Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/38-39 1997 Lipiec / sierpień 1997

Mój Czergow

Jacek Zachara

Pamiętam, że od czasu gdy jestem związany z Pracownią, to ciągle mówiło się w niej, przy różnych okazjach, o lasach czergowskich na Słowacji. Wszystko to za sprawą organizacji VLK (Wilk), a w szczególności jej lidera Jura Lukáča. Od wielu lat się znamy i chodzimy wspólnymi drogami, podejmując razem wiele działań dla przyrody. Kiedy kilka dni temu, w czerwcu br. przyjechaliśmy z Januszem ponownie w lasy czergowskie i szliśmy nocą, w deszczu do bazy na spotkanie z „Wilkami” nie wiedzieliśmy, że za nami szedł olbrzymi basior, którego trop odciśnięty w błocie na naszych śladach znalazł o świcie Juro. A co było wcześniej?

Cały czas myślałem o tym, aby zobaczyć te ciągle pojawiające w rozmowach, tajemnicze pasma górskie w których są „lasy jakich szukać ze świecą”.

Słowację przemierzyłem wzdłuż i wszerz. Jednak Czergow pozostawał miejscem, które nie przecinało długo moich szlaków. Choć podświadomie od dawna chciałem tam być i wędrowałem po nich w myślach.

Z lasem na Czergowie byłem związany od zawsze jakąś tajemniczą nicią. On był we mnie, pomimo, że tam nigdy nie byłem. Przez jakiś czas mojego życia wzrastaliśmy razem. Czułem to.

Wiele razy, gdy przejeżdżałem tuż obok, kusiło mnie, aby do niego wejść. Ale coś w środku szeptało „Nie, jeszcze nie teraz. Przyjdzie na to czas. Nie jesteś jeszcze gotów”. Trochę tak jak to ujął w jednym ze swoich wierszy Konstantinos Kavafis „[…] jeżeli masz wędrować do Itaki, życzyć sobie winieneś, by długa była wędrówka […], aby wiele było poranków, tych letnich i tych zimowych, gdy dotrzesz do swojej wyspy […]”. I tak mijały lata.

W kwietniu tego roku Juro prowadził część warsztatu dla strażników miejsc przyrodniczo cennych (projekt realizowany w Pracowni – red.) i podczas jego trwania powiedział, że organizacja VLK organizuje międzynarodową akcję mającą na celu wykup kawałka lasu czergowskiego.

Poczułem, że nadszedł moment, na który od dawna czekałem. Las, którego byłem, poprzez wspólne wzrastanie, cząstką, potrzebował pomocy.

Kilka tygodni później wysiadłem z autobusu we wsi Livov, w samym sercu Gór Czergowskich. Przybyłem tam po to, aby pobyć z lasem, do którego ciągle tęskniłem. Pobyć i pomóc mu. Moment, który na to wybrałem był szczególny zarówno dla niego, jak i dla mnie.

Jednak gdy wysiadłem z autobusu czar lasów czergowskich, pięknych i naturalnych, szybko minął. Bo oto przed sobą miałem zbocza pokryte, zamiast lasów, zrębami zupełnymi. Przeżyłem szok. Gdzie te piękne, naturalne, nigdzie nie spotykane lasy? pytałem siebie.

Niestety, gdy wyszedłem na grzbiet, widok był jeszcze bardziej przerażający. Gdzie nie spojrzeć, widać szerokie pasy zrębów zupełnych! Las wygolony do gleby. Całe zbocza! Gęste sieci dróg zbudowane do ściągania drewna przecinały zbocza w poprzek. Porozjeżdżane, z dużymi koleinami, wyglądały niczym dziury na księżycu. Ocalałe drzewa, pomiędzy pasami zrębów, czekały na swoją śmierć. Jedne od nadmiaru słońca, drugie od wiatru, trzecie od owadów, grzybów. Osłabione, nie są w stanie się bronić. Normalnie, niektóre z nich pewnie z tych samych powodów też się przewrócą. Dadzą życie innym roślinom czy zwierzętom. Koło życia i śmierci będzie się toczyć. Tu jednak ogrom zniszczeń porażał. Do wieczora snułem się po zboczach smutny i gniewny. Długo nie mogłem zasnąć. Nazajutrz rano chciałem stamtąd uciec.

Wszedłem na wierzchołek Minczola (najwyższy szczyt Czergowa) powoli, jakbym szedł w kondukcie żałobnym. Świst wiatru, który hulał między pojedynczymi drzewami wygrywał, jak mi się zdawało, marsz żałobny. Wspiąłem się na szczyt, aby pożegnać las, który był tak długo we mnie, a którego już tu nie było.

Nagle dostrzegłem, po raz pierwszy, nie wycięty las. A jednak nie wszystko wycięli. Trochę lżej się zrobiło na duszy, choć to, co widziałem do tej pory, na długo zapadnie w mej pamięci. Zacząłem iść w kierunku tej części mnie, która ocalała z barbarzyńskiego pogromu. Jesteśmy kalekami, nie mamy kilku narządów, ale mimo to ciągle Żyjemy!

Zapuszczałem się coraz głębiej w las, który ocalał. Chciałem mieć to wszystko co widziałem do tej pory za sobą. Chciałem o tym zapomnieć. Choć przez chwilę, bo nie da się tego wymazać z pamięci.

Poskręcane stare buki, o fantastycznych kształtach, tworzyły obraz jak z bajki. Leżące gdzieniegdzie drzewa zamieszkiwały niezliczone istoty, które tylko w nich mogą żyć. Cóż za ulga! Oto jestem wreszcie w lesie, do którego tak tęskniłem i długo wędrowałem.

Doszedłem do miejsca, które chce wykupić słowacka organizacja VLK Jest to jedno z najbardziej dzikich miejsc jakie tu widziałem. Wykup tego kawałka naturalnego lasu pozwoli utworzyć w przyszłości prywatny rezerwat, z którego nie będzie można wyciąć ani jednego drzewa.

To co widziałem wcześniej napawa mnie lękiem, czy zdąży się na czas z wykupem? Zadaję sobie pytanie, kto będzie szybszy, piły motorowe czy garstka ludzi, dla których ten las jest domem?

Jacek Zachara

PS. W DŻ nr 5/97 zamieściliśmy apel organizacji VLK o wykupywanie drzew na Czergowie. Jeśli ktoś z czytelników chciałby zostać właścicielem drzewa prosimy o wpłacanie 100 zł na konto Pracowni z zaznaczonym na blankiecie wpłat celem. Pieniądze te przekażemy organizacji VLK, a ofiarodawca otrzyma od Słowaków potwierdzenie zakupu drzewa – red.