Miesięcznik Dzikie Życie

11/65 1999 Listopad 1999

Dzikie myśli pragmatyczne

Anna Nacher

Czasem miewam dzikie myśli

Szaloną karierę robi w ostatnich czasach w polityce pragmatyzm. W tym wypadku oznacza to mniej więcej to samo, co kompromis w ochronie przyrodyi - czyli jak zrobić tak, żeby nasze było na wierzchu. Ów pragmatyzm polega więc na konstruowaniu specjalnych technik i strategii urabiania opinii publicznej tak, żeby jej się wydawało, że kiedy tonie w kloace, to właściwie jest to wymarzony sposób spędzania wakacji.


Pragmatyzm tego rodzaju pustoszy mózgownice głównie niektórych publicystów w kolorowych magazynach tzw. polityczno-społecznych. Być może jest to dowód na powiększającą się dziurę ozonową (wypala szare komórki), coraz niższą zawartość powietrza w powietrzu, zwłaszcza w wielkich miastach (wiadomo, jak nieodwracalne zmiany w mózgu powoduje niedotlenienie...) oraz konsekwencje spożywania nadmiernej ilości wołowych bitek (przykre konsekwencje choroby szalonych krów). Pragmatyzm - który lepiej byłoby nazwać cynizmem - w stylu „jak zmusić tłum, żeby swobodnie pozwolił nam zagarniać kapitał” połączony jest najczęściej z taktyką udowadniania, że wartość ma tylko to, co wykreowane przez kulturę masową i co jest odbierane w miliardach egzemplarzy (czyli że większość sankcjonuje rację). Szczerze mówiąc, dane mi było ostatnio przeżyć coś w rodzaju doświadczenia granicznego. Kilka dni poważnej bardzo konferencji, gdzie sama technika jej prowadzenia już jest manipulacją. Gdzie rozmawia się w żargonie, którego przeciętny zjadacz chleba, nieobeznany z subtelnościami zarządzania i logistyki raczej nie jest w stanie zrozumieć. Problem polega na tym, że ten bardzo wyrafinowany żargon już wkrótce może stać się językiem obowiązującym nas wszystkich, a - niestety - jego nieznajomość będzie oznaczała poważne konsekwencje. Warto wiedzieć, że to, co dawniej nazywano „przekupstwem” teraz może się nazywać „zaspokajaniem potrzeb rzeczowych głównych aktorów konfliktu”, a jeśli operujesz nieco slangowym określeniem podpuszczanie, to wiedz, że obecnie można (czy raczej trzeba) nazywać tę znaną praktykę „działaniami  zmierzającymi do, ujawnienia głównych aktorów konfliktu.” Tego uczy cała sztuka (oczywiście przepisana z amerykańskich podręczników z czasów Reagana, a jak!) nosząca jakże miłą dla ucha nazwę „sztuki  prowadzenia negocjacji”, choć bardziej adekwatne byłoby tu określenie „sztuka forsowania pomysłów tego, kto nam zapłaci”. W ramach tej sztuki nie zadaje się tak staroświeckich pytań, jak te o sens budowania czy wprowadzania konkretnych inwestycji i nie podważa się miejsca ich lokalizacji - uczy się jedynie tego, jak przekonać do nich opinię publiczną (a zwłaszcza aktorów konfliktu, którzy ujawniają się po działaniach wstępnych. itp.). Techniki są różne - mniej czy bardziej wyrafinowane. Niestety (miły pan prelegent ze śladami porannego kaca przybiera lekko przepraszający ton za używanie słów niemodnych), w przypadku konfliktu wartości, mamy do czynienia z sytuacją nierozwiązywalną. W zasadzie. Bowiem można ten konflikt - tu pan prelegent z lubością odżywa – „zwekslować na konflikt interesów”. A wtedy wiadomo - jest szansa na „zaspokojenie potrzeb rzeczowych.”

I do tego właśnie służy ten pragmatyzm. Kiedy wszystko ma określoną cenę, łatwiej jest ”zwekslować”. Kiedy głównym problemem życia społecznego staje się technika negocjacji, a nie istotne racje - wtedy organizacje społeczne mają swoją dobrze napisaną rolę: przekonywać społeczeństwo i „prowadzić pracę u podstaw”. Bowiem tylko wtedy, kiedy społeczeństwo będzie mądrzejsze, lepiej wykształcone, lepiej uświadomione (itp. bzdury, którymi karmi się nas od lat)... tylko wtedy będzie można chronić przyrodę. Na przykład poprzez przekonanie Polaków, żeby płacili kilkakrotnie większe podatki, jeśli chcą zachować niepowtarzalny krajobraz polskiej wsi i jeśli uznają to za wartość (propozycja autentyczna z ust osoby, którą można by określić jako eurobiurokratkę z Brukseli - żeby było zabawniej z partii „ekologicznej”). Bo wszystko ma swoją cenę i pozostaje jedynie technika negocjacji pewnie dlatego tak poważną część tej machiny stanowią media. Ponad ową techniką stoją koncerny zmuszające, ludzi do kupowania ziaren genetycznie zmodyfikowanych roślin, ponad nią stoi przemysł biotechnologiczny, ponad nią stoją międzynarodowe instytucje finansowe.

Przemyślcie sobie, zanim zostaniecie „aktorami konfliktu”, czy warto opowiadać publicznie o zamierzeniach waszej kampanii i opisywać ją w najdrobniejszych detalach. To propozycja jak najbardziej pragmatyczna.

Anna Nacher

i Patrz kilka artykułów na ten temat w "Dzikim Życiu" ostatnio i wcześniej.