Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/61-62 1999 Lipiec / sierpień 1999

Bioregion, jakich niewiele

Jacek Zachara

Droga pnie się w górę. Pośrodku ma dwa ślady z wystającą kępą wysokiej, miejscami trochę położonej trawy. Trochę już zżółkłej. Jesień pojawia się również na drzewach. Tam jest więcej kolorów. Może jeszcze nie orgia barw, ale już przykuwa wzrok. Droga ma wiele zakrętów. Robo pokazuje miejsce, w którym niedawno myśliwy zabił jego psa. Taki mały kundel - pokazuje ręka niewielką wysokość od ziemi, pochylając się. Zmienia szybko temat. Chyba nie chce o tym rozmawiać.

Wychodzimy na odkryty grzbiet. W dole widać rozrzucone po zboczach i rozległej dolinie przysiółki, po kilka domów każdy. To Zajeżowa. Wioska, jakich wiele na Słowacji. Jak się później przekonam, ma w sobie jednak coś wyjątkowego.

Robo, dwudziestokilkuletni chłopak, odrabia tu wojsko. Vojnu - jak mówi. Jakimś cudem jeszcze zdążył. Mecziar ograniczył możliwość odbywania zastępczej służby wojskowej. Tylko organizacje, które są mu podporządkowane, mogą przyjmować tych, co nie chcą iść do armady. Jest to jedna z niewielu niedogodności, jakie odczuwają mieszkańcy osady Sekier. Żyją trochę jakby w innym świecie. Swoim świecie. Stworzonym przez siebie.


Szedłem z Robo kilka lat temu. To był mój pierwszy pobyt w tej wiosce w górach Jaworskich. Robo już dawno odrobił swoją zastępczą służbę wojskową. Po nim i przed nim było wielu innych. Ale nie jest to na pewno główny powód, dla którego wiele osób decyduje się tu zamieszkać.

Przed domem na Sekierze porozrzucane stare meble, sprzęty domowe, świąteczne ubrania miejscowych górali: I wielka kupa śmieci. Niektóre pamiętają jeszcze czasy królestwa węgierskiego, w ramach którego przez wieki Słowacja funkcjonowała jako Północne Węgry. Dom został niedawno kupiony przez Wspólnotę na rzecz harmonijnego życia (Pospolitost pre harmonicky zivot). Jak na nowych gospodarzy przystało, robią generalne porządki. Ale bardzo się zdziwiłem widząc, że wszystkie rzeczy - zamiast zostać wyrzucone - są starannie sztuka po sztuce oglądane i odkładane na niezliczoną: ilość mniejszych kupek. Gwoździe ­to rozumiem. Stare ludowe ubrania, sprzęty - mają wartość etnograficzną. Ale nie mogłem zrozumieć dlaczego poskręcane żelastwo, stare babcine tabletki, mydło i powidło oraz wiele innych dziwnych rzeczy jest starannie segregowanych? Igor, lider wspólnoty, zaczął mi opowiadać o projekcie Czysta kraina . Chodzą po wsi i zbierają od ludzi śmieci. Po rowach (a i w lesie) jest ich również sporo. Przy okazji mówią, dlaczego warto je segregować i najważniejsze, skąd się biorą. Zmuszają tym samym do zastanawiania się nad problemem nadkonsumpcji. Ogrom różnokształtnych i wielobarwnych śmiesznych kupek dziwił mnie już mniej. Ale konsekwencja w ich segregowaniu - bardziej. Złośliwi mówią, że to pewnie z nudów, ale chyba mało w tym prawdy.

Za chatą słychać miarowe uderzenia siekiery o drzewo. Zaciekawiony idę za dźwiękiem. Za rogiem, lekko rudy chłopak, w do niemożliwości połatanych spodniach jak oryginalny patchwork, odrąbuje po kawałku szczapy drewna. Nie jest na pewno robotem, ale jego praca przypomina zautomatyzowane ruchy. Co do automatyki, to bardzo się nie pomyliłem, bo Vlado, który z taką precyzją obrabia drewno, jest z zawodu informatykiem. Jednak od wielu lat niepraktykującym. To dziwne, ale większość zamieszkałych tu osób skończyło studia techniczne, głównie informatyczne lub związane z elektryką, a teraz żyją jak wieśniacy.

Vlado, w przeciwieństwie do Igora, mówi mało. Wystarczająco jednak, by zrozumieć sugestie, jakie mi daje, gdy chcę zrobić łyżkę z drewna. Za to jestem mu wdzięczny, bo nie miałem ochoty gadać, a tylko skupić się na tym, co robię. Czuję się w jego obecności bardzo dobrze. Chyba nawiązaliśmy jakąś nić niewerba1nego porozumienia. Mnie, po długiej mozolnej pracy, wyszedł spod ręki oryginalny kawałek drewna, który właściwie mam zamiar włożyć do pieca. Vlado natomiast zrobił piękne dębowe koryto. Nie ukrywam, bardzo mu zazdroszczę.

Lasy wokół Zajeżowej były przez wieki mocno eksploatowane. Kilkakrotnie dokonywano tu zrębów zupełnych. Bańska Bystrzyca, Bańska Sztiawnica - centra okręgu wydobywczego różnych surowców mineralnych, głównie rud żelaza, potrzebowały surowca drzewnego. I tym sposobem zmieniono skład gatunkowy drzew. Podobnie, jak w naszej części Karpat Zachodnich czy Sudetów.

Nazwa góry Jaworze sugeruje, że występował tu w obfitości jeden gatunek drzew. Teraz jednak trudno znaleźć analogie do nazwy gór. Lasy są wybitnie gospodarcze, choć miejscami można spotkać naturalne. Czasem pojawiają się dęby burgundzkie, które mają tutaj najda1ej na północ wysuniętą granicę występowania. Lepiej się czują w cieplejszych rejonach południowych pogórzy i nizin.

Wszystkich tu ogarnęła mania chłopska. Chodzą w połatanych, starych rzeczach. Tak samo w polu, jak i w domu. Szczytem mody jest zwykły, regionalny biały strój płócienny. Jedzą bardzo prymitywne, najczęściej surowe pożywienie. Kiedyś, gdy ton nadawali wegetarianie, było to głównie pożywienie bezmięsne. Teraz coraz częściej widać na stole mięso. Również niewyszukane. Słonina, boczek, mięso koźle. Gospodarze niechętnie patrzą na przywiezione przez uczestników organizowanych przez nich warsztatów pożywienie starannie zapakowane lub nadmiernie przetworzone. Jest to jednak łagodna forma niechęci, raczej starają się sami tego nie jeść, zamiast moralizować - dając przykład. Gdy widzę, jak Kajo macza chleb woleju i wkłada do ust ociekającą tłuszczem kromkę, zbiera mnie na wymioty. Spróbuj - mówi do mnie. Jakoś w pierwszej chwili nie mam ochoty, ale później widząc, że wiele osób robi tak samo, moja ciekawość jest silniejsza. Bardzo zdziwiony stwierdzam, że to jest dobre. To olej tłoczony na zimno ­informuje Mirka. Ma niesamowity smak słonecznika, taki zwielokrotniony.

Od kilku lat, po długim okresie nieużytkowania, miejscowe pola zamieniają się w żyzne, dające obfity plon. Jeszcze nie tak dawno moi znajomi, z którymi odwiedziłem Zajeżową, śmiali się z tutejszych metod uprawy. Wtedy marchewki nie były większe od najmniejszego palca. Stosuje się tutaj bardziej wyrafinowaną metodę od zazwyczaj stosowanej w gospodarstwach alternatywnych - permakultury. Rozpowszechnił ją japończyk Fukuoka. Sadzi się i sieje rośliny w odpowiednim porządku względem siebie, tak, aby jedna roślina wspomagała drugą. Ugory przygotowuje się pod uprawę zagłuszając uprawiane pole grubą warstwą siana, słomy i innych materiałów organicznych. Trudno powiedzieć, która z metod jest lepsza, mnie w każdym razie zaimponowała ta ostatnia, bowiem jesienią zeszłego roku widziałem ogromne dynie, rzodkiewki, ziemniaki i jak przedramię wielkie marchewki. Nie sądzę, znając ortodoksyjne podejście gospodarzy, żeby te warzywa urosły na chemicznym nawozie.

Pole uprawiane jest dzięki pomocy dwóch koni, którymi opiekuje się Sziszo. Kiedyś studiował górnictwo, ale rzucił studia i osiadł na wsi stając się rolnikiem. Do perfekcji opanował zwyczaje panujące u chłopów. Czasem do przesady, co niejednokrotnie wypominają mu niektóre dziewczęta, gdy popierduje przy spożywaniu posiłku przy jednym stole. Mówią mu, żeby poszedł do swoich koni i z nimi rozmawiał tym językiem.

Niedaleko Zwolenia we wsi Slatinka ludzie od wojny nie mogą budować nowych i remontować starych domów, bo zaplanowano tu zaporę wodną. Na całej Słowacji zaplanowano kiedyś budowę ponad 100 zapór wodnych. Nikt nie wie po co. Jedynie lobby hydrotechniczne jest z tego zadowolone. Ludzie z Zajeżowej wspomagają mieszkańców i założyli Stowarzyszenie Slatinka, które ma na celu ratowanie meandrów pobliskiej rzeki, no i samych ludzi. We wsi trudno spotkać młodych mieszkańców. Bez perspektyw, po likwidacji linii autobusowej, sklepu, możliwości konserwacji budynków uciekają z tego miejsca, byle dalej. Tylko starzy nie mają gdzie pójść. I wykruszają się jak nieremontowane domy.

To jedna z kampanii, które prowadzą Zajeżowianie poza samą uprawą roli. Angażują się w wiele działań dla obrony przyrody, głównie wspomagając Stowarzyszenie na rzecz ochrony lasów Vlk: z Preszowa. Nie obca im jest i nasza przyroda, czego dali przykład wspomagając blokadę wyciągu na Pilsku. Ostatnio Mirec, z zawodu elektryk, siedział przez kilka tygodni na drzewie w pobliskiej Polianie, aby zapobiec zrębom zupełnym. Oprócz zaangażowania w tak radykalną aktywność, uczestniczy w życiu miejscowej społeczności w bardziej akceptowanej ogólnie formie. Podczas ostatnich wyborów był mężem zaufania mniejszości węgierskiej w jednej z komisji wyborczych. Choć sam nie jest Węgrem, ani nie ma żadnych powiązań z tym krajem, zdecydował się wspomóc tę mniejszość. W przyszłości zamierza wspomagać biednych ludzi z krajów Trzeciego Świata. Skontaktował się z jedną z organizacji charytatywnych i wyjeżdża na szkolenie do Szwecji.

Medio, nauczyciel z Bańskiej Bystrzycy, prowadzi zajęcia z garncarstwa. Ale tylko wtedy, gdy na dworze jest już ciepło, bo przy obróbce na kole garncarskim ręce mogą cierpnąć. W osadzie Polomy zbudowano piec do wypalania wyrobów z gliny. Mały, ale zgodnie ze starą sztuką garncarską. Dzięki niemu powstało wiele naczyń kuchennych używanych w głównym domu na Sekierze.

Oprócz koni w gospodarstwie pojawia się coraz więcej innych zwierząt. Kury się nie utrzymały, bo padły ofiarą lisa i jastrzębia. Szczególnie dba się tutaj o kozy, bo dają mleko; z którego powstaje wiele produktów. Ania, która zdecydowała się tu zamieszkać na stałe, uczyła się doić od ciotki Zuzy. Ciotka mieszka niedaleko i bardzo się z nią wszyscy zżyli. Kiedy przechodzi się obok jej domu, to zawsze zaprasza na dobre ciasto.

Co jakiś czas w chacie rozbrzmiewa muzyka i dudni podłoga od skocznych tańców. Kiedyś przygrywały tutaj na ludową nutę dziewczęta z Czech. Dwie pary skrzypiec, kontrabas, no i piękny śpiew. Dziewczyny długo nie pośpiewały razem. Dankę poślubił Robo i wyjechali daleko do Karlowych Warów, z Zuzką mieszka Vlado, a Werka krąży między Zajeżową a Czechami.

Przez lata nauczyłem się wielu rzemiosł, w namiastce oczywiście, bo żeby poznać coś dokładnie trzeba wiele pracy. Nigdy wcześniej nie umiałem robić łyżki, drewnianej czy też glinianej miski, pleść koszy wiklinowych i tworzyć wielu innych Przedmiotów. Dopiero tutaj miałem taką okazję. Część z tych rzeczy używam na co dzień w domu. I choć nie wyparły innych, sklepowych, to są czymś szczególnym. To już nie są takie zwykłe przedmioty. W czasie ich wyrobu nauczyłem się wiele. Najbardziej szacunku do prostego, nie skomplikowanego życia i dlatego uwierzyłem, że jeśli tylko będę chciał, to mogę się obyć bez wielu rzeczy kupionych w sklepie. Że w zasadzie to, czy uzależnimy się od systemu, w którym żyjemy, zależy tylko od nas. Hipermarket, TV, szybkie samochody, wzrost gospodarczy za wszelką cenę nie będzie nas dotyczył, dopóki sami tego nie będziemy chcieli. Ostateczny wybór zależy od nas.

Z niecierpliwością czekam na dokończenie zajeżowskiej kuźni. Kowalem pewnie nie zostanę, ale zadowolę się małym dłutem, którym w zimowe wieczory będę mógł zrobić sobie łyżkę.

Jacek Zachara