Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/85-86 2001 Lipiec / sierpień 2001

Na ścieżkach tradycji - z Erdmute Sobaszek rozmawia Dariusz Matusiak

Jakie były początki Twojej wędrówki z Te­atrem Wiejskim „Węgajty”?

Erdmute Sobaszek: Przeniosłam się do Polski z Niemiec w roku 1977 i wtedy właśnie uczestniczyłam wraz zImage przy­jaciółmi w założeniu alternatywnego ośrodka kul­turalnego w Olsztynie, „Pracowni”. Odbywały się tam najróżniejsze rzeczy związane z kierunkami awangardowej sztuki XX wieku. Od początku były tam również działania parateatralne, jednak w pewnym momencie zdecydowaliśmy się na rozpoczę­cie pracy aktorskiej. Tak zaczęła się moja – dość dla mnie niespodziewana - przygoda z teatrem. Potem nastąpiły kolejne etapy wchodzenia w ma­terię aktorską. Było to już w Węgajtach, kiedy za­mknięto „Pracownię” w Olsztynie po wprowadzeniu stanu wojennego. Wtedy znaleźliśmy stodołę w Wę­gajtach, w której najpierw przygotowaliśmy klepi­sko do działań teatralnych, a później kupiliśmy deski i zaadoptowaliśmy oborę na salę teatralną. Sam te­atr został założony w 1986 r. Pierwszą rzeczą, któ­rą zrobiliśmy razem z Małgosią i Wolfem Niklausami była wyprawa teatralna do wsi kur­piowskiej. Wtedy pierwszy raz uczestniczyłam w czymś takim jak wyprawa teatralna, wcześniej moje zainteresowania związane były z zagłębianiem się w warsztat teatralny i ćwiczenia fizyczne. Ta wyprawa i wszystkie pozostałe były też inspiracją i bodźcem do naszych spektakli.­

Mówi się, że teatr robi się po to, by utrzymać świat w stanie równowagi. Po co Ty robisz teatr?

E. S.: Ja zawsze tak rozumiałam muzykę, że utrzymuje świat w stanie równowagi. Jest piękny heksagram w Księdze Przemian I Cing, który mówi, że za po­mocą muzyki dawni królowie zapraszali swych przodków i w ten sposób przyczyniali się do utrzy­mania świata w stanie równowagi. Wydaje mi się, że teatr obrzędowy mógł pełnić bardzo podobną funkcję, z tym, że u źródeł teatru i muzyki jest tak­że ich łączność, której nie dawało się rozdzielić.

Jakie było znaczenie rytuału w teatrze, któ­rym się zainteresowałaś?

E. S.: Używanie terminu rytuał jest bardzo niebez­pieczne, gdyż obecnie wiele słów jest zużytych. Np. w muzyce młodzieżowej mówi się o transie, a ja myślę, że niewiele ma ona wspólnego z tran­sem. Kiedyś myślałam, że rytuał to jest takie cza­rowanie, że środkami magicznymi wpływa się na rzeczywistość. Miałam takie naiwne marzenia, że skoro przodkowie potrafili to zrobić, to w jakiś spo­sób można zagrać taką muzykę lub taki spektakl teatralny, który wpłynie na rzeczywistość. Teraz myślę, że to nie jest tak. Nasze doświadczenia, wyprawy i próby tworzenia teatru obrzędowego przywołują pamięć całości kulturowej, jaka była kiedyś. Całość tę da się opisać, ogarnąć w pew­nym stopniu poznawczo poprzez etnologię i an­tropologię kulturową. Ale dopiero w trakcie działania, gdy się w nim uczestniczy okazuje się, że jest tam jeszcze jakaś zagadka - i kryje się ona w tym, co dzieje się między ludźmi. Podejrzewam, że jeśli obrzęd ma w sobie siłę dokonania prze­miany, to jest to przede wszystkim siła przemiany ludzi. Bardzo trudno o tym mówić, bo zamiast po­znawania poprzez wiedzę mamy tu do czynienia z poznawaniem poprzez doświadczenie. Jest to ro­dzaj „wiedzy” przekazywanej na drodze inicjacji.

Carl G. Jung określił życie na wsi jako zgodne z pierwotnym zamysłem, przed którym się wzdra­gamy. Jakie jest Twoje doświadczenie życia na wsi?

E. S.: Mieszkając w Węgajtach przez kilkanaście lat uprawiałam ogród i dla mnie jest to bardzo ważne, gdyżImage wiele doświadczeń związanych z ogrodnic­twem mogę przenosić na pracę w teatrze w prosty sposób. Bo proces pracy w ogrodzie jest taki, że najpierw porusza się ziemię a później się sadzi i to rośnie już samo, bez mojego udziału. Za każdym razem kiedy w pracy teatralnej chciałam dojść do efektów wprost, powodować na prostej drodze to, co mi się wydawało najbardziej istotne - nie było to możliwe. Zawsze potrzebny był jakiś proces dojrzewania i dopiero potem przyszły efekty. I wyda­wało się wtedy, że przychodziły same przez się. Oczywiście wcześniej musiała być praca nad stwo­rzeniem dobrych warunków. Dobrze to zobrazował Szekspir ukazując w swoich sztukach postać ogrod­nika jako człowieka, który zachowuje właściwy sto­sunek do życia.

A Twoje doświadczenie życia na wsi? Jak się tu odnajdujesz mieszkając w Węgajtach?

E. S.: Ja nie jestem człowiekiem miasta, nigdy nie mieszkałam w środku miasta i nie było tego prze­skoku na warunki wiejskie. Wychowałam się w ta­kiej podmiejskiej miejscowości pod Berlinem, gdzie było sporo gospodarstw rolnych i dzieciństwo spę­dziłam dość blisko ziemi.

Czym dla Ciebie jest dzika przyroda?

To jest jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu, w pracy i w stosunku do rzeczywistości. Mam rodzaj zaufania, że jest to taka rzeczywistość, do której można się odwołać i wracać. Kiedy wcho­dzę do lasu, aby przygotować się do spektaklu ­część fizycznych przygotowań do spektaklu wyko­nuję w lesie - to wiem, że nie powinnam zakłócać tego miejsca swoją obecnością, bo ono jest czymś pełnym i żyjącym swoim rytmem. Mogę z niego brać a właściwie - mogę je naśladować! Cieszę się, że zadałeś mi to pytanie, choć trudno znaleźć właściwe słowa. Ale to co najważniejsze, to rodzaj za­ufania, że mogę na tym polegać.

Jest takie porównanie kultury ludowej do dzikiej, nieujarzmionej rzeki. Gdzie należy szukać jej jądra dzikości? Docierając do źródeł kultury ludowej?

E. S.: Wciąż mam wrażenie, że kulturę ludową za mało poznałam. Ale wiem i mogę powiedzieć dlaczego pojechałabym na wyprawę na wieś a nie do miasta, chociaż i do miasta ostatnio jeździmy ze spektakla­mi. Na wsi ciągle nie ma zachowań anonimowych, które ludzie z miasta traktują jako coś normalnego. Pamiętam taki szok poznawczy, kiedy w jednej z wypraw na Huculszczyznę zauważyłam, że tam­tejsi ludzie rozmawiają patrząc prosto w oczy zu­pełnie obcym ludziom. To mi uświadomiło, jak ważny jest przepływ między ludźmi, przepływ uczu­ciowy. Podobne przeżycie miałam na Białorusi, kie­dy robiliśmy kolędowanie w olbrzymiej wiosce. Nie by­liśmy w stanie wejść do każdego domu. Poza tym da­wało się tam wyczuć różne trudne sytuacje, napięcia między ludźmi i nie zawsze istniała możliwość dogada­nia się. Wtedy taki kontakt przez oczy i otwarcie tego przepływu uczuciowego, to był podstawowy język, który funkcjonował dużo lepiej niż cokolwiek innego.

W Węgajtach i w okolicznych wsiach mieszka specyficzna grupa ludzi. Są to muzycy, artyści i eko­lodzy. Czy tworzycie społeczność alternatywną?

E. S.: Przeprowadzając się tutaj mieliśmy nadzieję, że mając sąsiadów, którzy rozumieją nasz odmienny stylImage życia, będzie nam łatwiej żyć. Ale z drugiej strony stworzył się rodzaj oczekiwania, z którego nie powstało nic twórcze­go. I mimo tego, że należeliśmy trochę do tej wspólnoty, społeczności, to żyliśmy na uboczu, zajmując się swoim teatrem. Po drugie, te więzy bliskości nie były silne i to że słuchamy wspólnie muzyki rockowej czy kładziemy się spać o drugiej w nocy o niczym jeszcze nie decyduje. To bardzo klarownie wyszło, kiedy nasze dzieci weszły w wiek szkolny. Zbiegło się to z czasem, kiedy można było założyć szkołę społeczną. Powstała w nas pokusa, aby założyć taką szkołę, jednak na samym starcie okaza­ło się, że to co nas łączy nie jest na tyle silne, żeby rzeczywistość przetworzyć na nasz sposób.

A wobec czego chcieliście być alternatywą?


E. S.: Słowo alternatywa ma dla nas długą historię. Były takie czasy, kiedy mówiłam, że mamy alternatywny ośrodek kultury, wtedy dominowała jedna państwowo­mieszczańska kultura. Alternatywą było tworzenie cze­goś, co odbiega od tego schematu, co proponuje nowy styl życia. Takie dążenie kojarzy mi się z dawniejszy­mi czasami, kiedy miałam marzenia o alternatywnych społecznościach, że powstaje nowy świat. To myśle­nie załamało się w momencie, kiedy była katastrofa w Czarnobylu, stałam wtedy nad moim pięknym ogródkiem skażonym radioaktywnie i pomyślałam, że jesteśmy skazani na tę rzeczywistość. Myślenie w kategoriach wyspy jest niebezpieczne, bo kiedy na­sza wyspa okazuje się utopią to tracimy wszystko.

Wasza Kapela Terenowa gra świetną muzykę lu­dową, jednak choć istnieje już kilkanaście lat nie wyda­ła żadnej płyty. Z drugiej strony istnieje dużo zespołów, które ad hoc nagrywają i sprzedają płyty z muzyką fol­kową. Czym podyktowane są Wasze wybory?

E. S.: Przez bardzo długi czas mieliśmy obiekcje dogma­tyczne. Uważaliśmy, że nasza muzyka istnieje tylko w żywym kontakcie z publicznością i tam się speł­nia. Również charakter naszej muzyki trudno sobie wyobrazić poza kontekstem żywego kontaktu, bo jest ona bardzo prosta. Nie ma w niej elementów formalnego rozbudowania, co jest ważne, gdy się słu­cha muzyki nie uczestnicząc w niej fizycznie. Mamy natomiast duże doświadczenie z brzmieniem muzy­ki w przestrzeni akustycznej, ponieważ nigdy nie używaliśmy nagłośnienia. Obecnie nie mamy obiek­cji, aby podsumować ten okres wydaniem płyty.

W czym Twoim zdaniem tkwi siła Teatru Węgajty?

E. S.: Jest jakaś przekorność w naszym działaniu. Na­sze spektakle są bardziej dla widowni, niż dla recenzentów, ponieważ nas interesuje spotkanie z ludźmi i to jest dla nas istotne.

Dziękuję za rozmowę.

Węgajty, 16 marca 2001