Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/61-62 1999 Lipiec / sierpień 1999

Święto zmarłych jodeł

Juraj Lukáč

Rąbać na groby, co się da!

To była taka zwykła jodła ze wschodniej Słowacji. Narodziła się w roku 1670, w czasie, kiedy w jej okolicy (wschodniosłowackie rubieże Austro-Węgier) wybuchło powstanie szlacheckie. Małe, lekkie jodłowe nasionko wiatr zabrał daleko od matczynego drzewa - wpadło w głęboki mech na gnijącym pniu olbrzymiej jodły, która rosła na Czergowie dokładnie od śmierci kniazia Świętopełka w roku 894. W roku 1494, dwa lata od odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba, sześćsetletnią istotę wywrócił wiatr. Sto siedemdziesiąt lat w wilgotnej puszczy wystarczyło, żeby rozłożyć pień, który w roku 1670 stał się glebą dla nowej jodły. W czasie kiedy panował Tokoly, obrany przez tureckich sułtanów królem Węgier, pokonany pod Preszowem, mała czternastoletnia jodła oglądała świat ze swojej półmetrowej wysokości. Była tak niska, ponieważ prastary buk wraz z wielkim jesionem zasłaniały jej życiodajne promienie Słońca. Kiedy w 1713 roku w Liptowskim Mikulaszu wykonywano wyrok śmierci na Juraju Janosiku, spadający buk, zaatakowany od środka grzybami, mrówkami i rozkołysany przez dzięcioły, zabrał ze sobą jeszcze całkiem zdrowego jesiona.


Pojawił się okrąg nieba nad jodłą i zaczęła bardzo szybko przybierać na objętości i wysokości. W 1785 roku, kiedy Józef II zniósł na Węgrzech przywiązanie chłopów do ziemi, stupięćdziesięcioletnia jodła osiągnęła wysokość 40 metrów i obwód w pierśnicy 114 centymetrów.

Reforma Bachova, która podzieliła Węgry na 5 dystryktów i 45 żup, zastała stuosiemdziesięcioletnią jodłę w pełni sił i okazałości. Wystawała nad jodłowo-bukowym czergowskim lasem. W okolicy zaczęli się pojawiać pierwsi węglarze z pobliskich wsi: Majdan i Olejników, którzy na szczęście interesowali się tylko postawnym bukiem.

Kiedy władza pierwszej Republiki Czechosłowackiej postanowiła 20 maja 1938 roku powołać pod broń jeden rocznik obywateli do oddziałów technicznych i specjalnych, jodłę nieoczekiwanie okrył śnieg. Majowe ochłodzenie nie mogło jednak jej - jeszcze silnej i tęgiej ­zbytnio nadwyrężyć.

Przez kolejne sześćdziesiąt lat skrywała pod swoim gęstym igliwiem pasterskie jałówki i wilczątka, które przypadkowo chroniły się tu przed łowieckim prześladowaniem. Zdołała się oprzeć płonącemu stosowi kilku dziesiątków kubików drewna, kiedy niedaleko zaspał nieuważny węglarz z Majdanu i nie zasypał bukowych szczap gliną. Czasy powoli się zmieniały. W okolicznych lasach pojawiało się coraz więcej ludzi. Nie interesowały ich kwiaty, motyle, woda, trawa czy strumyki. Przychodzili po drzewo. Nasza jodła widziała śmierć setek swoich krewnych, którzy mieli tego pecha, że rośli zbyt blisko dróg czy miejsc zwózek, tak ważnych, według człowieka, dla „rozwoju” lasu. Ona sama przeżyła dlatego, że rosła na trudno dostępnym, stromym grzbiecie. Niestety, do krainy między Morawą a Cisą zawitała nowa moda ­zdobienie grobów świeżą, zdrową jedliną. Być może w ludzkiej podświadomości kryje się potrzeba zabijania wszystkich istot, bez względu na potrzeby życiowe. I tak po podrzynaniu owiec oraz zabijaniu chłopów pańszczyźnianych wymyślono na Słowacji wycinanie jodeł. Ot tak, dla kawałka żywej, jodłowej gałązki, która po dwóch tygodniach i tak znajdzie się na śmietnisku za cmentarzem. Zabijanie żywego po to, by wspomnieć zmarłych. Hipokryzja dwudziestego wieku.

Nasza jodła nie spodziewała się tego Wszystkiego.

Ze zdziwieniem obserwowała, kiedy do jej ciała wdarła się Husquarna z dobrze naostrzonym i nasmarowanym ostrzem. Przez chwilę jeszcze widziała pijanych drwali w pomarańczowych kombinezonach. Potem z wielkim hukiem spadła na ziemię. Jej konary - teraz w kształcie wieńców - kupili w Preszowie i Koszycach elegancko ubrani ludzie. 20 listopada 1998 roku cała stara jodła znalazła się ostatecznie na śmietniskach wschodniej Słowacji.

Chociaż przeżyła reformy cesarskie, powstania chłopskie, pierwszą i drugą wojnę światową, była to taka zwykła, wschodniosłowacka jodła. W jej obrośnięte mchem ciało nigdy już nie wpadnie jodłowe nasionko, jak to przytrafiło się jej samej przed 327 latami. Teraz pozostała po niej tylko bruzda w zboczu.

Czy ktoś potrzebuje teraz nasion jodły, podczas gdy porządna jedlina wyrośnie z nich za setki lat?

Rąbać na groby, co się da!

Chrześcijańskie święto Wszystkich świętych albo Święto zmarłych ma swój początek w starym celtyckim święcie „Samhain”. Samhain (śmierć ciała) oznaczał dla naszych przodków początek nowego roku. Jeśli dziwi was, że początek roku zaczynał się l listopada, musicie sobie uświadomić, że Celtowie byli rolnikami i dla nich żniwa zaczynały się sianiem ozimin, czyli obdarowaniem zaczątkiem życia gleby śpiących jeszcze pól.

Papież Grzegorz III w ósmym wieku ustalił święto Wszystkich Świętych na 1 listopada, stąd późniejsze Święto zmarłych. Zaduszki, które przypadają na 2 listopada. Na Słowacji w zaduszkową noc zostawiano na stole chleb lub inne potrawy. Ludzie chcieli w ten sposób uczcić zmarłych, którzy mieli w tym czasie przychodzić do domu. Nasi przodkowie dekorowali grób matami i zapalali świeczki. Kto nie mógł iść na cmentarz, zapalał w domu dla każdego zmarłego z rodziny po jednej świeczce. Ani Celtowie, ani Słowianie na Samhain czy Zaduszki nie zabijali żywych drzew. Ten przywilej przysługuje tylko naszej cywilizacji dwudziestego stulecia. Cywilizacji hipokryzji.

Juraj Lukač
Tłum. na podst. Sedma generace Jacek Zachara