Miesięcznik Dzikie Życie

3/93 2002 Marzec 2002

Prostaczek w Japonii: Kury i kraby

Juraj Lukáč

Były czasy, kiedy bardzo pragnąłem podróżować i poznawać "daleki świat". Kanada, Szwecja, Australia, Japonia w moich marzeniach przedstawiały się jako krainy piękne przyrodniczo, po których podróż wiązała się z mnóstwem romantycznych przygód. Swoje wędrówki rozpocząłem w latach 60. od puszczy wschodniej Słowacji. Bukowe Góry, Wihorlat, Czergow i Slanskie Góry wyglądały w ówczesnej epoce realnego socjalizmu jak dzikie tereny, ze starymi drzewami pamiętającymi historyczne czasy i różnorodnością życia, której obecne pokolenia niestety już nigdy nie zobaczą. Następne były góry środkowej Słowacji, Czech i Moraw. Kiedy i te tereny zaczęły mi być zbyt ciasne, przeniosłem swoje wędrówki do lasów podkarpackiej ZSRR, Rumunii, Bułgarii i Polski. Zacząłem też przygotowania do dalszych wypraw, do Szwecji, Kanady i Japonii. Jednak lata 70. takim wyjazdom zbytnio nie sprzyjały, choć moje plany wyjazdowe pokrzyżowała, o ironio, nie czechosłowacka administracja, lecz słowackie lasy.


Pierwszy tysiąc przespanych nocy pod okapem lasów strefy umiarkowanej coś zmienił w mojej duszy. Ważniejsze Image dla mnie stały się wilki, jodły, buki i żaby niż Jukon czy australijskie Śnieżne Góry. Zaproszenie na dwutygodniowy pobyt w Japonii zbiegło się z najpiękniejszym okresem czergowskich lasów, gdzie czekały na mnie dwie wilcze nory z dwunastoma małymi wilczątkami. Ani trochę nie pozostało już z pragnienia, aby odwiedzać romantyczne krainy, ponieważ stopniowo cenniejszy dla mnie zaczął być czergowski mech niż góra Fudżi. Ostatecznie zdecydowały jednak pragmatyczne argumenty i w maju znalazłem się w samolocie, aby odbyć nim 13-godzinną podróż do Tokio. Kiedy godzinę przed odlotem spotkałem w Bratysławie znanego śpiewaka Mana Hubu, popatrzył on na mój sweter, podręczne książki i zaproszenie do Japonii i wybuchnął głośnym śmiechem. Zrozumiałem, że wyglądam jak prostaczek, który podróżuje do bogatej Japonii i ten obraz już mnie nie opuszczał w czasie całego pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni. A mnie przecież ludzie w garniturach nie przeszkadzają.

W Japonii spędziliśmy wiele pouczających i zajmujących dni, podczas których umocniłem się w przekonaniu, że mimo różnic w sposobach jedzenia, ilości uśmiechów, zaawansowania technologicznego i ilości wypadków samochodowych, główne problemy ludzi na świecie są takie same. Ostatni dzień mojego pobytu przekonał mnie o tym w sposób dobitny. Wstałem o piątej rano, aby zobaczyć specjalność dnia, tokijski targ rybny. Ogromna blaszano-betonowa budowla tuż nad morzem, w której znajdowało się targowisko, wyglądała niczym plan filmu "Francuski łącznik". Wąskimi uliczkami przedzierałem się między tysiącami morskich potworów, ryb, krabów i rozgwiazd. Z podłogi unosił się opar i przez mgłę widać było tylko na dwadzieścia metrów, a dodatkowo co chwila z jakiegoś rogu wyskakiwał Japończyk z nożem w ręku i rzucał się na ogromne fragmenty mięsa, które porcjował na żądane rozmiary. Na wózkach wożono bloki lodu, który w dziesiątkach kruszarek mielono, aby sypać błyskawicznie na lady sklepowe. W tej scenerii brakowało mi już tylko Gene Hakmana ściganego przez japońskich karateków.

W tym półmroku i ponurej atmosferze można było kupić, martwe lub żywe, zarówno trzymetrowe ryby jak i trzycentymetrowe rybki. Jednak największym szokiem dla mnie były kraby. Taki normalny, długi na 30 centymetrów długonogi, żywy krab jest przysmakiem japońskich smakoszy. Natomiast kraby na targowisku były żywe, jednak zamknięte hermetycznie w igielicie, w nim wydawały swoje ostatnie tchnienie. Tylko dlatego poddawano je takim torturom, aby dłużej były świeże. Przypomniałem sobie wtedy swoje obowiązkowe praktyki, które odbyłem po ukończeniu studiów w latach 70. jako inżynier elektrotechnik w zakładach drobiarskich w Pradze. Cały miesiąc musiałem przepracować w miejscu, gdzie zabijano i przetwarzano 10 tys. kur dziennie. Wykonywałem tam różne czynności, np. przebijałem długą żelazną tyczką wiszące na ruchomej taśmie kury. Dziesięć tysięcy dziennie. Widziałem tam kury, którym udało się uciec z taśmy i które były kopane przez pracowników, aby nie zawadzały. Musiałem podnosić te kury z błota i pakować do toreb, na których widniał napis "kontrolowano higienicznie". Wiele miesięcy zajęło mi przyjście do siebie po tej pracy, jednak do dziś dnia nie mogę zapomnieć tych biednych kobiet, które pracują tam całe życie. Nie ma więc różnicy pomiędzy ludźmi. Jest różnica tylko pomiędzy kurami i krabami.

Juraj Lukać
tłum. Dariusz Matusiak