Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/85-86 2001 Lipiec / sierpień 2001

Czas w polityce i ekologii

Dariusz Liszewski

Dziś nie ulega już wątpliwości, że zagrażający nam wszystkim kryzys ekologiczny jest problemem politycznym w całym tego słowa znaczeniu. Zarówno jeżeli chodzi o skalę problemu, jego przyczyny, jak i skuteczność ewentualnych przedsięwzięć podejmowanych w celu jego zażegnania. Można rzec, że jest to problem polityki ekologicznej.


Podejmowanie przez ludzi wszelkich decyzji, a następnie działań - politycznych w szczególności, ze względu naImage to, że polityka ze swej istoty skierowana jest raczej w dalszą niż bliższą przyszłość - odbywa się w oparciu o pewną koncep­cję, lub inaczej, sposób pojmowania albo konceptualizacji czasu. Nie chodzi mi tu jedynie o przyrodnicze, fizyczne, obiektywizujące koncepcje czasu, ale przede wszystkim o czas subiektywny, czas wewnętrzny, w horyzoncie (per­spektywie) którego rozpatrywane i podejmowane są wszel­kie istotne dla człowieka decyzje, a zwłaszcza decyzje politycznie ważkie. Taki czas jest oczywiście nie tyle kate­gorią fizyczną co raczej kulturową, mówi się nawet wprost o czasie kulturowym1. W odróżnieniu od czasu fizycznego, który jest zobiektywizowaną miarą zmienności odniesioną i porównywaną z jakimś wzorcem np. astronomicznym, ato­mowym, czas kulturowy jest względny, zrelatywizowany do systemu kulturowego. Aby podkreślić ten aspekt względno­ści warto przytoczyć skrajny przykład kultury Indian Hopi, która według znanego badacza Benjamina Lee Whorfa w ogó­le obywa się bez (znanego nam) pojęcia czasu2, posługując się równie adekwatnym jak nasz opisem świata, ale nie wy­korzystującym naturalnego dla nas przeciwstawienia czasu i przestrzeni. Ten charakterystyczny dla Ropi „brak (nieist­nienie) czasu” jest także swego rodzaju czasem kulturowym, choć dla nas zupełnie niezrozumiałym. Dobrym przykładem może też być kultura starożytnego Egiptu zorientowana na trwanie, bez żadnych, najmniejszych nawet zmian, gdzie cza­sem kulturowym jest „wieczne teraz”3 . Jak widać czas kultu­rowy ma charakter symboliczny, co nie znaczy, że jest on mniej konstytutywny dla sfery znaczeń obowiązujących w da­nej kulturze niż czas fizyczny (którego odczuwanie też wła­ściwie jest zawsze zapośredniczone poprzez czas kulturowy).

Przyjmijmy, że wyodrębniona z ogółu i w pewien sposób wyróżniona, a przez to stosunkowo zamknięta grupa ludzi zwa­nych politykami, czyli „plemię polityków” - proszę mi wyba­czyć tę może trochę nazbyt śmiałą metaforykę zaczerpniętą z antropologii kulturowej - tworzy pewien specyficzny ob­szar kultury zwany polityką, w którym obowiązuje swoisty dla tego obszaru czas kulturowy. Analogicznie możemy mó­wić o „plemieniu ekologów”. Mam tu na myśli grupę ludzi z rozmaitych względów znacznie bardziej niż inni zaintereso­wanych i zaangażowanych w problemy ekologiczne, którzy myślą i działają odwołując się do specyficznych idei, wartości i również kreują dość wyodrębniony obszar kultury zwany „ekologią”, gdzie także obowiązuje swoisty czas kulturowy.

Jak na razie, choć oczywiście są wyjątki4 , „plemię ekolo­gów” jest w ostrym konflikcie z „plemieniem polityków”. Najogólniej rzec biorąc ekolodzy zarzucają politykom bier­ność w obliczu narastającego kryzysu ekologicznego, wyrazem tego jest cho­ciażby nie realizowanie w praktyce za­pisów „Deklaracji z Rio”, za podpisami polityków nie poszły niestety wyma­gane decyzje finansowe. Politycy z ko­lei krytykują ekologów za nieliczenie się z uwarunkowaniami ekonomiczny­mi czy społecznymi, innymi słowy za­rzucają im idealizm i oderwanie od rzeczywistości. Co ciekawe, przy tym wszystkim nie znajdziemy żadnego po­ważnego polityka, który ignorowałby całkowicie kwestie ekologiczne, a z drugiej strony ekologa, który uważał­by, że jakąkolwiek istotną kwestię da się rozwiązać bez decyzji politycznych. W efekcie obie strony w duchu wza­jemnego szacunku i deklaracji o potrze­bie współpracy nie mogą dojść do porozumienia zarzucając sobie brak re­alizmu w ocenie sytuacji. Z czego wy­nika i na czym polega ten zarzut braku realizmu zarówno z jednej jak i dru­giej strony?

Otóż wydaje mi się, że przede wszystkim z tego, iż „plemię polity­ków” posługuje się - jeżeli tak można powiedzieć - innym czasem kulturo­wym niż „plemię ekologów”. Ta kate­goria czasu, tkwiąca zawsze, lecz często w ukryciu, u podłoża dyskusji, argumentacji, postulatów obydwu stron jest odmienna. Umyka to zazwyczaj uwadze, bo dla nas ludzi wychowanych w świecie zegarów, świecie jednolite­go czasu fizycznego, czas nie jest czymś, nad czym się na co dzień zasta­nawiamy, analizujemy. Nie jest to na­wet, poza granicznymi sytuacjami takimi jak śmierć i narodziny potrzebne. W tym jednak przypadku kategoria czasu, czasu we­wnętrznego, subiektywnego staje się istotna, bo różnice w jej pojmowaniu mocno rzutują na interpretację faktów, oceny i decyzje. Z tego właśnie względu i aby ułatwić tak nam dzisiaj potrzebny dialog między politykami a ekologami war­to bliżej przyjrzeć się różnicom tej czasowej perspektywy i ich przyczynom. Dla większej przejrzystości tej analizy wy­myśliłem pewne, zupełnie umowne kategorie czasu, który­mi będę się posługiwał poniżej, nie mają one jednak poza tym osobnego znaczenia, ani odniesienia w literaturze.

Czas historyczny

Pierwsza przyczyna nieporozumień jest najbardziej oczy­wista, jest to kwestia zwykłej różnicy wieku iImage związanego z tym posiadanego doświadczenia życiowego. Ekolodzy z re­guły są o jedno, czasem dwa pokolenia młodsi od aktualnie działających i uznanych polityków. Zagrożenia ekologiczne inaczej się jawią człowiekowi, który ich nigdy nie doświad­czył, bo urodził się i wychował w czasach kiedy problemem było raczej ryzyko wybuchu wojny nuklearnej. A za lat po­wiedzmy 30, zagrożeń tych bezpośrednio nie doświadczy, a jeżeli nawet, to niezbyt dotkliwie, bo będzie w takim wie­ku, że już raczej wszystko jedno. Inaczej zaś jawią się one komuś kto „zimną wojnę” zna tylko z książek historycznych lub filmów dokumentalnych w telewizji, podobnie jak np. egzotyczny fakt, że w Wiśle można było kiedyś zażywać ką­pieli bez szkody dla zdrowia, za to od dziecka słyszał o efek­cie cieplarnianym, Czernobylu i masowym wymieraniu gatunków. Tych ludzi dzieli po prostu czas historyczny, w któ­rym dorastali i zdobywali doświadczenia. Doświadczenia te są nieprzekładalne na siebie i jakąkolwiek nadzieję na zmianę sy­tuacji należy wiązać z wejściem nowego pokolenia w politykę.

Czas wyborczy

Politycy inaczej niż ekolodzy żyją pod ciągłą presją czasu, który wyznacza tzw. kalendarz wyborczy. Jest to perspekty­wa 4 lat, czasem mniej - 2 lata uwzględniając w międzycza­sie wybory samorządowe. Wszelkie decyzje rozpatrywane są wtedy pod kątem zwiększania bądź zmniejszania szans wyborczych, niestety decyzje proekologiczne z reguły nale­żą do tych ostatnich. Skuteczne działania proekologiczne wy­magają nakładów albo wyrzeczeń i niewygód, a najczęściej pociągają za sobą jedno i drugie, zaś na dobroczynne skutki trzeba czekać latami, czasem odczują je dopiero następne pokolenia. Jak układać w takich warunkach program wybor­czy, który uwzględnia długofalowe cele np. w 50-letniej per­spektywie, bo tylko taka zadowoliłaby ekologów? Jest to ogromnie trudne do zrealizowania w kulturze społeczeństwa konsumpcyjnego nastawionego nie na wyrzeczenia, ale na­tychmiastowe zaspokajanie wciąż rozbudzanych potrzeb, a raczej zachcianek.

Czas społeczny i odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń

Rozpowszechniona w społeczeństwie świadomość skali czasowej przemian5, które mogą, a zdaniem ekologów na pewno spowodują groźne ekologicznie skutki wciąż oparta jest na liniowym przebiegu. Wiemy jednak, że te procesy mają charakter wykładniczy6 i nieliniowy, znaczy to, że w miarę upływu czasu zagrożenia rosną w postępie geome­trycznym, czyli lawinowo, a czasami w sposób zupełnie nieprzewidywalny, po przekroczeniu pewnego krytycznego progu. Co oznacza, że sytuacja znośna dzisiaj w zaskakująco krótkim czasie może się diametralnie zmienić. Ekolodzy zdają sobie z tego sprawę i biją na alarm, co światlejsi politycy także, ale niestety nawet jeżeli te zależności rozumieją, to nie potrafią ich przełożyć na język zrozumiały dla wybor­ców. W świadomości powszechnej nie mieści się, że warunki środowiskowe i związana z nimi jakość życia, do której przy­wykliśmy przez dziesiątki lat mogą nagle ulec zmianie, po­toczne doświadczenie rzadko dostarcza tego typu przykładów. Uniemożliwia to politykom, ze względu na wspomnianą już wyborczą kalkulację, podejmowanie decyzji sprzecznych z tym doświadczeniem, a tego właśnie żądają ekolodzy.

Drugim aspektem czasu społecznego jest odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń. Ekolodzy stoją na stanowisku, że naszym bezwzględnym obowiązkiem jest poszanowanie inte­resów przyszłych pokoleń. Precyzyjnego określenia ilu poko­leń w przód to dotyczy trudno się doszukać, wiadomo tylko, że „przyszłych” znaczy nie tylko naszych dzieci i wnuków, bo te są zwyczajowo respektowane. Efektem takiego stanowiska jest postulat ekorozwoju, niezwykle rozpropagowany, choć mimo ujęcia w kilku zgrabnych definicjach bardzo enigma­tyczny. Krytycy takiego podejścia? wątpią w sensowność dba­nia o interesy przyszłych pokoleń z przyczyn zasadniczej nieprzewidywalności przyszłości. Trudno przewidzieć cze­go będą potrzebowali ludzie w przyszłości, stąd - ewentual­ne, dolegliwe wyrzeczenia dzisiaj, mogą jutro okazać się całkiem niepotrzebne. Większość ekologów nie podziela tego stanowiska twierdząc, że natura, a zatem potrzeby człowie­ka są zasadniczo niezmienne, a jedną z najważniejszych jest potrzeba obcowania z przyrodą. Mimo znacznego unieza­leżnienia się od środowiska naturalnego ludzie dla prawidło­wego rozwoju fizycznego i psychicznego wciąż potrzebują kontaktu. z dziką przyrodą8, której jest coraz mniej.

W polityce sprawa jest jaśniejsza, z powodów pragmatycz­nych liczą się interesy obecnego pokolenia, czyli wyborców, interes następnych pokoleń liczy się o tyle, o ile da się go wykorzystać w walce politycznej. Jedynym znanym mi przy­padkiem odwoływania się do tego typu argumentacji w poli­tyce był w wielu krajach problem budowy elektrowni atomowych, prawdopodobnie ze względu na jego dość duże oddziaływanie emocjonalne.

Czas ewolucyjny

Przynajmniej od czasu sformułowania drugiej zasady ter­modynamiki wiemy, że strzałka czasu wskazuje jeden kieru­nek - wzrostu entropii9, co znaczy, że wszystkie procesy fizyczne są nieodwracalne, ponieważ część energii zawsze i nieodwracalnie ulega rozproszeniu w postaci ciepła. Nie wszyscy uczeni się z tym zgadzali; m.in. wielki fizyk Lu­dwig Boltzman. Podobnie jak Immanuel Kant uważają oni, że strzałka czasu wyznaczona przez drugą zasadę termody­namiki oraz nasze poczucie upływu czasu jest zjawiskiem subiektywnym i określonym przez prawidła działania ludz­kiego umysłu, a nie świata. Jednak wyniki najnowszych badań odwołujących się do teorii chaosu wskazują, że żywe zorganizowane układy nie mogłyby istnieć, gdyby strumień entropii nie płynął zgodnie z nieodwracalnym kierunkiem czasu. Co więcej, ewolucja takich układów, czyli ewolucja biologiczna w ujęciu darwinowskim wyróżnia jeden kieru­nek upływu czasu i także jest nieodwracalna. Wyraża to pra­wo Dolla, które stwierdza, że przejście jakiejkolwiek trajektorii ewolucyjnej tam i z powrotem jest statystycznie nieprawdopodobne. W języku ekologów znaczy to, że każdy gatunek, każdy ekosystem ma wartość absolutną, jest bowiem jedyny w swoim rodzaju i nieodtwarzalny. Wielość gatun­ków, jak wiadomo, utrzymuje w równowadze ekosystemy, a te z kolei są powiązane ze sobą wzajemnie i trwają w sta­nie dynamicznej równowagi gwarantującej stałość warun­ków klimatycznych planety. Kształtowanie tej równowagi trwało miliony lat, a unicestwienie w wyniku naszej nieprze­myślanej działalności trwa w ewolucyjnej skali czasu tylko chwilkę. Wyjaśnia to, tak obecnie podkreślane przez ekolo­gów, znaczenie bioróżnorodności. Niweczący ją człowiek patrząc dalej z tej ewolucyjnej perspektywy - pojawił się bar­dzo niedawno na planecie pełnej życia od setek milionów lat, nie wiadomo też jak długo przetrwa, a jego zniknięcie nie za­szkodzi w niczym dzikim roślinom czy zwierzętom. Można domniemywać raczej, że wiele z nich na tym zyska. A więc jego roszczenia do wyjątkowości - choćby tylko z tych powo­dów - są z jednej strony wyrazem arogancji i pychy gatunko­wej, a z drugiej niesłychanej krótkowzroczności.

Polityk myśli niestety innymi kategoriami, pozostając pod wpływem ekonomicznych analiz, które są jego chlebem po­wszednim, ewolucję postrzega jako ciąg odwracalnych prze­mian. Gatunki, ekosystemy są widziane na kształt rzeczy, jako odrębne, niezależne byty, natura jest raczej składem ma­teriałowym niż organiczną całością. Problemy, jeżeli powsta­ją, zawsze prowadzą do rozwiązań, a nowe problemy do
nowych rozwiązań, bo środowisko można prawie dowolnie odtwarzać, reprodukować, a procesy w nim zachodzące od­wracać. „Ekologów natomiast niepokoi problem nieodwra­calności pewnych procesów. Kiedy giną gatunki, żadna technologia ani zmiana cen nie przywróci ich do życia.”l0 Ewolucyjna skala czasu jest dla polityków równie obca, nie daje się w żaden sposób przełożyć np. na czas wyborczy, czy czas odtwarzania kapitału istotny dla obliczania wzrostu go­spodarczego, który jest ostatnio fetyszem każdej partii. W imię wzrostu gospodarczego ignorują oni fakt krótko­wzrocznej, iście rabunkowej eksploatacji zasobów natural­nych, które gromadziły się przez miliony lat11 .

Perspektywa wieczności

W znanej rozprawce pod tytułem „Koniec wszystkich rze­czy” Immanuel Kant zajął się niebagatelnym problemem: „Jeśli wszystkie zjawiska empiryczne, również człowiek, oraz w szerszym aspekcie cała ludzkość, pewnego dnia, zwanego „dniem końca wszystkich rzeczy”, czy też dniem „sądu osta­tecznego”, przestaną istnieć, to czy działalność człowieka i historia ludzkości mają jakikolwiek sens?”12. W takiej per­spektywie horyzont czasowy zarówno polityka jak i ekologa zbiega się w jednym punkcie, gdzie wszystko traci sens13. Nie jest to bynajmniej perspektywa wydumana, zdaniem astrofizyków za kilka miliardów lat Słońce zamieni się w czerwonego karła i rozszerzy się wchłaniając najbliższe planety, a Ziemia zostanie spopielona. Zaś w nieco bliższej przyszłości, czy tego chcemy czy nie, kontynuując dotych­czasowy model rozwoju, który Hans Jonas nazywa techniczną utopią, zmierzymy się z czysto fizycznymi barierami rozwo­ju, takimi jak zatrucie termicznel4. Jego nieuchronność wy­nika znów z drugiej zasady termodynamiki, która głosi, że przy każdej pracy rozprasza się ciepło. Im bardziej technolo­gicznie przetworzone, bez względu na stopień zaawansowa­nia technologii, środowisko w którym żyjemy - tym więcej uwolnionej energii, która podgrzewa atmosferę. Skalę cza­sową zjawiska trudno oszacować, może będzie to 500 lat, może 1000, oczywiście przy optymistycznym założeniu, że poradzimy sobie ze wszelkimi innymi ekologicznymi zagro­żeniami takimi jak efekt cieplarniany, zanieczyszczenia, de­ficyt żywnościowy i wodny, zubożenie bioróżnorodności itd.

Nie twierdzę bynajmniej, że w polityce i ekologii dyskuto­wanie powyższych kwestii jest na porządku dziennym i wcale nie byłoby najlepiej, gdyby politycy i ekolodzy zaniedbali swe zwykłe zajęcia i oddali się spekulacjom filozoficznym o „końcu wszystkich rzeczy”. Dobrze byłoby jednak, gdyby częściej zdawali sobie sprawę, że taka perspektywa też ist­nieje i wobec niej racje każdej ze stron tracą na ostrości i zna­czeniu. Pozwoliłoby to na spojrzenie w najbliższą przyszłość nieco chłodniejszym okiem, na jakieś wyważenie stanowisk i argumentów. Być może zarzut braku realizmu byłby rza­dziej stosowany, a zamiast niego pojawiłaby się dyskusja nad tym co jest istotne i w odniesieniu do jakiego czasu. Całe zagadnienie jest o tyle ważne, że problem zagrożeń ekolo­gicznych jest w istocie walką z czasem, także, a może przede wszystkim, tym zadomowionym w naszych głowach. Świa­domość tego, że nasze myślenie i podejmowanie decyzji jest uwarunkowane własnym, swoistym, bardzo subiektywnym poczuciem czasu może bardzo w tej walce pomóc.

Dariusz Liszewski

Przypisy:
1. A. L. Zachariasz, Czas jako kategoria kulturowa, [w:] red. Z. J. Czarnecki, Czas wartości i historia, UMCS Lublin 1990, s. 39.
2. B. L. Whorf, Język, myśl i rzeczywistość, PIW, War­szawa 1982, s. 98 i nn.
3. Wiesław Bator, Myśl starożytnego Egiptu, Zakład Wy­dawniczy NOMOS, Kraków 1993.
4. Np. na świecie wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Alan Gore, a w Polsce senator Radosław Gawlik.
5. Np.: wzrost liczby ludności, zużywanie zasobów, wy­twarzanie zanieczyszczeń.
6. Przekonująco wykazali to Meadowsowie w swojej pra­cy. Patrz Donella H. Meadows, Dennis L. Meadows, Jore­gen Randers, Przekraczanie granic. Globalne załamanie czy bezpieczna przyszłość?, Centrum Uniwersalizmu przy Uni­wersytecie Warszawskim i Polskie Towarzystwo Współpra­cy z Klubem Rzymskim, Warszawa 1995.
7. Należy do nich John Passmore, bliżej jego poglądy Oma­wia Zdzisława Piątek w artykule: Dylematy etyki środowi­skowej, [w:] Ekofilozofia i Bioetyka. VI Polski Zjazd Filozoficzny, red. W. Tyburski, Toruń 1996, s. 48.
8. B. Devall, G. Sessions, Ekologia głęboka, Wydawnic­two Pusty Obłok, Warszawa 1994, s. 234-235.
9. Entropia to wielkość termodynamiczna, która wzrasta wskutek rozproszenia energii, osiąga wartość maksymalną, gdy układ nie może już wykonać żadnej pracy. Jest to też miara stopnia zorganizowania układu, entropię maksymalną osiągają układy całkowicie nieuporządkowane.
10. Dennis Meadows, Biology and the Balans Sheet”, Earthwatch (lipiec/sierpień 1992).
11. P. Hawken, Przez zielone okulary. Jak prowadzić inte­resy nie szkodząc sobie i innym, Pusty Obłok, Warszawa 1996, s. 55.
12. I. Kant, Koniec wszystkich rzeczy. O niedawno powsta­łym wyniosłym tonie w filozofii, Wydawnictwo Comer, To­ruń 1996, ze wstępu tłumacza M. Żelaznego s. 18.
13. Chyba, że... za Kantem dopuścimy hipotezę istnienia jakiejś transcendencji, która nadawałaby ostateczny sens na­szym wysiłkom. Z przyczyn oczywistych, tę ważną filozo­ficznie kwestię pozostawiam na boku.
14. H. Jonas, Zasada odpowiedzialności, Wydawnictwo Platan, Kraków 1996, s. 337.