Miesięcznik Dzikie Życie

6/60 1999 Czerwiec 1999

Różni? Oby! - zapisując marginesy "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza

Anna Nacher

„Mit był niegdyś współżyciem z różnymi formami życia. Jest nam obecnie niedostępny, ale trudno uwierzyć, że to doświadczenie wyczerpało się. Na pewno popularyzacja badań przyrodniczych nie daje nam tego, czego niedawno jeszcze od niej oczekiwaliśmy (...) Tam, gdzie jeszcze ludzie, chociaż bez pretensji współżyją z przyrodą, odnajdujemy niekiedy błyski, podobne doświadczeniom starożytnym”
Stanisław Vincenz „Podkład religii starogreckiej”



1.
Jest takie piękne życzenie, które po angielsku brzmi chyba prawie tak dobrze jak po polsku: „May all beings be happy!" - czyli „Oby wszystkie istoty były szczęśliwe”. Jest to, życzenie inne niż te, które na ogół składamy swoim bliskim. Ta forma zaklęcia nie odnosi się do nikogo szczególnie, a jednak ma w sobie uderzającą dawkę dobrych intencji. Wydaje się, że - pomyślane - może uzdrowić zwariowany świat, choćby tylko na moment. Choćby tylko na tyle, na ile sami byśmy tego uzdrowienia pragnęli (bo niewykluczone, że nikt i nic, nie potrzebuje uzdrowienia, a wszystko toczy się zwykłym sobie trybem). Wszystkie istoty - ta kategoria tak często budzi w naszych rodakach zdziwienie, niedowierzanie, podejrzenia (może dlatego, że w języku polskim to piękne słowo długo funkcjonowało najczęściej w związku frazeologicznym z „nie z tego świata” albo jako „istoty pozaziemskie”). Bardzo często mamy do czynienia z nadinterpretacją: wszystkie istoty, a więc istoty z wyłączeniem człowieka. Skąd takie nieporozumienie semantyczne? Wszak określenie „wszystkie istoty” nie wyklucza w swym zakresie znaczeniowym człowieka. Trudno powiedzieć. Sądzę jednak, że nie jest tutaj bez znaczenia światopogląd, w jakim nas wychowano i jakim karmiły nas szkolne lektury, podręczniki do historii i filozofie. Nasiąknęliśmy tak mocno tym, co przyjęło się uważać za „naszą” tradycję, że często słyszymy w głowie głos o innym brzmieniu niż nasz własny, odruchowy, bo będący wynikiem tresury. Długo by można wyliczać składniki takiego „odruchowego” oglądu rzeczywistości - jednak jego podstawową, Zasadniczą cechą jest wiara we własną przejrzystość (czyli założenie, że nasze poglądy są tzw. obiektywną rzeczywistością). Zaraz wyjaśnię, co oznacza dla mnie „przejrzystość”. W dzieciństwie nie raz przykładaliśmy do oka kawałek szkiełka - świat widziany przez nie okazywał się zupełnie inny od tego widzianego okiem nieuzbrojonym, zmieniał się też w zależności od koloru dostępnych szkiełek i ich kształtu. Pamiętam też z dzieciństwa moje prywatne, mocno wbudowane podejrzenie, że kiedy zamykam oczy, to świat w ogóle znika. Dopiero lata szkolne, odarły rzeczywistość z tajemnicy i przyniosły oczywiste ­wydawałoby się - odpowiedzi na pytania z czasu zabaw i eksperymentów dziecięcych.

Co z przejrzystością? Rolę takich szkiełek przejęły później teorie, poglądy, filozofie i - wbrew pozorom - wiedza. W trakcie naszego życia oglądamy świat przez niezliczoną ilość szkiełek, gubiąc po drodze świadomość, że to tylko kolejna przesłona. Co gorsza, ten nasz „tradycyjny”, najpowszechniej przyjęty światopogląd (oczywiście, że posługuję się tutaj wielkim uproszczeniem i generalizacją, chodzi. mi jednak - z grubsza rzecz ujmując - o światopogląd, w którym ludzie z założenia nie mogą być równi innym wytworom natury, a wszelkie różnice stanowią podstawę do mniej czy bardziej ukrytej dominacji, bo to, co różne od nas odbiera się jako wrogie) tylko wzmacnia to zapominanie wymagając „ugruntowanych” poglądów, jasnych zasad i sztywnych podziałów. I wiary, że to one właśnie stanowią rzeczywistość. Stopniowo nasze życie wewnętrzne jest zastępowane kategoriami, hierarchiami, granicami i przeraźliwie nudnym - choć bezpiecznym – poczuciem „wiem”. Taka praktyka ma rozmaite konsekwencje: naukowcy milcząco zakładają, że nauka „odkrywa” i „opisuje” rzeczywistość, wyznawcy religii przyjmują za rzeczywistość zbiór dogmatów, na poziomie codziennego życia budzimy się w świecie, gdzie wszelka „inność” jest napiętnowana. Ten stan rzeczy wzbudza także od czasu do czasu syndrom buntu: na biegunie przeciwnym lokuje się coś, co bywa nazywane relatywizmem (czyli, w wielkim uproszczeniu, postawą „wszystko jest względne, nie ma żadnych autorytetów ani żadnych prawd niewzruszonych poza nami”). Jedni egzorcyzmują drugich. Nie ma zrozumienia, nie ma kontaktu.

2.
Coraz częściej zdarza mi się szukać schronienia. Świat bywa skrajnie nieprzyjazny, narusza moją przestrzeń osobistą, to co dla mnie ważne, bliskie, z czym czuję związek. Sięgając po gazetę dowiaduję się, że nie mam do tego prawa, że to, co czuję, jest nieuprawnione, że nie ma żadnego uzasadnienia (najczęściej „racjonalnego”) ani podstaw. Brak telewizji chroni mnie od najgorszego - wrzaskliwej głupoty, którą elegancko można nazwać ignorancją. Niestety, między Uralem a Górami Skalistymi przepełnieni jesteśmy agresją, więc i ta ignorancja jest agresywna - wtedy właśnie nie pozostaje nic innego, jak nazwać ją głupotą. Powszechne jest dla niej przekonanie, że wszystko musi ustąpić miejsca nam, zdobywcom, królom życia. Tym, którzy mają rację. Filozofia TKM (Teraz Kurwa My) widoczna w reklamach sprzętu sportowego, wódki („Bols - czysta przyjemność”), kosmetyków, papierosów, czekolady i samochodów: „Doskonała jest tylko natura..i Audi quattro”. „Luksusową oprawę daje autu drewno. Ten naturalny materiał, kiedyś jeden z głównych budulców aut znów zyskuje popularność. Naturalnie w aucie tak luksusowym jak Lincoln nie ma mowy o drewnie, na przykład, sosnowym. Projektanci sięgnęli po czarnodrzew, rzadki gatunek hebanu pochodzący ze środkowej Afryki. Na pokrycie burt platformy towarowej zużyto kilkanaście metrów kwadratowych tego czarnego, delikatnie pożyłkowanego drewna”1. To jest zupełnie oczywiste. Ludzie muszą żyć. W zgodzie z naturą rzecz jasna. A ponieważ mamy „demokrację” - na końcu mogę sobie przeczytać: „Na razie Blackwood to tylko prototyp. Ale prawdopodobnie za dwa lata pojawi się w amerykańskich salonach. I zapewne będzie kosztować wystarczająco słono, by ekolodzy nie podnieśli krzyku, że z powodu wielkiej popularności tego pojazdu masowo wycina się drzewa w środkowej Afryce”2.

Wszystkie świnie są równe, ale niektóre są równiejsze. Żadnych wątpliwości: mamy, kurwa, prawo do luksusowego auta. Ekolodzy najwyżej „podniosą krzyk”. Ale oni i taki na przykład Ken Saro-Wiwa, też z Afryki, zawsze są po stronie tych, co z zasady nie mają racji. Nikt nie wątpi. Żadnych pytań. Szeregi równo zwarte.

3.
Dlaczego tak boimy się różnicy? Dlaczego odmienność tak łatwo i odruchowo kwalifikujemy jako sektę, dziwactwo, aberrację psychiczną, zakładając na wstępie, że to JA/MY mamy słuszność a nie TY/WY, że w ogóle ktoś musi mieć rację, wygrać, mieć przewagę? Dlaczego tak trudno jest rozmawiać, jeśli mówimy różnymi głosami? Nie chce się wierzyć, że to pokłosie tylko tych kilkudziesięciu powojennych lat. Są wygodnym wytłumaczeniem. Zbyt łatwym i zbyt oczywistym. I kryjącym tylko część prawdy. Zamiast dociekać przyczyn, może lepiej zwrócić się w zupełnie innym kierunku? Jeśli takie istnieją. Może zamiast twierdzić, lepiej jest wątpić? Przede wszystkim w to, co myśli się samemu. Takie wątpienie nie ma nic wspólnego z niewiarą w siebie, wiecznym wahaniem i niezdecydowaniem. To raczej niezgoda na uzurpację „oczywistych” rozwiązań. Czasem szukając innych kierunków, zrzucamy przy okazji zastarzałą skorupę nazywaną powszechnie tradycją, która nam samym jawi się osobiście jako coś wręcz odpychającego. Tak odpychającego, że naturalną pierwszą reakcją jest ucieczka i bunt. A jednak - później - bogatsi w nowe doświadczenia, odważniejsi, bardziej otwarci wracamy do tych miejsc, gdzie wyrośliśmy i widzimy wtedy coś innego. Zadajemy inne pytania, na które tym razem odpowiedzi się znajdują. Nie są to odpowiedzi uniwersalne, ale charakterystyczne właśnie dla mnie, dla ciebie, dla niego, dla niej w tym konkretnym miejscu i czasie, po takich, a nie innych doświadczeniach. Odnaleźliśmy w starym kurzu ruchliwej ulicy kolejne szkiełko, jak ciekawie wygląda znów świat! Być może za chwilę będzie wyglądał zupełnie inaczej. To nic, mamy jedyną i niepowtarzalną szansę życia właśnie tu i właśnie teraz.

4.
Poszukiwanie odległych odpowiedzi, kiedy leżą one tuż na wyciagnięcie ręki, a jedynie nasza ślepota nie pozwala ich dostrzec - to doświadczenie bardzo bliskie wielu z nas. Podróż jest też czasem dojrzewania i przemiany. Zna tę metaforę literatura - w prozie możemy nawet wyodrębnić Bildungsroman, czyli powieści o dojrzewaniu, gdzie głównym wątkiem jest podróż bohatera, której zawdzięcza on swoją przemianę. Nie wspominając już o tak literackich motywach jak wyprawa Argonautów po złote runo, podróż Odysa czy wędrówka bohatera „Boskiej komedii” Dantego. Bywają także podróże złowieszcze, jak podróże bohaterów Kafki: w „Procesie” czy „zamku”, bywają też groteskowe, jak Don Kichota z La Manczy.

Podróżuje też bohater „Barwinkowego wianka”, jednego z tomów cyklu „Na wysokiej połoninie” Stanisława Vincenza, pan Tytus. I chociaż jego wyjazd jest po części wymuszony udziałem w pojedynku, po którym musi kraj opuścić, to jednak wyjazd następuje w momencie, kiedy bohater wyraźnie szuka ucieczki: „W dojrzalszym nieco wieku, zwłaszcza gdy zmęczyły się marzenia i gdy uświadomił sobie brak prawdziwej aktywności [...] a przypomniał sobie, że ma lat trzydzieści z górą i nic jeszcze nie zrobił, nigdzie prawie nie był, popadał w rozpacz.”3 A jednak Tytus wraca. Bogatszy o nową świadomość: że odpowiedzi na dręczące go pytania szukał gdzieś, gdzie wcale nie mógł ich znaleźć. Że to on sam jest swoją odpowiedzią: „Na ścieżkach swych sam stawał się korzeniem szukającym w ciemni. I to mu przypominało dawne doświadczenia. (..) Jak gdyby był niegdyś jeleniem w puszczy (...) Albo dzieckiem pastuszym w szałasie zrodzonym.”4 W cykl jego podróży wpisane są setki innych podobnych literackich motywów. A jednak wciąż ta sama figura: pełnego koła, jakie zatacza człowiek poszukujący, ciągle wzrusza, wzruszają jego „powroty do domu”. I ten powrót jest konieczny, żeby - jak pisze Vincenz ­„przypomnieć sobie siebie samego”5.

5.
Zdaje się, że bardziej niż kiedykolwiek gwałtownie potrzebujemy przypomnieć sobie siebie samych. Między potrząsaniem szabelką, Polakiem-katolikiem (co nie odmawia jednak ani wypitki, ani bitki) i rojeniach o Wielkim Przedmurzu a nabożnym spojrzeniem skierowanym w stronę neonu McDonaldsa. Między nudą szkolnych podręczników i kolejnymi wersjami historii a pustymi gestami okolicznościowych akademii. Gdzie jesteśmy? A może ojczyzna bioregionów? Może historia literatury rodzimej to historia literatur bioregionów? Jak skomplikowane były dzieje Karpat: Huculszczyzna Stanisława Vincenza, dzisiaj ukraińska, niegdyś polska, jeszcze kiedyś niczyja - tak naprawdę zawsze należała do tych, którzy należeli też do niej: do Hucułów, Polaków, Ormian, Żydów... Tutaj Baal Szem Tow6 nauczał, że świat jest wielką księgą kryjącą w sobie niezwykłe tajemnice. Jeden z bohaterów Vincenza mówi: „Cały ten świat (...) to wielka księga. To pismo światowe pozakręcane. Bardzo ciężkie. A czasem umyślnie na wywrót napisane, aby coś przeciwnego wyczytał jaki taki ciekawski człeczyna. Bo ono dla świadomych tylko, dla tych, do których przyszło wezwanie niebieskie. Kwiaty i zioła o ziemi wypisują (...), wody o wnętrzu ziemi opowiadają, a także wypisują na skałach, na brzegach, na urwiskach i na dnie też. Ale czytaj tylko pilnie, wnikaj w to (...) I to tylko odczytasz, co w głowie twojej odpisane z księgi światowej i co w uszach twoich ze światowej gry pozbierane, tym możesz kierować, przemawiać, nie rozkazywać, lecz ciągnąć z głębi, dźwigać do góry”.7 Taka praktyka zdobywania wiedzy, poznawania świata jest projektem nauki, który hinduska ekofeministka, Vandana Shiva przeciwstawia „tradycyjnej” w naszym kręgu kulturowym wiedzy redukcjonistycznej, agresywnej i aroganckiej wobec natury, zorientowanej na „wydarcie tajemnic”, „ujarzmienie".8 Wiedza o świecie, o której mówi stary Hucuł, rodzi się z miłości, nie z chęci zawładnięcia naturą - obiektem badań.
Tutaj huculscy chłopi pieczętowali zgodę butynu9 symbolem starym, jak ludzka kultura między Tybetem a Karpatami: symbolem słonecznym, czyli swastyką o „odwrotnie” zakrzywionych ramionach.10 Tędy przechodzili wołoscy pasterze, których potomkami byli nasi dziadowie zamieszkujący doliny Beskidów. Nawet język był wysoce dyskusyjnym znakiem wspólnoty: bohaterowie Vincenzowskiej epopei mówią „co najmniej pięcioma językami”11. Stary Ormianin z „Barwinkowego wianka”, ­którego domostwo mieści się właściwie w gigantycznym ulu zwróconym wejściem na wschód „mówił po ormiańsku, po grecku, po turecku i po arabsku. Przyswoił sobie słowiańską gwarę, której podkładem było nie wiadomo co: język cerkiewny, bułgarski czy ruski? Migały w niej słowa ruskie, polskie, rosyjskie, bałkańskie.”12 A jednak wyraźnie ludzie są w tym świecie wspólnotą, choć nawet ich język jest trudno wyobrażalnym zbiorem niejednorodnych elementów. Jednoczył też pejzaż i jego melodia - dlatego pasterze karpaccy używali podobnych instrumentów, podobne dźwięki niosły się nad pradawną puszczą - czy to w Rumunii, czy to na Słowacji, czy w Polsce. Tak naprawdę te ostatnie nazwy to tylko narzędzia w rękach polityków. Karpaty są jedne, choć tak różne w swoich subtelnościach. Rumuński pisarz, krytyk literacki i filozof, Lucian Braga w bardzo interesującym szkicu „Przestrzeń pasterska”13 pisze: „W pieśni dźwięczy nie tyle pełny, konkretny pejzaż złożony z gleby i skał, wód i traw, lecz przede wszystkim przestrzeń sumaryczna, złożona z linii i akcentów poniekąd na kształt schematu, w każdym razie zaś wyrwana z przygodności dookolnej natury; przestrzeń, której człony połączone są organicznie, jak elementy kośćca, ale tylko w swej podstawowej strukturze statycznej i dynamicznej. Co konkretnie sprawia, że pewna przestrzeń może w ogóle rozbrzmieć w jakiejś pieśni? Naszym zdaniem odpowiedź może być tylko jedna: pewna przestrzeń dźwięczy w pieśni, bo w jakiejś formie gdzieś ­owszem, w najgłębszych duchowych warstwach pieśni ­istnieje.” Ludzka twórczość - słowo, dźwięk, obraz ­przynależy do natury podobnie jak nasze fizyczne ciało, uporczywie przypominające nam o tym podstawowym fakcie. Te związki są być może głębsze niż to sobie wyobrażamy lub niż chcemy być tego świadomi. Braga nazywa ten związek „matrycą przestrzenną”. Pisze: „Krajobraz staje się naczyniem dla duchowej pełni; wciela się weń - tak jak wiatr wydymający żagle okrętu - pewne odczucie losu. W tym ostatnim sensie pejzaż jest drugim obliczem człowieka”.14 I dlatego właśnie tak, jak występuje się w obronie ginących gatunków, w obronie dzikiej przyrody, tak samo warto zadać sobie pytanie o naszą tradycję. O naszą kulturę. Bo działania w obronie Ziemi bez zadawania pytań o kulturę zawsze będą tylko gaszeniem pożarów. Niestety, czas mamy taki, że gaszenie pożarów i przewartościowanie dotychczasowych hierarchii muszą iść ze sobą w parze. Broniąc karpackiej puszczy, nagiego szczytu, leśnych uroczysk - występujemy jednocześnie w obronie kultury autentycznej, bo... wystarczy spojrzeć na słowa Gary Snydera zamieszczone pod tytułem „Dzikie Życie”.

6.
Dzieło Stanisława Vincenza właściwie nie istnieje w szerokiej świadomości Polaków. A szkoda wielka. Nie tylko dlatego, że jest to przepiękny obraz życia w sprzężeniu z siłami Przyrody, z jej rytmami, ze zrozumieniem jej języka. Nie tylko dlatego, że Vincenz kreśli zaginiony świat - że jak sam napisał: „Pieśń ta wyrosła z ziarna, z posiewu Wierchowiny, która jest (...) ostatnią wyspą Atlantydy Słowiańskiej”15. I wreszcie nie tylko dlatego, że - jak pisze badacz jego twórczości, Włodzimierz Próchnicki – „Idylla Huculszczyzny zasadza się na związaniu świata kultury pasterskiej, chasydzkiej, ziemiańskiej z przestrzenią – bliższą ojczyzną, ograniczoną, samodzielną, przeciwstawioną obcym krainom, na życiu pokoleń, gdzie głównymi składnikami są narodziny, śmierć, małżeństwo, praca, jedzenie i picie, młodość i starość oraz ścisłe związanie bytu ludzi z żywiołem przyrody.”16 Jeanne Hersch tak pisze o dziele Vincenza: „Nie jest to dzieło naukowe ani folklor. (...) Coś w rodzaju epopei, niby to poddanej niezgrabności i powtarzaniom typowym dla ludowego gawędziarstwa (...) atakuje jakby od tyłu współczesną racjonalistyczną arogancję (...) zastępuje dowód ... - tajemnicą, pewność - pytaniem i odwraca wszystkie wartości (...)”17.

Proza Vincenza plecie się jak pasma („Na wysokiej połoninie” dzieli się zresztą na pasma właśnie) huculskiego dywanika, jak splątany kobierzec górskiej łąki. Cała jest świętem, nieustającą fetą na cześć różnicy. Wielogłosowym chórem karpackiego lasu. Polifonią ludzkich kultur, języków, religii i wyznań, idei i uczuć, wierzeń, baśni i mitów. Jest życiem w całej jego skomplikowanej, bolesnej urodzie. Dzięki temu Vincenz, pokazuje drogę - ten inny kierunek, który pozwala wierzyć, że uda się schronić przed monokulturą umysłu18. Vincenz nie tylko pisze o związkach z Naturą i bliższą ojczyzną - udało mu się osiągnąć coś więcej: jego praktyka pisarska w swoim wewnętrznym rytmie ma coś z uderzeń tętna karpackiej przyrody, która nie jest ani oszustwem sielanki, ani kłamstwem okrutnej natury. Jest życiem. A życie jest możliwe dzięki różnicom. W świecie, którego „Na wysokiej połoninie” jest emisariuszem, różnice są naturalnym przymiotem, podstawową cechą życia. W takim świecie nie ma miejsca na monokulturowe szaleństwa: wyimaginowane (lub prawdziwe) stosy, getta i kasty. I na zachłanne, aroganckie niszczenie innych form życia. Inny to znaczy ja. Inny to znaczy my. W takim świecie człowiek nie opuścił kręgu wszystkich istot i nie wyklucza się (na mocy własnej decyzji) z oszałamiającej różnorodności życia.

7.
Oczywiście, że potrzebujemy utopii. Potrzebujemy Arkadii ­choćby tylko po to, by odetchnąć w drodze. Jeśli sięgam po tomy Vincenza, to jednak nie po to, żeby wzdychać o utraconych rajach i nie po to, żeby uciekać w przeszłość. Sięgam po te cenne opowieści pytając tę oficjalną - zmienną w zależności od doraźnych potrzeb politycznych - tradycję o moje miejsce. O historię. O wspólnotę. I dlaczego większy związek czuję z namacalną wspólnotą ludzi, skał, ziemi, zwierząt i roślin Europy i Azji niż z ideologiczną zasłoną dymną Wielkiego Przedmurza, dążenia do Europy, wzrostu gospodarczego na poziomie 6, 5 czy 8 procent, niż z filozofią „tak, natura jest ważna, ale nasze potrzeby ważniejsze”. I te odpowiedzi znajduję. Nie uniwersalne, bo takich nie ma - to są odpowiedzi dla mnie tu, teraz, z tymi doświadczeniami, jakie dane mi było zgromadzić. I tylko w taką tradycję wierzę, tylko taką uznaję za swoją. A ona zachęca mnie do stawiania kolejnych pytań, aż wypali się przyzwyczajenie i nałóg umysłu, chcącego „wiedzieć”.

I zaczynam podejrzewać, że swoją tradycję muszę napisać jeszcze raz. Bo być może Kartezjusz, Bacon i General Motors to wcale nie mój krąg kulturowy.

Przejrzystość to oszustwo. To uzurpacja. To świat w trybie oznajmującym, podczas gdy tryb przypuszczający oferuje znacznie większe możliwości nawiązania kontaktu z Innym.

Oby wszystkie istoty były szczęśliwe. I rozmaite.

Anna Nacher

1 Gazeta Wyborcza. Magazyn" nr 6 (310) 12-13.02.1999, Andrzej Kublik „Klejnot z czarnodrzewu”.
2 j.w.
3 Stanisław Vincenz „Na wysokiej połoninie. Barwinkowy wianek. Epilog”, Warszawa 1983, str. 120.
4 Stanisław Vincenz: „Barwinkowy wianek” op. cit., str. 140.
5 Stanisław Vincenz: „Barwinkowy wianek” op.cit., str. 128.
6 Inicjator mistycznego prądu judaizmu zwanego chasydyzmem.
7 Stanisław Vincenz: „Na wysokiej połoninie. Prawda starowieku. Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny huculskiej” , Warszawa 1980, str. 158.
8 Vandana Shiva: “Staying Alive: Women, Ecology and Survival”, Delhi 1988 - zwłaszcza rozdział “Science, nature and gender” (“Modern science as patriarchy' s project”) str. 14 - 38.
9 Czyli spółki zawiązanej do wyrębu drewna.
10 Taka scena ma miejsce w księdze „zwada” (Stanisław Vincenz: „Na wysokiej połoninie. Nowe czasy. Księga pierwsza. Zwada”, Warszawa 1982).
11 Stanisław Vincenz: „Zwada” op.cit., str. 467.
12 Stanisław Vincenz: „Barwinkowy wianek” op.cit., str. 153.
13 Lucian Braga „Przestrzeń pasterska” [w:] „Literatura na świecie” 9/1998, str. 88.
14 j.w. str. 98.
15 Stanisław Vincenz: „Barwinkowy wianek”, str. 5 (Słowo wstępne).
16 Włodzimierz Próchnicki: „Człowiek i dialog. Na wysokiej połoninie Stanisława Vincenza”.
17 Jeanne Hersch: „O Stanisławie Vincenzie” [w:] Stanisław Vincenz „Po stronie dialogu” t.2, Warszawa 1983, s. 5.
18 Określenie zaczerpnięte z eseju Vandany Shivy.