Miesięcznik Dzikie Życie

4/106 2003 Kwiecień 2003

Wilk, myśliwi i gospodarka w Karpatach

Radosław Szymczuk

Wilk od zawsze znajdował się w kręgu zainteresowań człowieka. Najpierw był nauczycielem i bratem pierwotnych łowców. Później, dla człowieka osiadłego, stał się wcieleniem wszelkiego zła, w bajkach przedstawiano go jako budzącą grozę bestię. A w czasach plag morowych w Europie posądzano wilki o wykopywanie ciał z płytkich grobów.


We współczesnych nam czasach wilkowi przypisuje się różne rzeczy, m.in. drastyczne obniżenie pogłowiaImage owiec hodowanych na terenach górskich i związane z tym krańcowe ubóstwo wielu mieszkańców tych rejonów. A także doprowadzanie do finansowej upadłości kół łowieckich i rezygnacji z dzierżawy obwodów na skutek dużego spadku liczebności zwierzyny łownej. Wyrażane są również obawy, że wilki mogą przyczynić się do wyeliminowania z terytoriów bytowania wielu gatunków zwierząt łownych i chronionych. W przypisywaniu wilkom odpowiedzialności za wszelkie możliwe nieszczęścia przodują myśliwi. Przyjrzyjmy się ich poglądom na temat tego drapieżnika, zawartym w materiałach z konferencji "Ochrona wilka w Polsce - sukces czy niepowodzenie?", która odbyła się 26 kwietnia 2002 r. w Krakowie. W konferencji wzięli udział naukowcy-znawcy problematyki wilka (m.in. doc. dr hab. Henryk Okarma, dr Wojciech Śmietana), myśliwi (postulujący przywrócenie wilków na listę zwierząt łownych) oraz przedstawiciele hodowców owiec, a także naukowcy-myśliwi (prof. dr hab. Ryszard Dzięciołowski z zarządu Głównego Polskiego Związku Łowieckiego) i naukowcy-ekolodzy (Sabina Nowak ze Stowarzyszenia dla Natury "WILK"). Edycję materiałów konferencyjnych firmuje Polski Związek Łowiecki, a zawarte w publikacji opinie myśliwych i hodowców owiec są kuriozalne i warte przedstawienia naszym Czytelnikom.

Polska część Karpat stanowi najliczniejszą ostoję wilka w naszym kraju i właśnie tu najbardziej widoczne są konflikty na styku wilk - człowiek. Hodowcy owiec twierdzą: "Jest rzeczą naturalną, że drapieżnik ten jest zwalczany przez człowieka i właśnie to zwalczanie wytworzyło w wilku odpowiednią czujność, wytrwałość i stosowną organizację polowania przez watahę". Dość zabawne jest to twierdzenie w świetle naukowych ustaleń dotyczących wilków. Hodowcy utrzymują też, że wyrządzane przez wilki szkody są większe niż te podawane oficjalnie. To jest prawdopodobne, ponieważ nie wszyscy rolnicy zgłaszają swoje szkody. Oto kilka oficjalnych danych z 3 karpackich województw: w 1999 r. zgłoszono stratę 295 zwierząt hodowlanych na kwotę ok. 62 tys. zł, w 2000 r. 407 zwierząt hodowlanych na kwotę ok. 87 tys. zł, a w 2001 r. 303 zwierząt hodowlanych na kwotę ok. 66 tys. zł. Są to szkody nie mające znaczenia gospodarczego, lecz mogą stanowić dotkliwą stratę dla poszczególnych właścicieli. Jednak w porównaniu z innymi krajami europejskimi, gdzie istnieje system odszkodowań za zwierzęta gospodarskie zabite przez wilki, w Polsce wysokość tych kwot jest niewielka.

Problemem dotyczącym odszkodowań jest natomiast sposób ich szacowania i wypłaty. Tylko w Małopolsce, dzięki współpracy Urzędu Wojewódzkiego z Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych w Krakowie oraz Związkiem Hodowców Owiec i Kóz szkody są sprawnie szacowane, a właściciele otrzymują szybko stosowne odszkodowania. Niestety, w innych województwach hodowcy muszą dochodzić swoich roszczeń na drodze sądowej, co wzbudza ich rozgoryczenie i naraża na dodatkowe koszty. Kolejnym problemem jest brak wystarczających środków finansowych na wypłatę wszystkich roszczeń. Wojewódzcy Konserwatorzy Przyrody nie otrzymują żadnych dodatkowych kwot z budżetu państwa na pokrycie szkód dokonywanych przez gatunki chronione, co w praktyce oznacza, że te województwa, gdzie zachowała się wspaniała przyroda i żyją rzadkie gatunki zwierząt muszą finansować ogólnopolskie zadania ochronne z własnych funduszy. Często brakuje im na to pieniędzy.

Hodowcy oceniają także, iż "straty z tytułu szkód wilczych, to nie tylko wartość zagryzionych owiec,Image lecz także straty z tytułu zaniechania hodowli owiec. W Bieszczadach, w terenie typowo owczarskim, gdzie podjęto wiele skutecznych działań w kierunku poprawy bytu mieszkańców poprzez hodowlę owiec szacuje się, że gdyby nie szkody wilcze, pogłowie owiec byłoby większe o około 8 000 sztuk owiec /.../ A dzisiaj chronimy wilka za wszelką cenę, natomiast ludzi w Bieszczadach z pełną premedytacją wprowadzamy w nędzę, co przy tak wysokiej stopie bezrobocia staje się tym bardziej niezrozumiałe". Jest to zwykła demagogia, gdyż to nie wilk jest winien, że nieopłacalna stała się hodowla owiec w Polsce - sprawił to wolny rynek, na którym przedsiębiorcom bardziej opłaca się eksportować owce np. z Australii i Nowej Zelandii niż hodować je w Polsce.

Hodowcy powołując się na kodeks cywilny uważają, że "To właściciel wilka - Skarb Państwa - powinien spowodować, żeby takie zwierzę nie wchodziło na teren prywatny. Dzisiaj w dobie konstytucyjnej ochrony własności prywatnej wtargnięcie wilka na prywatną posesję jest naruszeniem wolności konstytucyjnej". W innym miejscu dodają: "Już najwyższy czas by właściciel wilka [Skarb Państwa] hodował go na swój koszt i tylko na swoim terytorium /.../ hodowcy nie chcą żadnych odszkodowań, chcą natomiast swoje owce hodować i proszą, żeby im nikt w tym nie przeszkadzał i nie wyrządzał szkód. Są zdecydowani udać się do międzynarodowych organizacji broniących praw człowieka, jeśli ich prywatna własność będzie naruszana przez Państwo Polskie".

Jak wspomniałem, wilkom przypisuje się też doprowadzanie do finansowej upadłości kół łowieckich i rezygnacji z dzierżawy obwodów na skutek dużego spadku liczebności zwierzyny łownej. W Bieszczadach, gdzie od dobrych kilku lat obserwuje się spadek populacji zwierząt łownych, szczególnie jeleni, winą za ten stan niektórzy myśliwi obarczają wilki. Twierdzą też, że wybijają im one zwierzynę, a nawet, że drapieżniki te pozostawiają im "pustynię łowiecką". Ale prawda jest inna - to nie wilk jest odpowiedzialny za kryzys populacji jeleni w Bieszczadach. Populację jeleni przetrzebiły nadmierne polowania, m.in. tzw. dewizowców i prominentów, którzy łowili tam prawie bez ograniczeń i przez wiele lat traktowano wtedy Bieszczady jak dziurę bez dna, jakby populacja tamtejszej zwierzyny była nieskończenie wielka. I jest to wina myśliwych i leśników, którzy w porę nie zareagowali i nie powstrzymali eksterminacji zwierząt, a teraz, szukając winnego obecnej sytuacji, próbują zrzucić odpowiedzialność za ten stan na wilka. Błędy w gospodarce łowieckiej nadal mają miejsce, ponieważ dotąd w Karpatach, jak i w większości regionów kraju w oszacowaniu limitów polowań nie uwzględnia się aktywności drapieżników.

Myśliwi uważają, że "niekontrolowana populacja wilka doprowadzi do wyeliminowania pozostałych gatunków zwierząt w tym i prawnie chronionych, jak: bóbr, ryś, wydra". To znów pustosłowie nie poparte żadnymi faktami. Główną ofiarą wilków w Polsce jest jeleń, inne zwierzęta padają też ich łupem, ale nie stanowią na ogół dużego udziału w bazie pokarmowej.

Myśliwi twierdzą też, że "Podstawową sprawą jest jednak przyjęcie zasady, że krajowa populacja wilków powinna być przedmiotem mądrego, trwałego użytkowania łowieckiego zapewniającego, w odróżnieniu od deklaratywnej i nieskutecznej ochrony gatunkowej, bezpieczną przyszłość wilkowi jako gatunkowi. Za rozwiązaniem takim przemawiają względy pragmatyczne. Wśród gatunków wymarłych jest wiele gatunków chronionych, natomiast brak zwierząt łownych". Jest to odwrócenie kota ogonem, w końcu to głównie polowania w większości przypadków tak obniżyły liczebność różnych gatunków, że brano je pod ochronę prawną, jak np. w Polsce głuszec, a czasami niektórych gatunków już się nie udało uratować, jak np. gołębia wędrownego.

Nie są to poglądy odosobnione w tym środowisku. Pod koniec stycznia br. na internetowym portalu lowiecki.pl , poświęconym myślistwu przetoczyła się dyskusja na temat wilka. Według dyskutujących tam myśliwych, "ochrona wilka w Polsce to jeden, wielki, nieprzygotowany, martwy i nieskuteczny zapis /.../ aktualny stan prawny spowodował już to, że w Bieszczadach kłusownictwo wilka stało się faktem i rozwija się w najlepsze. "Życie" nie trwa w próżni przepisów i bezczynności władz /.../ W końcu doszło do tego, czego spodziewać się należało. W żadnej dziedzinie nie może być "świętych krów". Dopóki wilk nie będzie dla myśliwych zwierzyną łowną nikt z nas w jego obronie nie kiwnie palcem". Ten cytat doskonale ukazuje, jak wygląda często deklarowana przez myśliwych miłość do przyrody i zwierząt - "kochają" te gatunki, do których można strzelać.

Radosław Szymczuk