Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/73-74 2000 Lipiec / sierpień 2000

Drapieżcy

Lech M. Jakób

LIPIEC
7.
Bolesna potyczka z wirującą przynętą dawno zdążyła pójść w zapomnienie. Utracił wówczas sporo zębów. Ale powoli odrastały nowe, łącznie z najbardziej przetrzebionymi kłami żuchwy. Niebawem i ta niedogodność miała minąć.
Obecnie uwagę szczupaka przykuwało co innego. Poprzedniej nocy znalazł schronienie na wypłyceniu przy wyspie, pod konarami częściowo zatopionego drzewa. Ten rodzaj kryjówki najbardziej mu odpowiadał. Jednak poczucie bezpieczeństwa nie trwało długo. Może kilka godzin. Z których ostatnia zaznaczyła się dosyć wyraźnym spadkiem ciśnienia, rosnącą ciemnością i falowaniem powierzchni. Potem bez jakiegokolwiek ostrzeżenia nastąpił wstrząs.
Wytrącony z letargu drapieżnik odskoczył kilkanaście metrów i zawisł w toni, obróciwszy się przodem ku wyspie. Gdyż to nad nią błysnęło, stamtąd pochodziło drgnienie dna. Niezwykłe i deprymujące. Jak towarzyszący temu hałas.
Podobnie zareagowały inne ryby. Szeroki pas płycizn wokół wyspy opustoszał w ułamkach sekund. Umknęły też kaczki przeczekujące burzę po zawietrznej stronie wypłycenia. Minęło sporo czasu nim uciekinierzy na powrót zajęli swoje stanowiska. I to nie wszyscy. Bowiem skutecznie odstraszał, głównie ptaki, trawiący wyspę pożar.
Chmury pierzchały, jaśniało. Szczupak nieufnie obserwował bladożółte płomienie. Ich widziany od dołu obraz, dodatkowo zniekształcony rozkołysaniem powierzchni wody, tyle niepokoił, co przyciągał jego uwagę. W przeszłości także zdarzały się nawałnice z wyładowaniami. Lecz nigdy dotąd piorun nie uderzył równie blisko i nigdy nie widział ognia.
Wreszcie ruszył z miejsca. Nie ku płyciźnie, a wzdłuż krawędzi stoku. Ostrożność przeważyła.
Trochę dalej z rzadka porośnięty ramienicami stok przechodził w łagodne i piaszczyste zbocze. Drapieżnik zignorował spłoszonego jazgarza, który nieomal otarł się o jego pysk. Odpuścił też pobliskiemu stadku płoci. Silniejszy od głodu wciąż był niepokój.
Wkrótce znalazł zaciszne miejsce. Pośród muld wypełnionych moczarką. Zapadł między rośliny, ustawiając się tak, by nie tracić z pola widzenia okolic wyspy. Lecz i tu po kilku minutach chwycił drapieżcę lek. Tym razem nowy. Wywołany obecnością orła, niebezpiecznie nisko krążącego nad wodą. Bielik to przybliżał się, to oddalał, raz po raz muskając cieniem kryjówkę szczupaka.
Docierało tam również nawoływanie, co prawda wytłumione blisko dwumetrowym przedziałem wody, jednak w swej natarczywości wciąż mocniej zniechęcające.
I chyba tego szczupakowi było za wiele. Po kolejnym nawrocie birkuta opuścił muldy. Pierw kierując się w głąb stoku, potem na północ, byle dalej.
Płynął miarowym tempem, korygowany napotykanymi zmianami temperatury. Miniona burza przekotłowała jezioro. Silniej nagrzane przypowierzchniowe warstwy wody zmieszały się z chłodniejszymi niżej, tworząc w głębi nieprzyjemne dla wędrującego bariery termiczne. Starał się więc trzymać korytarzy o wyrównanej ciepłocie.
Przecięcie plosa zabrało sporo czasu. Wahał się nawet w pewnej chwili czy nie zawrócić, zdezorientowany bezmiarami mijanych stref. Do kontynuowania wędrówki przekonały dopiero intensywniejsze dźwięki biegnące od północnego wschodu. Bez wątpienia zwiastun oczekiwanej płycizny lub brzegu.
Tak też było. Niebawem wniknął w rozkołysane pole rdestnic, porastających wolno wznoszący się stok ławicy. Z tyłu przemknęła gromada stynek. Wśród wynurzonych wierzchołków roślin buszowały słonecznice i ukleje. Widział refleksy ich srebrzystobiałych boków, gdy w pogoni za owadami wyskakiwały nad powierzchnię. Gdzieś z przodu, od wypłycenia, niósł hałas żerujących grążyc. Znajome odgłosy działały kojąco. Jednak pozostać tu nie mógł. Podstawę stoku obmywał za zimny nurt. W poszukiwaniu lepszego miejsca odpoczynku ruszył dalej.
Krawędź ławicy wiodła ku zachodowi. Skorzystał z tego, przemykając równolegle do zbocza, tuż nad dnem. I wkrótce kryjówka objawiła się sama. W prostopadłym wąwozie. Może płytkim i pozbawionym roślinności, za to usianym sporymi głazami.
Niestety, upatrzone stanowisko zasiedlał już inny szczupak. Przybysz naparł zdecydowanie. Demonstracja siły zrobiła swoje. Miejscowy drapieżca czmychnął, ustępując pola masywniejszemu przeciwnikowi.
Zwycięzca krótkiej potyczki powoli wpłynął w szczelinę między dwoma głazami. Dzięki takiemu ustawieniu, sam będąc niewidoczny, kontrolował obszar u wylotu kamiennej gardzieli. Wszystko sprzyjało dłuższemu postojowi - i ukształtowanie terenu, i stabilna temperatura, i niczym nie zakłócony spokój okolicy.
Dłuższa wędrówka i ostatnie wydarzenia dały się mu we znaki. Ale równowagę odzyskał dosyć szybko. Razem z nią wróciło uczucie głodu. Baczniej począł wypatrywać potencjalnych ofiar.
Szarzało, gdy pojawiła się okazja łowu. Nieco wcześniej grasowały w pobliżu okonie. Z łatwością mógł dopaść przynajmniej jednego z nich. I może byłoby tak się stało, gdyby nie atrakcyjniejsza pokusa. W postaci gromady ryb większych. Przemieszczały się wolno od góry ku głębinie. Wzdłuż stoku, niedaleko czatowni. Leszcze z towarzyszącymi im krąpiami.
Duże i wygarbione leszcze nie interesowały go. Nie mógłby ich przełknąć - za spory jednorazowy kąsek. Lecz błąkające się na obrzeżu gromady krąpie stanowiły cel w sam raz. Przynajmniej tak podpowiadał mu instynkt. Podniecony szansą udanego ataku przyspieszył oddech; nieznacznie również rozchylił pysk.
Napadnięty krąp nawet nie zdążył zorientować się w sytuacji. Szczupak, rozpędzony dynamicznym startem, jakiś czas płynął jeszcze z pochwyconą rybą. Nie chybił, uderzając szybko i precyzyjnie. Szamotanina ofiary gasła. Mocniej zacisnął zęby. Wreszcie przestała się poruszać i obrócona z pomocą języka zniknęła głową naprzód w przełyku drapieżcy.
Na powrót zajął miejsce w kamiennej kryjówce. Gwałtowny wypad rozproszył resztę gromady, ale nie miało to teraz większego znaczenia. Zasycony właśnie żołądek powoli się uspokajał.
Resztki światła stopniowo zniknęły. Równomiernie rozlany podwodny mrok zdawał się obiecywać ciszę i ukojenie. Tylko zdawał. Bowiem, choć część mieszkańców jeziora aktywna za dnia łaknęła odpoczynku, ruszyli na żer wyżej ceniący sobie noc.
Mimo wszystko rejonu szczupaczego stanowiska nie zakłócał większy ruch. Jedynie raz przed północą od strony płycizn dotarł hałas. Coś wypłoszyło zgromadzony tam narybek.
Wczesnym rankiem sytuacja się powtórzyła. Wyraźnie polował u góry jakiś drapieżnik. Większy i zachowujący się dosyć dziwnie. Linie boczne szczupaka nie dawały pełnego obrazu. Zaintrygowany samotnik opuścił kryjówkę, powoli przesuwając się wąwozem ku płyciźnie.
W końcu ujrzał przyczynę zamieszania. Na wypłyceniu, w pasie oczeretów, grasowała wydra. Dotąd mu obca. Może budząca odrobinę respektu okazałymi rozmiarami, lecz w sumie nie czuł się jej obecnością zagrożony.
Tymczasem pływaczka z lądu, dostrzegłszy w rynnie szczupaka, zmieniła kurs. Dokonując zwrotu nagle i prawie bez utraty prędkości. W krytycznej chwili dzieliły ich od siebie niecałe trzy metry. Szczupak pojął intencję nacierającej trochę późno. Nie na tyle jednak, by dać się chwycić. Energicznym susem smyrgnął w bok i przeskoczywszy krawędź stoku zniknął w głębinie.

8.
Nadal kwitło sitowie. Kwitły również niebieskawe przetaczniki, rozwijała się tojeść odcieniem żółci ustępująca grążelom, a pośród pływających liści bielały grzybienie. I nie tylko pas oczeretów znaczyły barwy dojrzewających roślin. Także pod wodą kwitło ich sporo. Między innymi rogatek. Zaś swoje kwiatostany wysuwały nad powierzchnię wody rdestnice, wywłóczniki oraz moczarka.
Właśnie w gąszczu moczarki znalazł szczupak nową kryjówkę. W poprzednim miejscu nadmiernie prześladowały pijawki. Uciekał od nich, gdy tylko było to możliwe. Przysysając się do ciała potrafiły nieźle dokuczyć. Zwłaszcza w trakcie spoczynkowych postojów. I jeśli nie zorientował się w porę, później ze zrzuceniem pasożytów były kłopoty.
Czatownia na skraju roślinności miała jeszcze i te zaletę, że masowo kręcił się tu wyrośnięty już narybek. Co prawda nie na tyle jeszcze duży, by skusić do wychwytywania sztuk pojedynczych. Za to wystarczająco atrakcyjny dla grasujących w pobliżu okoni. I one stanowiły główny cel szczupaka. Wypadał od czasu do czasu spomiędzy roślin i porywał upatrzoną ofiarę.
Po każdym takim ataku pasiaste drapieżniki rozpraszały się. Lecz obrzeże bujnie porośniętego moczarką zbocza niebawem ściągało kolejne zastępy narybkożerców. I duży drapieżca mógł się sposobić do wypadów następnych - w dowolnej porze dnia.
Sytuacja zmieniała się po zmierzchu. Systematycznie rosnąca ciepłota wody przyspieszała wegetację roślin. A te, przy intensywnym nasłonecznieniu, oddawały tlen, by nocą odbierać. Co zmuszało narybek do przesuwania się na noc w stronę odsłoniętych płycizn.
O zmroku szczupak również zmieniał stanowisko, schodząc głębiej, nawet do dziesięciu metrów, gdzie panowała stabilniejsza temperatura. Pierwsze letnie upały podniosły ciepłotę wód do tego stopnia, że w niższych partiach jeziora utworzyła się termolkina. Z reguły nie przekraczał tej warstwy, mimo iż niżej nadal jeszcze było sporo tlenu. Zresztą dotąd nie przywykł do większych głębokości, całe życie spędziwszy w płytkim stawie. Choć sporadycznie zdarzał się rajd w głąb toni za ławicą siei.
Niestety, obecnie obrane miejsce zasadzki miało i wady. Lubiły tu polować kormorany. A każde ich przybycie płoszyło narybek skuteczniej od okoni. Lecz byłby zniósł wizyty czarnych ptaków - wszak nie nurkowały w tym rejonie długo. Do opuszczenia stanowiska skłoniło ponowne spotkanie z wydrą.
Wreszcie ujrzał w pełnym świetle lądowego drapieżcę. Z futra przemykającej wśród roślin wydry uwalniały się srebrzyste bąble powietrza. Mknęła falistymi ruchami, a gibkość jej zwrotów kładła wzdłuż pyska sterczące wibrysy.
Szczupak, spłynąwszy stokiem, przywarł do dna w pierwszym napotkanym zagłębieniu. Pamięć ostatniego pościgu się nie zatarła. I więcej zaskoczyć się nie da.
Uczucie zagrożenia powoli ustępowało. Tu, w dole, mimo dnia panował półmrok. Słoneczne promienie przenikały tylko górną strefę, do kilku metrów od powierzchni. A dodatkowo osłaniały nierówności zbocza.
Niebawem opuścił tymczasową kryjówkę, kierując się na zachód. Połknięty rano mały okoń nie mógł zaspokoić głodu. A linie boczne odebrały serię obiecujących sygnałów. Gdzieś niedaleko trwał ożywiony ruch.
Podniecenie rosło w miarę, jak pokonywał dzielącą od źródła dźwięków odległość. Pierwotnie płynął równolegle do zbocza, by wkrótce skorygować kurs i lekko podciągnąć ku górze. Poprawiła się widoczność. Ujrzał leszcze ryjące w mule stoku. Jednak nie one go interesowały. Minął opasłe cielska bez emocji. Również na leszczach pojawienie się drapieżnika nie zrobiło wrażenia. Z wyjątkiem najmniejszego, który na wszelki wypadek ustawił się bokiem, demonstrując w ten sposób niepodatność na ewentualny atak.
Trochę dalej stok się urywał. A od strony głębi toń przegradzało strome wybrzuszenie dna. I właśnie za nim panował niezwykle ożywiony ruch drobniejszych ryb. Tym bardziej intrygujący, że ograniczony do niewielkiej przestrzeni.
Nieco zwolnił, zdezorientowany zagęszczeniem potencjalnych ofiar. Rozpoznane ukleje krążyły w obrębie słupa utworzonego przez pionowy prąd. Wynoszona ku górze woda była nie tylko mętniejsza od planktonowych glonów. Wyczuwało się także znaczną różnicę temperatur. Żerujące wewnątrz ryby zdawały się nie zwracać na nic uwagi, poza oczlikami i rozwielitkami.
Nigdy przedtem czegoś podobnego nie spotkał. Wyglądało na to, że szybko i bez wysiłku zapełni żołądek. Cóż, skoro chęć nie pokrywała się z możliwością. Ukleje co prawda wirowały w zasięgu skoku, lecz wytypowanie konkretnej niweczył tak pobudzający zmysły ich nadmiar. A jakoś żadna z ryb nie chciała na tyle oddalić się od reszty, by zapewnić atakowi powodzenie.
Opłynąwszy ciasno zgrupowane ofiary zatrzymał się przy dnie w oczekiwaniu na stosowniejszą chwilę. Obrzeże słupa raz po raz lśniło jaśniejszymi refleksami boków uwijających się ryb. Wyżej, patrząc pod światło słońca rozpraszane powierzchnią wody, dawały się dostrzec jedynie ich sylwetki. Ciemne i często zachodzące na siebie w koncentrycznym ruchu.
Czas mijał. Nieustanną gotowość do ataku drapieżcy zdradzało tylko przyspieszone wachlowanie płetw piersiowych i nieznacznie rozchylony pysk. Wreszcie napięcie wzrosło do tego stopnia, że dłużej wytrzymać już nie mógł. Uderzył na oślep, niemal w sam środek kłębowiska.
Mimo dynamicznego startu nie zyskał na tym nic, poza częściowym rozładowaniem napięcia. Ukleje prysnęły równie szybko. Za to skorzystali z tego inni. Ujrzał dwa cienie podrywające się z przydennych rozpadlin. Dwa obce szczupaki w dwóch udanych wypadach. Niechcący przysłużył się czyhającej konkurencji. Cierpliwszej i bardziej doświadczonej.
Wydawało się, że nie ma po co wracać. Spłoszone potrójnym atakiem ukleje rozpierzchły się, interesujący dotąd rejon opustoszał. Szczupak przemknął może dwadzieścia metrów dalej, by znaleźć ostoję za niewielką kępą ramienic. Jedyną w najbliższej okolicy.
Nowe miejsce różniło od poprzedniego odmienne ukształtowanie dna. Gdzie okiem sięgnąć ciągnęła się twarda, piaszczysta równina, z rzadka usiana kamykami i skorupami małż. Mizerne ramienice ledwo osłaniały przybysza, który nawet nie zwrócił uwagi na kręcący się opodal tegoroczny narybek sandacza. Niektóre z agresywniejszych mikrusów w pogoni za jeszcze mniejszymi jazgarzykami podciągały całkiem blisko. Jednak nie o taki łup odpoczywającemu szło. Zamierzał niebawem ruszyć dalej, ku brzegowi.
I rzeczywiście skręcił wkrótce w stronę wypłycenia. Zapewne też prędko byłby tam dotarł, gdyby nie doskonale znane wcześniej sygnały ożywionego ruchu. Nie miał wątpliwości. W dopiero co opuszczonym rejonie na powrót grupowały się ukleje!
Natychmiast zmienił kurs. Tym razem nie powtórzy błędu z przedwczesnym atakiem. Jak sobie skutecznie radzić z zagęszczeniem ofiar pokazali już jego pobratymcy.
Lecz nie zdążył zbliżyć się do obiecującego skupiska ryb. Raptem o powierzchnię wody coś pacnęło. Uderzeniowa fala dźwięku była tak nagła, że znieruchomiał przy dnie. Spojrzał w górę. Niecałe trzy metry nad nim szamotał się... karaś. Ranny i sypiący łuskami. Zgubił go jakiś drapieżny ptak. Podobne sytuacje zdarzały się w przeszłości niejednokrotnie.
Szczupak, otrząsnąwszy się, wystartował natychmiast. Pośpiech dyktowała konieczność. Bowiem niespodziewany dar z nieba skusił również jednego z konkurentów czających się w pobliżu uklejowej gęstwy.
Dotarli pod powierzchnię prawie jednocześnie, choć pierwszy chwycił karasia przybysz ze stawu. W ułamek sekundy później ogon ofiary znalazł się w zachłannym pysku drugiego. A trwającą jakiś czas utarczkę zakończyło dopiero pojawienie się orła.
Żaden z walczących o zdobycz szczupaków nie dojrzał niebezpieczeństwa w porę. Szpony powietrznego łowcy wybrały grzbiet najbliższej ryby. Okazał się nią drapieżnik w ostatniej chwili trzymający karasia za ogon.

9.
Ten wypad szczupaka okazał się udany. I po raz pierwszy od wielu tygodni upolował coś innego, niż rybę. Ofiara sama sprowokowała atak. Pierw oznajmiając obecność przez potrząsanie trzcinami, a potem zeskakując z zielonej platformy do wody. Wystarczyło energiczne pchnięcie ogonem i już miał karczownika w pysku. Uchwycony za tylne nogi i brzuch gryzoń jeszcze próbował się oswobodzić, ale mocno zaciśnięte szczęki nie dały mu szans. Szczupak, wydostawszy się z trzcin, wrócił pod krawędź płycizny.
Odkrył to miejsce ubiegłego ranka. Zwykle podobne wypłycenia o tej porze roku mocno się przegrzewały, dosyć skutecznie zniechęcając do dłuższych postojów. Zwłaszcza w ciągu dnia. Lecz ten rejon wyróżniało źródło. Może niepozorne, ale wyjątkowo atrakcyjne.
Chłodna woda z jego wnętrza biła równomiernym strumieniem do ćwierci metra w górę, a następnie ściekała w dół zbocza. Wzdłuż obrzeży zimnego i przejrzystego rozlewiska gromadził się narybek. Zresztą, nie tylko on. Przesycona zakwitami glonów najbliższa strefa kusiła planktonożerców. Kręciły się też większe i mniejsze drapieżniki korzystające z osłony roślin, których tu również nie brakowało. Zwłaszcza moczarki i rdestnicy.
Uporawszy się z przełknięciem karczownika szczupak zszedł jeszcze niżej w dół stoku. Zmierzch przyniósł mu niezły połów. Co prawda chwilę przedtem dał się oszukać węgorzowi, jednak - prócz gryzonia - w krótkim czasie padły jego łupem dwie płocie oraz ukleja. Nie wspominając o wzdrędze sprzed doby. Prawie strawionej. Dopełniony obecnie żołądek uspokoił się. A w ślad za tym zniknęło uczucie głodu.
O głodzie prawdziwym właściwie zapomniał. Od opuszczenia stawu mijały dwa miesiące. Przytył, w niczym już nie przypominając niegdysiejszego chudzielca, któremu pozyskanie jakiegokolwiek kąska sprawiało nie lada kłopot. Tu, w jeziorze, nie zdobycie pokarmu było problemem, lecz jego wybór. Ofiar nie musiał szukać czy długo za nimi się uganiać. Wcześniej czy później same wchodziły pod pysk. Jak choćby teraz, przy źródle, w pobliżu którego zamierzał pozostać, mimo silnej konkurencji. Także zwabionej ożywczym chłodem i dostępnością pożywienia.
Część źródlanej wody docierała aż do podstawy stoku, włączając się w ledwo wyczuwalny nurt nad samym dnem. Przemieszczające się strugi łagodnie obmywały stanowisko szczupaka. W pobliżu i w podobnych zagłębieniach u podnóża zbocza wypoczywali jego dwaj pobratymcy. Nie przeszkadzało mu to. Ani on nie wadził im. Pojawienie się jeszcze jednego głodomora nie stanowiło wielkiej różnicy. Niewyczerpalne zasoby wokół źródła wszystkich usposabiały pokojowo.
Przed północą w górze zaczęło jaśnieć. Na pomarszczonej powierzchni wody falowały rozmyte punkciki gwiazd. Wreszcie zza pierzchających chmur wyjrzał księżyc, prześwietlając jeziorną toń sinoseledynowym światłem. Wokół panował cisza. Jedynie od strony źródła niosło jakieś przytłumione odległością szmery.
Kilkugodzinny letarg szczupaka zakłócił nowy dźwięk. Jakby coś rytmicznie uderzającego o wodę zbliżało się w okolice stoku. Z przeciwnej strony jeziora. Miarowym pluskom towarzyszyło skrzypienie. Suchy zgrzyt, podwójne chlapnięcie, przerwa; zgrzyt, chlupot, przerwa - i tak w kółko. Drapieżca, zaciekawiony nieznanymi odgłosami, leniwie dźwignął się w górę.
Poza nockiem raz po raz przemykającym na tle księżyca nie ujrzał nic. Krążący nad wodą nietoperz mało szczupaka obchodził. Intrygowało go rosnące natężenie obcych dźwięków. Linia boczna dokładnie zlokalizowała obiekt. Płynął wprost na niego. Dzieliły ich od siebie już tylko metry.
Nim łódź dotarła pod krawędź stoku, szczupak zdążył zejść niżej. Wprawdzie zagrożenia nie odczuwał, ale zawsze bezpieczniej było w dole.
Wiosłowanie ustało. Na moment wróciła cisza. Wtem obok ciemnej sylwetki u góry coś plusnęło i w chwilę później drapieżcą targnął prąd.
Oszołomiony nagłym smagnięciem niemal jednocześnie począł drżeć i dygotać. Mięśnie ściągały się kurczowo, do granic wytrzymałości naprężając kręgosłup. Wreszcie zaczął przewracać się brzuchem do góry. Mimowolne skurcze ogona miotały nim jeszcze jakiś czas i w końcu wypchnęło go na powierzchnię.
Woda wokół łodzi usiana była ciałami ryb. Ludzie wygarniali je siatką.
Część odurzonych, zwłaszcza spoza głównego rejonu rażenia, próbowała ujść. I niektórym się to udawało. Lecz nie szczupakowi. Wypłynął przy łodzi, tuż pod dziobem. Wysunięte burty osłaniały jego widok, dzięki czemu nie od razu został dostrzeżony. Czas ten pozwolił mu trochę się otrząsnąć. A gdy poczuł na karku obręcz siatki, nieporadnym zrywem dał nura pod łódź.
Energiczne szarpnięcie przyniosło ból. Nie zdołał zejść głębiej. Zesztywniały znów wolno wypłynął na powierzchnię, opierając się grzbietem o dno łodzi. Tymczasem łódź ruszyła. Ludzie, zadowoliwszy się zebranymi rybami, zrezygnowali z poszukiwań jeszcze jednego szczupaka.
Wir wiosła oddalającej się łodzi obrócił ciało drapieżcy na bok. Nie miał sił przeciwstawić się temu. Bezwładnie leżąc ciężko oddychał. Serce tłoczyło krew z nienaturalną prędkością.
Spróbował poruszyć płetwami piersiowymi. Reagowały niemrawo, jak i płetwy brzuszne. Natomiast w ogóle nie panował nad ogonem. Każde usiłowanie kiwnięcia nim przynosiło ostry ból kręgosłupa. Obolałymi mięśniami nadal szarpały prędko gasnące mikroskurcze.
Ponawiane próby wyprostowania pozycji i zejścia w głębinę kończyły się fiaskiem. Bezwolnie dryfował na powierzchni, spychany w stronę lądu. Razem z nim, choć w różnych odstępach, przesuwały się inne ofiary porażenia. Sparaliżowane lub już martwe.
Księżyc skrył się za wierzchołkami drzew. Różowiejące od wschodu niebo zapowiadało rychły świt. Szczupak, powolny instynktowi, nadal usiłował zejść niżej. Względne bezpieczeństwo mogła mu zapewnić jedynie głębia.
I rzeczywiście - czas spokoju się skończył. Znoszony południowozachodnim wiatrem łup pierwsze dostrzegły kanie i błotniak stawowy. Krótko po nich nadleciał bielik. A wkrótce zaroiło się od skrzydlatych drapieżców.
Odgłosy uczty zwabiły nie tylko ptaki. Z podwodnych okolic nadciągało kilku pobratymców szczupaka, zaś od brzegu między trzcinami przedzierała się w tę stronę wydra. Harmider walczących o łatwą zdobycz rósł, zmieniając ów rejon jeziora ze świtu różowobladego w krwawy.
Szczupaka uchroniła przybrzeżna roślinność. Zdryfował pod grążele. Co zawdzięczał również częściowo odzyskanej sprawności. I jedynie taką niepewną kryjówką, przynajmniej chwilowo, musiał się zadowolić.

Lech M. Jakób