Miesięcznik Dzikie Życie

4/58 1999 Kwiecień 1999

Suszka i Syneczek

Według ludowego przekazu wylewy rzek oraz zalewanie łąk i pó1 były dziełem utoplców. Te wodne demony, wabiąc urodą i miłym głosem, pokazując się w postaci młodego myśliwego lub wyfraczonego panicza (choć bywały też wyjątkowo szpetne i obrzydliwe), potrafiły wciągać ludzi w wodne czeluści. W mitologii śląskiej utoplce nie były tak groźne, jak w innych regionach kraju, ale potrafiły płatać złośliwe figle.


Dwie siostrzyce - Gostyń i Wisła od dawien dawna nie żyli ze sobą w zgodzie. Matka-natura obdarzyła je bowiem odmiennymi naturami. Ta pierwsza, zbierając skrzętnie polną i leśną wodę od Orzesza do Jedliny, niosła się jak śląska dziewczyna w dostojnym trojoku. Zawsze spokojna, powściągliwa, posłuszna. Nurt jej, wolno tocząc się w głębokim i pojemnym korycie, nigdy nie objawiał zniecierpliwienia i żądzy przygód. Wił się malowniczymi zakolami po szerokiej dolinie, częstując wodą liczne stawy, stawki, doły i moczydła.

Ta druga, rozkapryszona na beskidzkich stokach, zachłannie połykająca wodę z wielu górskich dopływów, rozpędzona, przypominała namiętną i pełną temperamentu dziewoję w szalonym krakowiaku. Wiosną, jesienią, a nierzadko i letnią porą bezsilna wobec żywiołu swych wód, gwałtowną falą uderzała w ujście siostry-Ślązaczki i wpychała w jej dolinę ogrom wody. Pola uprawne, sady, łąki, domostwa - ogarniał wówczas żywioł powodzi.

Gostyń przez długie wieki cierpliwie znosiła kaprysy siostry ­Wisły. Jej rozległa dolina była wylęgarnią ptactwa błotnego, dobrze rosły tutaj ryby i raki, żyły tu jak w raju miliony żab. A w nocy! W nocy z bagien, z trzęsawisk wyłaziły dziesiątki topielic i utoplców. Wyprawiały one z ludźmi przeróżne harce. Powodziły, figlowały, napędzały strachu.

W naszej okolicy znanych było sporo wodnych duszków. Po jajościańskiej stronie Gostyni był „suszka z Niesytowego mostku”, a po bojszowskiej – „syneczek”. Na Jajostach któregoś wieczoru gospodyni krzyknęła na służące, że świnia wyszła przez wrota i biegnie prosto do stawu. Dziywki pobiegły za nią z kijami. Znaleźli się i pachołcy - wspólnie chcieli świnię odpędzić od wody. Tymczasem ona „bulg” do wody. W sam środek najgłębszej głębi. Pachołcy już szykowali się do skoku w wodę, gdy dziewczęta krzyknęły:
- Suszka z Niesytowego mostku, uciekejcie...

Na starym spróchniałym mostku siedział chudy jak patyk, o szpetnej gębie chłop. Suszka był to figlarz nad figlarzami. Bardzo lubił „kąpać” tych, którzy znaleźli się wieczorną porą nad Gostynią. Czasem „powodził” po ciemnym lesie, po mokrych łąkach, czasem, a było to najczęściej w widne noce - taplał się w wodzie i „pyrskoł”. Na Mrzykowicach dobrze znali Suszkę. Nikt nie dał się zwieść jego żartom. Chłopcy nie wskoczyli. A gospodarz na wszelki wypadek przeliczył wieprze w chlewiku. Były wszystkie.

A syneczek? Z nim było tak. (...) Jakoś na jesień dolina Gostyni znów wypełniła się wodą. Babcia Engelka siedziała przy oknie. Nagle zauważyła, że jej wnuczek, z czerwoną czapeczką na głowie, biegnie do rozlewiska.
- Kaj lecisz... Stój!... - krzyknęła co sił.

Ale chłopczyk jakby nie słyszał. Biegł coraz prędzej. Stara kobieta nie mogła go dogonić. Zauważyła tytko, że „syneczek” wskoczył w toń i więcej nie wypłynął. Na powierzchni rozlewiska pływała jedynie czerwona czapeczka. Zrozpaczona babka wskoczyła do wody, aby dziecko wyciągnąć. Daremnie. O mało sama nie postradała życia. Na szczęście, zlecieli się ludzie, którzy pomogli starej kobiecie wydostać się z wody. Ociekająca, zziębnięta i zrozpaczona wróciła do chałupy. Jakież było jej zaskoczenie i radość jednocześnie, gdy zobaczyła wnuczka bawiącego się w izbie, jakby gdyby nic.

Dwie skłócone rzeki siostrzyce pogodzili ludzie. Narowistej Wiśle nałożono w Goczałkowicach kaganiec, a po dolinie Gostyni ryczy straszliwie kolejowy smok. „Suszka” wsadził „syneczka” do miecha i obaj wyruszyli w świat na parę wieków poniewierki: Wrócą, gdy ludzie zrobią w tych stronach to, co mają zrobić.

Opowieść pochodzi z książki „Duchy i duszki bojszowskie” zawierającej podania spisane w oryginalnym brzmieniu gwarowym przez Alojzego Łysko. Są dokumentem niezmiernie bogatej tradycji regionu bojszowskiego, która - jak pisze autor - z wolna umiera. Milknie pieśń ludowa, zatracają się doroczne zwyczaje i obrzędy, cichną usta, z których dawniej usłyszeć można było tyle mądrości. Pszczyński oddział PNRWI realizuje projekt bioregionalny mający na celu zachowanie kultury materialnej i duchowej tego regionu.