Miesięcznik Dzikie Życie

11/42 1997 Listopad 1997

Zbliża się kolejny Buy Nothing Day

Marta Lelek

Dzień bez kupowania. Kolejny dzień bez czegoś. Mamy już dzień bez papierosa, dzień bez samochodu, a może jeszcze jakiś? Wszystkie choroby cywilizowanego świata mają już swoje dni. To dobrze, że ta najbardziej groźna w skali świata i jego podstawowych problemów namiętność w ten właśnie sposób, otrzymała status choroby.

Kupowanie. Gromadzenie. Pomnażanie dóbr. Tzw. konsumeryzm. Czas uznać go otwarcie za wielką chorobę białego człowieka. Chorobę będącą jednym z głównych napędów tzw. postępu i wszelkiej ekspansji. Zysk – warunek spełnienia w/w aspektów omawianej choroby był, jest i pewnie jeszcze długo będzie pierwotnym bodźcem, jak i celem do osiągnięcia przy podejmowaniu jakiejkolwiek aktywności, czy to wyprawy eksploracyjnej, czy badań naukowych mających rzekomo rozwiązać jakieś problemy ludzkości. Nawet jeśli się o tym nie mówi, nawet jeśli się o tym nie myśli. Naukowcy poza wszelkimi swoimi mniej lub bardziej szlachetnymi motywacjami są zobowiązani wykazać przed zleceniodawcami opłacalność prowadzonych przez siebie studiów i eksperymentów. Kolumb, romantyczny włóczęga, gnany ciekawością odkrywcy za ocean musiał (jeśli sam tego nie pragnął) osiągnąć ów zysk: np. przywieźć złoto, lub inne cenne lub nie znane dotąd towary (choćby niewolników) i w ten sposób wykazać konkretne korzyści wypływające ze zdobycia nowych lądów, by ostatecznie uzasadnić wydatkowanie pieniędzy na swoje wyprawy. Europa pozornie tęskniła wówczas za „nowym światem”, za miejscem, w którym biały człowiek mógłby na nowo urządzić świat, jakże lepszy od tego, którego doświadczał na starym lądzie. I co urządził? Toczony jakby przyrodzoną sobie chorobą konsumeryzmu powtórzył z nawiązką wszystkie swoje błędy, a co gorsza zaraził swą chorobą wszystkich tych, których nie zaraził ospą lub chorobą Heinego-Medina, nie wymordował i nie złowił jako swych niewolników. I robi to nadal. Dzieło powoli dobiega końca. Nieliczne, istniejące jeszcze kultury różniące się od zachodniej, jeśli nie unicestwia, to przerabia się na towar. A to właściwie oznacza to samo.

„Coś w mym życiu zmienię, kupię, sprzedam lub zamienię” brzmią słowa reklamy. Kupujcie i sprzedawajcie, Indianie, Papuasi i Eskimosi! Stańcie się klientami, odbiorcami, dealerami. Umyjcie się tylko porządnie i przyjdźcie do sklepów! Nie macie pieniędzy? To pracujcie! Będziemy tworzyć dla was coraz to nowe miejsca pracy! A co macie na sprzedaż? Na pewno coś macie. Muzykę, mokasyny, wisiory, ludzie na całym świecie domagają się ciągle czegoś nowego! Zapraszamy do naszego tańca na „wolnym rynku”!

Konsumeryzm do „nowego świata” wkracza z tryumfem. Boicie się ognia, wichury, czy suszy? Patrzcie na nas, my się niczego nie boimy. Utkwił mi w pamięci fragment książki Farleya Mowata „Ginące plemię”, w którym nieliczni przedstawiciele licznego niegdyś plemienia Ihalmiutów, ledwie żywi z wycieńczenia długotrwałym głodem, bojący się nadejścia zimy, bez nowych, dobrych futer i bez krzty zapasów żywności, nie mówiąc o jakimkolwiek drewnie na opał patrzyli z niedowierzaniem na ekipę żołnierzy kanadyjskich, którzy wysypali się nagle z helikoptera i zaczęli budować bazę z gotowych elementów, montować agregat prądotwórczy, instalować łazienkę z ciepłą wodą i zapełniać lodówki różnorodną żywnością. Nie miejsce tu mówić o tym dlaczego owi Eskimosi Ihalmiutowie znaleźli się w tak krytycznej sytuacji (też niestety za sprawą białego człowieka), ale wówczas gotowi byli przyjąć wszystkie warunki. Przycupnęli pod bazą, wyciągnęli ręce po jałmużnę i po jakimś czasie ci, którzy przeżyli poszli pokornie do pracy, a dzieci do szkoły, a wszyscy razem do sklepów. Oczywiście tych najtańszych i nie po wszystko, ale… choroba została zaszczepiona; pojawiły się jej pierwsze objawy w postaci tęsknoty za luksusem. Mowat opisuje poruszającą historię szamana Kakumee, który zbiegiem okoliczności, po przypadkowym zetknięciu się z białym człowiekiem zapadł na chorobę i oszalał. Zaczął gromadzić narzędzia, broń i przedmioty codziennego użytku, potem mordować swoich współplemieńców w celu zdobycia następnych dóbr. To, co w naszej kulturze powszechne, tam, w krainie Eskimosów było czystym szaleństwem, nijak przystającym do obowiązujących zachowań. Było niezrozumiałą, śmiercionośną chorobą.

A co słychać w świecie białego Człowieka? Dopiero co byliśmy świadkami gorzkiego spektaklu, którego reżyserem zdawała się być właśnie omawiana tu choroba. Konsumpcja. Wolny rynek. Zmarła tragicznie ulubienica Europejczyków księżna Diana. Ofiara rynku. Towar. Okoliczności jej śmierci wywołały wiele zamieszania. Jakże wyraziście ukazały cały ten mechanizm, w którym dziennikarze i wielbiciele czytelnicy gazet grają równorzędne role wzajemnie się warunkując. Popyt i podaż, dostawcy i odbiorcy. Smutne i poruszające wydarzenie. Bądźmy jednak poważni. Każdego dnia giną dziesiątki ludzi i setki aspektów środowiska ludziom do życia niezbędnych. Każdego dnia umierają tysiące dzieci, a na każdej większej ulicy głodni, chorzy i upośledzeni kłują nas w oczy. To ofiary tej samej choroby. Jak pisał Robert Lyle 358 ludzi bogatych zarabia tyle, co 2,75 miliarda biednych. Wiadomo, że w przyrodzie nie ma sprawiedliwości w znaczeniu do jakiego przywykliśmy. Ale z tak wielką dysproporcją trudno się pogodzić nawet „ciężko chorym”. Gdzieś obok, wraz z rozwojem konsumpcji rodzi się potrzeba uciszenia sumienia, potrzeba filantropii.

Jak tylko się dorobię, będę pomagał biednym.

Chętnie zrobiłbym coś dla świata, ale nie wiem co. Wszystko wydaje mi się bez sensu.

Tymczasem oferta pomocy już na samym „rynku” wydaje się niezwykle bogata. Na ulicach krążą zbieracze funduszy na przeróżne cele dobroczynne. Sami biedni zresztą wyciągają ręce. Ani jedni, ani drudzy nie są jednak zbyt wiarygodni. Filantropi lubią mieć pewność, że ich darowizny zostaną rzeczywiście spożytkowane zacnie. Marzy im się wielka sprawa. Najlepiej byłoby uratować jakiś cały kraj, albo cały kontynent. Ale nie śmiejmy się. Wszak jest i dla nich, tych niedowiarków i formalistów bogata oferta. Można np. regularnie opłacać miesięczną edukację jakiegoś konkretnego, „kolorowego” dziecka z trzeciego świata i to poprzez poważną i wiarygodną organizację międzynarodową typu Unesco. Można wpłacać pieniądze na konkretne kampanie w obronie ginących zwierząt dla WWF, zresztą można wpłacać pieniądze na tyle przeróżnych akcji i kampanii, że rzeczywiście trudno wybrać. Henry David Thoreau wyśmiewał filantropów. Twierdził, że cała działalność charytatywna postawiona jest na głowie. Wspiera nie tych, którzy pomocy rzeczywiście potrzebują. I jak twierdził: „na tysiąc ludzi odrąbujących gałęzie zła tylko jeden karczuje korzenie” Ale skoro nie znamy na razie lepszego sposobu na równoważenie nierównego podziału dóbr na świecie, to dzielmy się i darujmy tak, jak umiemy, a może i organizacjom broniącym przyrody też się coś przy tym dostanie. W bodajże Hamburgu, czy jakimś innym wielkim mieście w Niemczech, na dworzec przychodzi codziennie kobieta, sama dość uboga zresztą i przynosi żebrakom upieczone przez siebie ciasto. Kroi je na kawałki i rozdaje ustawionym w kolejce obdartusom. Zapytana kiedyś przez dziennikarzy dlaczego to robi nie potrafiła na to pytanie odpowiedzieć.

A wracając do „dnia bez kupowania”, to spróbujmy ten dzień przeżyć wyjątkowo prawdziwie. Idźmy na koncert, jeśli nie chcemy, żeby nasze dzieci usłyszały Symfonię Beethovena przy okazji jednej z reklam. Idźmy do lasu, poszukajmy czystego strumienia zamiast cieszyć oczy jego widokiem w telewizji. I zastanówmy się, czy te piękne stworzenia: tygrysy bengalskie, niedźwiedzie brunatne, czy foki, którymi to równie chętnie posługuje się reklama, są jeszcze na świecie i czy nic im nie zagraża, czy czasem nie pozostaną już tylko w zapisie na taśmach i dyskietkach, lub jako zabawki przytulanki dla naszych dzieci. Podobno w Niemczech można kupić takie super zabawki; niemal wierne kopie dzikich zwierząt w skali 1:1 w cenie około 1000 marek za sztukę. Żeby je wykonać z najlepszych, świetnie imitujących materiałów potrzeba pewnie bardzo skomplikowanej technologii, dobrych surowców i energii. Żeby to mieć trzeba zabrać kolejny kawałek dzikiej przyrody i wyeliminować kilka kolejnych gatunków, po to by wykonać ich kopie i po to by je dobrze sprzedać. I tak oto zamieniamy cudowną rzeczywistość na żałosną fikcję. Więc pomyślmy o tym wszystkim w ciągu tego jednego dnia 29 listopada sklepowym dajemy wolne, a dealerów pozostawiamy w głębokim zdziwieniu; bo w tym dniu nikt nic nie kupi!

Marta Lelek

Październik 1997