Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/31-32 1996/1997 Gru 1996 / Stycz 1997

Ekologia i strach

Joanna Kępińska

…gdy ktoś w obronie przyrody miele po próżnicy ozorem, to szlag mnie trafia. Przecież z dnia na dzień jest coraz gorzej, chociaż od ochrony środowiska coraz więcej kompetentnych. Biorą się za nią wszyscy, a szczególnie ci, którzy nie mają nic do powiedzenia.

ks. prof. Wł. Sedlak

Dziś chyba nikt choć trochę myślący nie zaprzeczy, że sytuacja naszej planety, a tym samym gatunku ludzkiego jest krytyczna. Mówi się o tym, pisze, organizuje kongresy, akcje, różne „dni” uroczyście obchodzone – tacy jesteśmy świadomi i aktywni, tylko co z tego wynika? Wielka blaga. Niektórzy bajdurzą o powrocie do natury, o życiu w zgodzie z rytmem przyrody i nie dostrzegają faktu, że biologia i psychika człowieka uległy tak monstrualnemu rozchwianiu, że nie ma mowy o zgodzie z jakimkolwiek rytmem. Ktoś powiedział dosadnie, że są to „fantazje zdychającej epoki”.

Ziemia jest zmęczona i sponiewierana – niszczone są lasy, dogorywają rzeki i jeziora. Skończyło się czyste powietrze, a morza i oceany stały się planetarnym śmietniskiem. Na ich dnie poustawiano betonowe trumny z radioaktywnymi odpadkami z reaktorów. Szalony Homo consumens nie jest w stanie pojąć, że bandyckie traktowanie przyrody, pogarda i nonszalancja wobec niej prowadzą do jego (naszej) powolnej agonii.

Niektórzy „pozytywnie myślący” mądrale uważają, że katastroficzne wizje przyszłości są nieuzasadnione, bo na pewno „coś wymyślimy i będzie dobrze”. Dla poparcia swojej niezachwianej wiary w ludzki rozum i pomysłowość przytaczają przykład osiemnastowiecznej Europy, w której powszechnym środkiem lokomocji był koń i ówcześni „katastrofiści” obawiali się, że w niedługim czasie Ziemię pokryje metrowa warstwa końskich odchodów.

Oczywiście do tego nie doszło. A to dzięki nieprzewidzianemu wcześniej rozwojowi technicznemu! Więc i dzisiaj, jak argumentują piewcy postępu, stoimy przed odkryciami nowych, wspaniałych technologii, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zlikwidują wszystkie negatywne efekty technokratycznej cywilizacji.

Idiotyzm tego porównania jest ewidentny, nasza obecna sytuacja nie da się porównać z żadną inną z przeszłości. Końskie łajno jest igraszką w porównaniu z gównem, w jakim teraz tkwimy po uszy.

Trucizny z produkcji włókien syntetycznych, pestycydów i herbicydów, detergentów, chlorowych wybielaczy i innych substancji toksycznych wkraczają w najbardziej odległe rejony ziemi i powietrza. Całą planetę pokryła chaotyczna sieć elektromagnetyczna, wytwarzana przez wszelkie urządzenia radiowo telewizyjne i telefoniczne, zapłony silników spalinowych, generatory prądu, mikrofalowe urządzenia grzewcze, urządzenia z silnikami elektrycznymi słowem wszystko, z czego korzysta współczesny człowiek, aby ułatwić sobie życie, dostarczyć rozrywki i informacji. Na skutek nieustannego wzrostu ilości nadajników zmuszeni jesteśmy żyć w elektro magnetycznym więzieniu, z nieodwołalnym wyrokiem śmierci jaki sami na siebie wydaliśmy. „Naturalnego tła, w którym rozwijała się biosfera, praktycznie nie ma. I nigdy już nie będzie”. – twierdzi cytowany na początku profesor Sedlak, twórca chemoelektrycznego modelu organizmu.

Uważa on, że rozpętana przez człowieka burza elektromagnetyczna uniemożliwi wkrótce jakąkolwiek kontynuację życia. Mikrofale przenikając przez organizm zmieniają jego strukturę elektryczną i magnetyczną, naruszają kwantowe podstawy materii. Działanie nadmiernych pól elektromagnetycznych niszczy system nerwowy, krążeniowy, hormonalny, enzymatyczny żywych organizmów, powoduje patologiczne wykształcenia płodów itp. Prof. Sedlak jest jednym z nielicznych na świecie, którzy dostrzegają gigantyczne rozmiary poczynionych zniszczeń.

Naukowcy generalnie wolą chyba nie zauważać fatalnych skutków nieustannego rozwoju technologicznego. Daleko posunięta specjalizacja uniemożliwia im ogarnięcie myślą większego spektrum rzeczywistości, zanika zdolność kojarzenia pozornie niepowiązanych zjawisk i faktów. Sedlak przestrzega:

Spod naszego elektromagnetycznego działania nic nie zostało wyłączone: ani litosfera, ani hydrosfera, ani przestrzeń powietrzna, ani jonosfera, ani magnetosfera. I dlatego bez skrupułów pokazuję, że współcześni uczeni są jak strusie: wypinają wielce oświecone dupy, a głowy chowają w piasek. I dlatego zdzieram z nich maski mędrców, odsłaniając blagę, szarlatanerię i asekurację, które kryją się za tytułami i za pewnością siebie. Zmusić, cholera, do myślenia, a nie do odkładania. Chwytać za gardło! Przecież umierający czekają! […] Ja biję się o bioelektronikę, bo bez niej pozostaniemy jak stado kur i nawet się nie spostrzeżemy kiedy ciężko chora natura zgotuje grób dla nas wszystkich!

Tako rzecze Sedlak – Kazimierz Dymek, KAW, Lublin 1996).

Tego typu emocjonalnie nacechowana postawa określana jest przez niektórych jako – tzw. ekologia strachu i oceniana oczywiście negatywnie, jako niekonstruktywna, gdyż podobno odbiera nadzieję i paraliżuje wolę działania w obronie przyrody. Może jednak w pierwszej kolejności należałoby się skupić na sposobach sparaliżowania woli niszczycielskiego działania, bo na cóż możemy mieć jeszcze nadzieję? Chyba na w miarę bezbolesną, bo do ostatniej chwili niedostrzeganą zagładę. Zniszczyliśmy niemal doszczętnie wszystkie mechanizmy, które przyroda z genialną cierpliwością ukształtowała przez biliony lat i wcale nas to nie przeraża. Choć wszędzie czuć odór gazów spalinowych, a powierzchnie wód pokrywają tłuste plamy ropy – naszym głównym zmartwieniem jest wzrost ceny paliwa.

Oczywiście, działaczy ekologicznych przybywa, ale większość z nich, chyba w równym stopniu co „cywilizacyjni fanatycy” zaprzecza koszmarnej rzeczywistości, gdyż konfrontacja z nią powoduje doświadczenie trudnego do zniesienia strachu.

Trwająca blisko dwa tysiące lat dominacja chrześcijaństwa ukształtowała w nas, jak się zdaje, niezachwianą wiarę w cuda i nadprzyrodzone wybawienie. Ocalenie dotyczyć ma wybranych, a będą nimi zapewne wszyscy radośni ekolodzy w nagrodę za niekwestionowany optymizm i pogodę ducha z jaką segregują śmieci i sadzą drzewka w parku.

Czy strach paraliżuje? Psychotyczny, urojony lęk na pewno, ale nie strach jako zdrowa, naturalna reakcja na rzeczywiste zagrożenie. Taki strach uaktywnia ukryte zasoby siły, pozwala rozpoznać rodzaj niebezpieczeństwa i adekwatnie do niego zadziałać.

W ludowej tradycji wielu kultur występują liczne opowieści i baśnie opisujące historię bohatera, który u progu dorosłości wyrusza w świat, aby poznać trwogę. Konfrontacja ze strachem jest też ważnym elementem wielu procesów i obrzędów inicjacyjnych, jakim poddawani są młodzi ludzie w społecznościach tzw. prymitywnych. Wynika to z faktu, że strach jest istotnym i niezbędnym elementem ludzkiego doświadczenia. Bez oswojenia się z nim człowiek jest istotą niepełną i niedojrzałą, działającą nieracjonalnie, a przez to niebezpieczną.

Nie znaczy to bynajmniej, że człowiek taki w ogóle nie odczuwa lęku, ale że niewłaściwie go identyfikuje. Nierozpoznany, źle skojarzony strach powoduje niewłaściwe działanie i wtedy faktycznie jest niekonstruktywny i niebezpieczny.

Nasza cywilizacja zbudowana jest na takim właśnie irracjonalnym strachu przed naturą i co się z tym łączy, przed życiem. Co prawda zakładamy, że pożądamy życia, a boimy się śmierci, ale w rzeczywistości tylko ten, kto przez ostrożność nie doświadcza życia z całą możliwą intensywnością będzie bał się jego utraty, gdyż trudno porzucić coś, czego się naprawdę nie poznało.

Na głęboką niechęć, pogardę i strach przed życiem wskazuje np. biblijna interpretacja mitu o Ewie zrywającej jabłko. Biblia klasyfikuje tę historię jednoznacznie negatywnie – jest to opowieść o upadku. Taka interpretacja została nam narzucona (jak wiadomo siłą) przed wiekami i odegrała niemałą rolę w kształ towaniu specyficznej wizji świata. W rzeczywistości podobne historie znane są w wielu kulturach (nie związanych z tradycją judeochrześcijańską), lecz ich przesłanie jest zasadniczo inne. Na przykład wąż jedna z głównych postaci mitu – jest w większości kultur interpretowany pozytywnie. Czczony jest m.in. w Indiach i w tradycjach Indian amerykańskich. Wąż jest prastarym symbolem siły życia, reprezentantem natury. Jednak w biblijnej historii występuje on w roli złego kusiciela, co sugeruje, że interpretatorzy opowieści doświadczali życia i wszelkich naturalnych impulsów jako złych i zepsutych. Ta ponura wersja mitu związana z kręgiem religii patriarchalnych (wyznających kult męskiego bóstwa) wyraża irracjonalny strach przed naturą, w przeciwieństwie do wersji wcześniejszych (związanych z misterium bogini), których przesłaniem była afirmacja życia.

Jesteśmy niestety spadkobiercami duchowej tradycji pustynnych nomadów, żyjących w przekonaniu, że przyroda pełna jest demonów, które trzeba przechytrzyć. Niektórzy jeszcze dziś wyrażają publicznie takie przekonanie. Natura ciągle wzbudza w nas podświadomy lęk, który uniemożliwia skuteczne działanie w jej obronie, choć świadomie uznajemy taką konieczność. Przeczuwamy, że nasz nienaturalny, niewłaściwie skierowany strach jest nieuzasadniony i szkodliwy, więc błędnie oceniamy wszelkie inne, uzasadnione jego przejawy – jako destrukcyjne.

Choć mamy coraz więcej dowodów na to, że Ziemia ginie, ciągle odsuwamy od siebie w pełni usprawiedliwione uczucie przerażenia, w obawie, że nas złamie. A być może właśnie przerażenie jest nam niezbędne, aby działania nasze nabrały siły i sensu. Warto też wiedzieć, że rewersem autentycznego, właściwie skierowanego strachu jest zawsze odwaga.

Joanna Kępińska