Miesięcznik Dzikie Życie

3/34 1997 Marzec 1997

Magia rzeczy

Marta Lelek

Dopóki człowiek tęskni za otrzymaniem jakiegoś przedmiotu, nie może wyjść dalej niż ten przedmiot.

Sufi Inayat Khan

Moje dziecko dostało mnóstwo prezentów pod choinkę. Zostały spełnione wszystkie jego marzenia, formułowane od miesięcy, wysłane w formie próśb w liście do aniołka. Było dużo radości i tyleż samo satysfakcji z jej sprawienia. Miło jest dawać, jeszcze milej widzieć efekty dawania w postaci radości. Ale co to? Radość minęła dość szybko, a dziecko opanowała apatia. Zawód, bo zaspokojenie chęci posiadania niesie ze sobą wielką pustkę. Można ją oszukać uciekając się do kolejnych pragnień posiadania czegoś nowego. Tak też było z moim dzieckiem. Odzyskało dobry humor kiedy określiło co chce dostać na zbliżające się swoje urodziny.

Podobnych przykładów mogę mnożyć dziesiątki. Dotyczą rzecz jasna nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorosłych. Wielu z nich powie, że gdyby nie wyznaczało sobie kolejnych dóbr do nabycia nie wiedziałoby po co pracuje, po co zarabia pieniądze, po co tak strasznie się męczy i stresuje. Tymczasem stres się pogłębia, nerwica nasila, bo wymierny wysiłek z jakim wiąże się zarabianie pieniędzy ciągle nie daje spełnienia; a gromadzone dobra nie zmieniają w życiu nic. Czasem zdarza mi się być świadkiem chwil, niezwykle rzadkich i krótkich, w których znajomi doznają nieoczekiwanej refleksji: po co ja to robię? Co z tego, że kupię kamerę video, czy nowy samochód, po co to wszystko? Chwila ta jednak błyskawicznie przemija i człowiek wraca do swoistej równowagi.

Co to za mechanizm? Jak wytłumaczyć zjawisko nieprawdopodobnej konsumpcji jaką uprawiają przedstawiciele cywilizowanego świata, a która zabija naszą planetę i resztę jej mieszkańców nie dając nam w zasadzie nic, co by ten proceder usprawiedliwiało.

Mnie mechanizm ten kojarzy się wprost z mechanizmem nałogu. Obojętnie jakiego zresztą. Nie ważne czy chodzi o alkohol, papierosy czy o narkotyki, mechanizm nałogu zawsze jest podobny. Wynika z problemów jakie się ma ze sobą, a dla których szuka się pozornego ujścia w czymś co chwilowo sprawia przyjemność, rozluźnienie czy przynajmniej odwrócenie uwagi. Po chwili efekt ustępuje, problemy wracają wzbogacone o zawód z nieskuteczności używki, stres skłania do kolejnego sięgnięcia po używkę i w ten sposób proces postępuje tak długo aż ofiara nałogu osiągnie tzw. dno. Dno według znawców problemu jest pojęciem względnym, dla jednych oznacza śmierć, dla drugich szansę do „odbicia się” i próby wyjścia z nałogu. Nałogi określane są jako mniej lub bardziej szkodliwe dla zdrowia i mniej lub bardziej uciążliwe dla otoczenia. Im bardziej uciążliwe dla otoczenia tym więcej poświęca im się uwagi. Tak jest np. z alkoholizmem, choć przecież nie jest on bardziej szkodliwy dla zdrowia niż np. obżarstwo. Tak, obżarstwo to zjawisko, które stosunkowo niedawno zostało uznane za nałóg. Nie jest zbyt uciążliwe dla otoczenia, wręcz przeciwnie, nakręca konsumpcję, a ta jest przecież podstawą istnienia wolnego rynku. Stało się jednak zjawiskiem tak powszechnym w świecie cywilizowanym, że odkryto nieograniczony rynek na usługi związane z jego zwalczaniem. Cóż, „klient nasz pan”, rynek reaguje natychmiast na każde pojawiające się zapotrzebowanie dbając równocześnie o utrzymanie wszystkich poprzednich na odpowiednim poziomie. Produkuje się coraz nowsze preparaty odchudzające oferuje się drogie terapie i treningi, rozwijając równocześnie spektrum dostępnych w sklepach smakołyków. To samo dzieje się w odniesieniu do papierosów, narkotyków czy alkoholu. Jedynie skuteczne w walce z nałogami stały się ruchy oddolne: niezależne od mechanizmów rynkowych ośrodki terapeutyczne, grupy tzw. Anonimowych Alkoholików (AA), czy ostatnio Anonimowych Żarłoków (AŻ). W kręgach AA czy AŻ ofiary nałogu pomagają sobie wzajemnie dotrzeć do sedna choroby, jej najgłębszych przyczyn, prawdziwych objawów i realnych sposobów jej przezwyciężenia. Wśród przyczyn nałogów w ogóle można bez wątpienia znaleźć wątek niespełnionej konsumpcji, obżarstwo wydaje się być tego kwintesencją. Jest przecież niczym innym tylko niepohamowaną konsumpcją. Ze wszystkich zjawisk uznanych dotychczas za nałogi jest najbardziej szkodliwym społecznie, zwłaszcza w skali globalnej, wszak przeciętny zachodnioeuropejski czy północnoamerykański żarłok zjada tyle ile potrzebne byłoby do przeżycia co najmniej 30 Afrykanom. Rzadko jednak ten aspekt obżarstwa staje się motywacją do walki z nałogiem. Główną rolę odgrywają tu względy zdrowotne, estetyczne i ekonomiczne. Jakie względy mogłyby natomiast zagrać rolę w walce z nałogiem nabywania dóbr konsumpcyjnych, jeśli udałoby się w ogóle uzyskać dla tego zjawiska status nałogu? Ja gorąco postuluję uznać konsumpcję za chorobę nałogu. W imię nie tylko poszkodowanych społeczeństw, nie tylko ogołacanej z surowców i zaśmiecanej odpadami Planety, ale w imię szeroko rozumianego dobra ogólnego z bezpośrednimi ofiarami nałogu na czele. Postuluję utworzenie ruchu Anonimowych Konsumentów, w którym chętnie poszukam i dla siebie miejsca, by wspólnie wspierać się w poskramianiu tej niszczącej namiętności. Niszczącej w tak wielu znaczeniach tego słowa; począwszy od środowiska, a skończywszy na własnej osobowości. Wokół widzę mnóstwo potencjalnych kandydatów na członków tego ruchu. To kobiety oczekujące „dóbr” od swych partnerów, lub samodzielnie zdobywające środki na ich zakup, jedne i drugie cierpią na okresowe „depresje psychiczne”, poddane nieustannej presji otoczenia, by gromadzić i rywalizować w gromadzeniu. To faceci „niezaradni”, spalający się świadomością swojej niezaradności oraz ci, co osiągają sukces w tej samej rywalizacji o poziom uprawianej na codzień konsumpcji i rozmiary nagromadzonych dóbr, nie emanują jednak pogodnym usposobieniem czy spokojem wewnętrznym, zapadają na choroby serca i często kończą życie przedwcześnie. Jakże im wszystkim przydałaby się terapia odwykowa. Próba zrzucenia z siebie tych wszystkich śmieci, erzatzów i pozornych gwarantów stabilizacji i bezpieczeństwa. Wielkie pranie, tak by wydobyć na światło dzienne choćby skrawek prawdziwej osobowości i tego co tak naprawdę jest w stanie ją spełniać. „Mieć” czy „być”? to takie proste pytanie, na które każdy nałogowiec odpowie: oczywiście być! Cóż, warunkiem podjęcia próby zerwania z nałogiem jest osiągnięcie dna, co jest równoznaczne ze zgodą i akceptacją tego, że się jest chorym. Nikogo takiego jeszcze nie spotkałam. Tymczasem trwa i rozwija się wielkie kupowanie, gromadzenie i konsumowanie, trwanie w nałogu. I jak każdy alkoholik, który co jakiś czas udowadnia sobie, że alkoholikiem nie jest i parę dni nie pije, tak nałogowy konsument, by dowieść sobie, że do dóbr nie jest bynajmniej przywiązany – co robi? Dzieli się z innymi, robi prezenty. Jako pretekst wykorzystuje wszystkie funkcjonujące w naszym kręgu kulturowym święta. Nie ważne, co to za święta. Dziś nawet na Wielkanoc przychodzi z prezentami niejaki zajączek, czego nie mogę sobie przypomnieć z własnego dzieciństwa. Kiedyś było to święto Zmartwychwstania i Wiosny. Prastare święto pogańskie, zastąpione, jak wiele innych znaczeniem chrześcijańskim o zbliżonej symbolice. Święto odradzającego się życia, którego jakże pięknym przejawem jest przychodząca po każdej zimie niezawodna wiosna. I jak wiele innych świąt o starych nazwach niosło ze sobą wielką radość, skłaniającą do jednania się, dzielenia i ucztowania, a jakże, by podkreślić w ten sposób nadzwyczajność chwili. Ucztowanie, tj. raczenie się czymś lepszym od tego, co na codzień, rozdawanie prezentów – zwyczaje stare jak świat. Wpisane od wieków we wszystkie niemal kultury. Kiedy przychodzi do nas gość, wyciągamy na stół coś, co wyróżnia tę chwilę od innych, jeśli oczywiście radzi jesteśmy z wizyty. Jeśli dzieje się coś szczególnego, mija najdłuższa noc w roku, rodzi się człowiek, czy ojciec przekazuje przywileje synowi, celebrujemy wydarzenie bawiąc się, ucztując, czy nawet rozdając prezenty. Indiańska ceremonia Potlatch była wielkim świętem dawania, ucztowania i zabawy. Ale najpierw musiała być nadzwyczajna chwila, wydarzenie potwierdzone rytuałem, dopiero uniesienie jakie chwila ta niosła skłaniało w sposób naturalny do świętowania. Nigdy nie było odwrotnie. Dzisiaj jesteśmy świadkami odwrócenia procesu. Zabawa, uczta, konsumpcja w różnych przejawach jest celem samym w sobie. Szczególne chwile, czy szczególne wydarzenia są jedynie pretekstem do urządzenia święta. Zauważmy jak ochoczo kultura nasza importuje obce dla niej święta zza oceanu, takie jak Walentynki, a ostatnio Halloween, po to tylko, by znaleźć nowy pretekst do konsumpcji. Zgubiliśmy już dawno istotę tych szczególnych chwil, których jesteśmy autentycznie świadkami, czy uczestnikami. Koncentrujemy się na skutkach nie znając już przyczyn. Im bardziej oddajemy się świętowaniu tym bardziej oddalamy się od istoty święta. Można by tę kwestię rozpatrywać w kategoriach osobistych wyborów, strat i zysków moralnych, jakości życia w relacji do jego poziomu itd. Nie sposób jednak na tym poprzestać. Istnieje wszak dużo bardziej istotny aspekt konsumpcji dotyczący jej rozmiarów. Aspekt w naszych czasach i w naszej kulturze zasadniczy.

Kiedy żyliśmy we wspólnotach, rozdawaliśmy i jedliśmy tyle ile było. Uczestniczyliśmy w prawie zamkniętym obiegu surowców i dóbr. Kiedy żyliśmy w bioregionie, tj. korzystaliśmy tylko z tego, co wytworzyło nasze miejsce, a zasięg tego miejsca byliśmy w stanie objąć wszystkimi zmysłami, czerpaliśmy od przyrody już coraz więcej, ale byliśmy jeszcze w stanie łagodzić pojawiające się dysproporcje w konsumpcji. Kiedy był czas jednania się i dzielenia, żaden dziad nie został głodny na mrozie. Dziś jesteśmy mieszkańcami globalnej wioski. Czy tego chcemy, czy nie. Jedząc banany, ubierając się w australijską wełnę, czy pijąc ukochaną kawusię nie możemy nie wiedzieć o prawdziwej cenie naszego luksusu, której nie płacimy my, płacą nasi bliźni z dalekich i całkiem bliskich krajów, płaci inne stworzenie i cała nasza planeta. I nie możemy nie przyjmować do wiadomości, że nasz „zbyt suto zastawiony stół” i stosy prezentów pod choinkę już dawno nie mają nic wspólnego z dzieleniem się i prawdziwym celebrowaniem świąt.

I byłby to pewnie problem nie do ruszenia, bo kto dobrowolnie zrezygnuje z czegoś w imię bliżej niezidentyfikowanych istot zza siódmej góry, gdyby nie pustka i bezsens z jakim wiąże się konsumpcja wykraczająca poza potrzeby egzystencjalne.

Friends of the Earth z Australii wymyślili tzw. „międzynarodowy dzień bez kupowania” (Inernational Buy Nothing Day). To wezwanie do świadomego zrezygnowania z kupowania czegokolwiek w jednym, wspólnym dla wszystkich dniu – 29 listopada. Akcja o znaczeniu symbolicznym? Skutek pewnie nieodczuwalny dla handlu, chodzi jednak o zwrócenie uwagi na problem. Autorzy inicjatywy w wydanych przez siebie broszurkach piszą tak:

Obecnie, w czasach kultury materialnej kartezjańskie „myślę więc jestem”, należałoby udoskonalić i zmienić na: „konsumuję więc jestem”. Jesteśmy świadkami głębokiego kryzysu naszej kultury i poczucia własnej tożsamości. Jesteśmy ofiarami bardzo wyrafinowanego mechanizmu, który lubi nieszczęśliwych, niespełnionych i niezrównoważonych. Konsumerystyczny świat, to świat głębokiej nieszczęśliwości. Jeśli czujesz się niepewny i zagubiony, seksualnie niespełniony, boisz. się samotności, czy skromnego życia jesteś świetnym materiałem na perfekcyjnego konsumenta. Jesteś tym, kogo! system ten najbardziej pragnie. Konsumeryzm przekona cię, że prawdziwe spełnienie możliwe jest tylko osiągając tzw. sukces i stając się superkonsumentem. Proste, egzystencjalne radości, zwyczajna wdzięczność za obfitość przyrody i w ogóle „nierynkowe” wartości są nie na miejscu w społeczeństwie konsumeryzmu, ponieważ poczucie szczęścia i zadowolenie nie jest towarem.

Obraz rzeczywistości powstaje w naszych głowach, sercach i wyobraźni. Jest przestrzenią prawdy, piękna i dobra. W ramach tej przestrzeni rozwijamy się poznając, kochając, wyobrażając sobie, czując, modląc się, wielbiąc. Odnajdujemy siebie, wychodząc poza obręb wąskiego „ja”, w ekstazie miłości, wiedzy, sztuki i modlitwy. Jeśli odnajdujemy siebie w kulturze negującej i dyskredytującej tego rodzaju aspekty samorealizacji, odcinamy się tym samym od głównego nurtu życia.

Jesteśmy nieustannie nazywani konsumentami, klientami, użytkownikami, odbiorcami, elementami rynku. Jeśli nadal będziemy redukowani do mechanizmu bodźca i odpowiedzi na bodziec, czym stanie się nasza tożsamość izolowana od całej reszty aspektów przebogatych realacji życia…

Niech „Dzień bez kupowania” stanie się jednym dniem w roku, w którym bierzemy głęboki oddech i cieszymy się życiem. Aby stać się uczestnikiem takiego wydarzenia trzeba tylko przestać być uczestnikiem tego co na co dzień. „Uczestniczenie poprzez nieuczestniczenie. To najprostsza forma spędzenia tego dnia. Nie kupuj nic i pomyśl o swoich codziennych przyzwyczajeniach. Poczuj się bezpiecznie. Poczytaj książkę, popracuj w ogródku i spotkaj się z przyjaciółmi, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekaz na cele dobroczynne.

– Jest ci dobrze? Z tym będzie ci jeszcze lepiej, nie zastanawiaj się, tylko strzel sobie w żyłę…

– Zalej robaka, stary. Jak sobie golniesz, to ci ulży…

– Zapal sobie, to się rozładujesz…

– Kochanie, jest ci źle? Masz tu pieniądze, idź do najdroższego sklepu i kup sobie piękną sukienkę…

Marta Lelek