdolność odczuwania emisji promieniowania elektromagnetycznego o bardzo szerokim paśmie wysokiej częstotliwości, a niskiej energii, wyczuwanie jonów wydzielanych przez substancje nieradioaktywne, lokalizowanie źródeł emisji wolnych elektronów oraz pól magnetycznych i elektrycznych posiadających ładunki ujemne bądź dodatnie.

O ile można utożsamiać różdżkarstwo z radiestezją, to już reinkarnacja zupełnie do nich nie przystaje. Medycyna chińska z kolei to ukształtowany wielowiekową tradycją i doświadczeniem system medycyny tradycyjnej.

Pan Bobiec wyraża się o radiestezji dezaprobująco, rzekomo w kontekście nauczania Kościoła katolickiego. Może więc warto przypomnieć, że ów Kościół już na początku XVII w. wyraził pogląd, że różdżka jest zjawiskiem naturalnym, działającym pod wpływem wyziewów wody i metali. Zresztą, wielu wybitnych radiestetów wywodzi się ze stanu duchownego! Że radiesteci nie czują się „dziećmi Szatana” świadczy chociażby fakt, że na Węgrzech patronuje im św. Krzysztof. Sprowadzanie dzisiejszej radiestezji na pogranicze magii i czarów jest cokolwiek nie na miejscu.

Wróćmy jednak do Puszczy Białowieskiej. Na początek wyjaśnijmy; że „miejscem mocy” w radiestezji określa się obszar o pozytywnym promieniowaniu, oddziaływującym na organizmy ludzi oraz ich psychikę.

Pan Bobiec myli się stwierdzając, że miejsce mocy w oddziale 495 jest „otoczone czcią jako centrum osobliwego kultu”. Tutaj nic takiego się nie dzieje! Niezwykłość tego miejsca wyjaśniana jest na drodze zjawisk fizycznych. Dotychczas dość dokładnie przebadali je radiesteci, przy użyciu technicznej aparatury pomiarowej. Potwierdzili oni występowanie cech pozwalających zaliczyć ten obszar do „miejsc mocy”. W najbliższym czasie swoje badania przeprowadzą archeolodzy. Żywimy nadzieję, że stopniowo uda się rozszyfrować wszystkie zagadki.

Pan Bobiec mija się także z prawdą twierdząc, że „specjalnością tego miejsca jest ‘tajemniczy’ betonowy odlew…” Betonowy murek i oparta o niego płyta z wyrytym krzyżem prawosławnym nie ma z miejscem mocy żadnego przyczynowego związku. Ten pomniczek upamiętnia tragiczny wypadek, jaki wydarzył się w czasie prac przy odbudowie zniszczonej przez Niemców linii kolejowej Hajnówka Białowieża. W jego rezultacie zmarł młody mieszkaniec Białowieży, Sergiusz Wołkowycki. Poruszeni tym zdarzeniem koledzy Sergiusza postanowili oddać cześć zmarłemu wykonując ten symboliczny nagrobek (Sergiusz Wołkowycki pochowany został na cmentarzu w Białowieży). Twierdzenie pana Bobca, że pod murkiem pochowano psa jest bezmyślnym powtarzaniem zasłyszanej nieprawdy. Przy okazji godzi w dobre imię tragicznie zmarłego, także jego bliskich, którzy jeszcze żyją.

Gani pan Bobiec pisma i inne media za to, że angażują się „w bezkrytyczną reklamę tak wątpliwego zjawiska w czasie, gdy toczy się batalia o ratowanie pozostałości cudownej Puszczy Białowieskiej”. Ręce po prostu opadają na taki zarzut! Czy naprawdę pan Bobiec nie rozumie, że to „tak wątpliwe zjawisko” jest dodatkowym argumentem dla ekologów? Wskazuje bowiem na jeszcze jeden aspekt, o którym tak rzadko się mówi, a który również sprawia, że Puszcza jest „cudowna”. Właśnie w tym, tak przez pana Bobca krytykowanym, „miejscu mocy” jest chyba najlepsza okazja do zwrócenia uwagi turystom i wszystkim, którzy tu się znajdą na pozamaterialne wartości białowieskiej przyrody – zazwyczaj niezauważane, ignorowane. Na to, na co bezskutecznie wskazywał przed siedemdziesięcioma laty leśnik Metodiusz Romanow, w opublikowanej w 1925 r. rozprawce „Duchowe skarby Puszczy Białowieskiej”.

Wizyta w „miejscu mocy” może stać się impulsem do wstąpienia na drogę osobistego rozwoju duchowego. Cóż bardziej wspaniałego może zaoferować nam Puszcza Białowieska? Trudno w tym miejscu nie wspomnieć także o terapeutycznych zaletach owego obszaru, zupełnie dotąd nie wykorzystanych. Nie bez przyczyny przecież przyjeżdżała tutaj wielokrotnie Eliza Orzeszkowa, by leczyć „skołatane nerwy”.

Zupełnie niezrozumiały wydaje się nam komentarz Redakcji do tekstu pana Bobca, w którym wyraża obawę, iż miejsca mocy mogą wzmocnić kasę przedsiębiorstw turystycznych. „Miejsce mocy” jest ogólnodostępne, a za wizytę w nim nikt nie pobiera opłat. Zresztą wątpliwe, czy wpływy z ewentualnych opłat zrekompensowałyby komukolwiek wydatki ponoszone na jego utrzymanie, nie wspominając już o zyskach. A z drugiej strony jak owa „troska” ma się do propozycji rozwoju turystyki w związku z proponowanym wstrzymaniem wyrębu Puszczy? Przecież takie rozwiązanie proponują mieszkańcom tego rejonu ekolodzy! Powyższa sytuacja jest „papierkiem lakmusowym” ich prawdziwych intencji.

Chyba tylko przez niezrozumienie można twierdzić, że ta sprawa może „odwrócić uwagę od prawdziwych problemów” Puszczy Białowieskiej. W rzeczywistości jest to jeszcze jeden atut, który z powodzeniem da się wykorzystać w obronie Puszczy. Konstatujemy to ze smutkiem, albowiem widzimy jak powierzchownie i jednostronnie podchodzą do problemów Puszczy ci, którzy mienią się jej obrońcami.

Tymczasem atrakcyjność tego miejsca ściąga coraz większe rzesze turystów. I to nas cieszy!

Piotr Bajko, inż. Borys Russko, dr n. med. Sergiusz Tarasiewicz

***

Od redakcji: Dla nas „papierkiem lakmusowym” intencji jest stosunek do wstrzymania wyrębu Puszczy i tyle. Puszcza jest święta – z jej miejscami mocy i miejscami słabości. Matka natura wiedziała przecież co robi. Jeśli „miejsca mocy” zostaną użyte jako dodatkowy argument, by nie wycinać Puszczy i objąć ją całą parkiem narodowym – będziemy się z tego tylko cieszyli.

***

Miejsca mocy – posłowie

Felieton zatytułowany „Tu jest pies pogrzebany…” jest moją prywatną refleksją nad zjawiskiem zainteresowania ludzi czymś, co z jednej strony jest tajemnicze, a z drugiej – często posiada silnie rozbudowaną, wyrażoną językiem nauki, choć nieweryfikowalną teorię.

Moim zamiarem było wywołanie dyskusji merytorycznej: czym są krytykowane przeze mnie dziedziny – nauką, wiarą, czy jeszcze czymś innym? Jeśli nauką, to muszą istnieć odpowiednie procedury weryfikacyjne (np. powtarzalność intersubiektywnego doświadczenia). Jeśli to dziedzina wiary, to jakie mają znaczenie stosowane instrumenty pomiarowe (czy wartość sanktuarium, np. Jasnej Góry, można zmierzyć przy pomocy licznika Geigera?)? Jeżeli radiestezja oznacza indywidualną właściwość człowieka, to nie jest to ani nauka, ani wiara. „Miejsce mocy” radiestety nie będzie więc miejscem mocy ogółu, gminy itp.

Nie chciałem być źle zrozumianym – ja nie drwię ze zjawisk (w świecie dzieje się wiele rzeczy, z których nie zdajemy sobie sprawy, bądź których nie potrafimy wyjaśnić), lecz wyrażam wątpliwość, czy stosowanie pojęć naukowych prowadzi do poznania czegoś, co jest naukowo niebadalne.

A Białowieża… Cóż, Białowieża miała być jedynie pretekstem do poruszenia tego tematu. Przy okazji chciałem zwrócić uwagę na rolę, jaką mogą odgrywać „Miejsca mocy” w kampanii o Puszczę.

Dla mnie pozostałości lasu naturalnego stanowią ślad harmonii, w której kiedyś uczestniczył też Homo sapiens. Tu odnajduję właściwe proporcje: swoją małość, ale też i wielkość, bo mogę tę harmonię współtworzyć. Uczestnictwo w niej ma polegać na rezygnacji z tego co łatwe na korzyść tego, co bardziej wartościowe i piękne. Powinno też polegać na aktywnej trosce o naturalne środowisko człowieka.

Temat „Miejsc mocy” bardzo chętnie podjęły te pisma i ci redaktorzy, którzy od początku kampanii o poszerzenie Białowieskiego parku Narodowego otwarcie opowiadają się przeciwko tej idei, co wskazuje na użycie tego zjawiska jako elementu prowadzonej propagandy.

Usłyszana opowieść o „pochowanym psie” tak bardzo mi pasowała do idiomatycznego „tu jest pies pogrzebany”, że przez myśl mi nie przeszło istnienie jakiegoś tragicznego zbiegu okoliczności (list do DŻ pisałem w październiku, gdy powszechnie funkcjonowały ezoteryczne interpretacje betonowego odlewu). Pierwszy raz usłyszana wzmianka o śmierci człowieka w tamtym miejscu ukazała mi niestosowność wykorzystania usłyszanego opowiadania. Niestety, artykułu nie dało się już wycofać.

Przepraszam wszystkich, których przez nieostrożność uraziłem.

Wierzę, że pomimo wielu różnic (w tym dotyczących stosunku do różdżkarstwa) nie uda się nikomu wbić klina pomiędzy walczących o uratowanie Puszczy Białowieskiej.

Andrzej Bobiec, Białowieża