Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/126-127 2004/2005 Gru 2004 / Stycz 2005

Moje powroty i odkrycia

Anna Mikita

Refleksje bioregionalne

Tajemne więzi

W którym momencie życia zaczynamy myśleć o tym, gdzie umiejscowił nas Najwyższy? Niektórzy może nawet rodzą się ze świadomością i potrzebą przynależności do określonego miejsca. Większość z nas jednak nie zaprząta sobie głowy takimi sprawami. Pochłonięci własną edukacją, karierą bądź po prostu buntowniczym uciekaniem jak najdalej od domu rodzinnego, nie spodziewamy się pragnienia powrotu. Zachwycamy się Bieszczadami, Suwalszczyzną (wymownie przemilczę uroki Wysp Kanaryjskich, bo niech każda sroka własny ogon chwali), a tutejsze jest takie zwyczajne, znane aż do znudzenia...

Pewnego dnia rodzi się tęsknota, pragnienie odwiedzania, poznawania bliżej i wtedy rozpoczyna się poszukiwanie własnego miejsca, odkrywanie go na nowo i emocjonalne „przywłaszczanie”.

Niespodzianie odgrzebujemy korzenie, które okazują się naszymi własnymi. To one dostarczają życiodajnej energii, siły przetrwania, tajemnej mocy czerpanej właśnie z tego źródła, z Ziemi, gdzie piękną postrzega się najzwyklejszą rzecz, gdzie umiłuje się każdy jej kawałek, skrawek Nieba, każdą kroplę potu wylaną w mozolnej pracy...

Korzenie

Niewiele dotychczas mówiące pojęcie bioregion nagle nabiera szczególnego, bardzo subiektywnego znaczenia. Swojska przyroda, ludność, kultura i historia, która jest również moją historią. Przyszłość, która – mogłoby się zdawać – nie powinna mnie dotyczyć z racji obecnego, odległego miejsca zamieszkania, leży mi na sercu bardziej niż niejednemu mieszkańcowi tych terenów.

Mój bioregion... Nie wiem, jak wielki może to być obszar. Dla mnie to zaledwie wioska, okoliczne pola, przyległy las, a do tego dodać jeszcze zachód słońca inny niż wszystkie, krzyki żurawi, ujadanie psów...

Nie jestem w stanie zachwycić się głębiej żadnym innym miejscem. Czy trzeba przeżyć kilkadziesiąt lat, by zatęsknić, dać się olśnić i pokochać bezwarunkowo kawałek tego świata?

Uwielbiam łany zboża i okres żniw. Pszczelą krzątaninę na polach, mozolny trud, wytrwałą walkę z przeciwnościami losu. Szanuję ogrom pracy ludzi tu mieszkających i dbających o swój skrawek Ziemi ze świątobliwym namaszczeniem. Ludzie na wsi to w większości unikalny już gatunek człowieka przez wielkie C. Tu nawet pijaczek ma swój honor i zasady.

Zasadziłam korzenie moich dzieci w małej warmińskiej wioseczce. Pielęgnuję i podlewam te młode roślinki opowieściami, wędrówkami i pracą.

Zasadziłam je skutecznie – niech mają swoje Miejsce na Ziemi.

Baśń o Starym Lesie

Stary Las. Las mojego dzieciństwa. Obiekt kultu i respektu. Skąd nazwa, czyjego autorstwa? Nie wiem do dziś. Serce mojego bioregionu. Miejsce ofiarowane mi przez zrządzenie losu.

Wracam do dnia 26 maja któregoś tam roku. Wspólnie z innymi dzieciakami wędrujemy rankiem do lasu – do Starego Lasu! Tylko tam znajdziemy to, czego nam potrzeba – prezent dla Mamy, w postaci bukietu pachnących konwalii. Wiemy, że to roślina chroniona, ale dziś wyjątkowa okazja.

Stary Las wita nieprzeniknioną ciszą, a może dziwnym gwarem i ostrzeżeniem – „Jestem dziki”. Robi się ciemno. Ogromne drzewa, gęstwina krzewów, przez które promienie słońca przenikają z rzadka. Złowieszcze odgłosy gnieżdżących się tu ptaków drapieżnych i narastająca atmosfera grozy... Wtargnęliśmy na teren dzikiej przyrody! My – małe dzieci, nie musieliśmy być przez nikogo pouczani. Przyroda sama dawała nam do zrozumienia „wpuszczam was, ponieważ jest ku temu wyjątkowy powód”.

Do dziś dnia czuję tamten lęk, respekt i szacunek dla Jej przychylności. Rwaliśmy drżącymi rękoma kruche łodyżki obsypane wonnymi dzwonkami, by potem wręczyć je najważniejszej osobie na świecie – Mamie.

Stary Las nigdy nie ukarał nas za ten rabunek...

Z rzadka zaglądałam w głąb lasu. Przeogromne graby, gąszcz krzewów, setki kleszczy, inne niż gdzie indziej tajemnicze odgłosy i krzyk orlików.

Czasem znajdowało się pióro myszołowa, czasem miejsce udanego polowania jastrzębia.

Rzadko tam chodziłam. Bałam się? Tak! Bałam się okropnie.

Przedstawiam Wam...

Stary Las to grąd z przewagą grabów i dębu szypułkowego. Żyjące w przyjaźni graby i dęby podobno świetnie się uzupełniają – pierwszy woli półcień, więc żyje pod parasolem drugiego. Drugi zaś sięga korzeniami po substancje pokarmowe w głębsze warstwy ziemi, by jego druh mógł korzystać z warstw przypowierzchniowych. Wzajemne zrozumienie i szacunek dla potrzeb czuje się w powietrzu. Serdecznie przyjęto tu także lipę, klon i brzozę brodawkowatą – dzielnego pioniera o bladym licu. Więzi między najpotężniejszymi twórcami tego miejsca przyjmują niejednokrotnie fantastyczne formy. Można tu spotkać brzozę oplatającą się z grabem w serdecznych uściskach, lub dąb połączony ze świerkiem więzami krwi i ciała.

W zacisznych, wilgotnych miejscach rośnie sobie w sąsiedztwie perłówka zwisła z marzanką wonną. Dobrana, malownicza para. Obie pełne wdzięku i swoistego uroku.

Pniaki obrośnięte gromadą łuszczaków, a na ziemi rozesłany strojny, płonnikowy dywan, nikczemnie rozorany przez niechlujnego dzika. Gęsty niegdyś podszyt złożony z leszczyny i trzmieliny, dziś już stracił swą świetność.

W głębi, w przeogromnej pradolinie płynie rzeka Pasłęka. To granica, której nigdy nie przekraczałam. Oto Stary Las.

W poszukiwaniu sensu w bezsensie

Siedząc tu, przed wrotami Starego Lasu rozmyślam nad sensem własnych uczuć, przywiązania i sentymentalnych powrotów do obranych przez serce stron...

Pochylony słupek z informacją o prawnej ochronie tego miejsca nie ma już ani sił, ani chęci – być może ogarnął go ten sam bezsens? Przecież nie zdołał uchronić Starego Lasu przed dewastacją...

W dali szum resztek starodrzewia i Pasłęki.

A może się mylę?

Muzułmanie mawiają: „jeśli sadzisz palmę a świat dąży ku zagładzie, nie przerywaj!”. W końcu apokalipsa to tylko początek kolejnych zmian...

Kosmaczkowe królestwo

Tam, gdzie człowiek porzucił ziemię i zaniechał jej uprawy, przyroda w podzięce bezzwłocznie zajęła się odradzaniem. Sukcesja wtórna – wspaniały efekt widoczny już po kilku latach. Dzielna i pełna wdzięku brzoza osiedliła się tu całymi rodzinami. Stoją sobie teraz w swoich zwiewnych, najmodniejszych sukniach i plotkują o niesfornych lisich szczeniętach. A może liczą grzyby, które chętnie zamieszkują w ich towarzystwie?

Wokół dywan jastrzębcowo kosmaczkowy, srebrzysto-zielony z żółtym rzucikiem małych kwiatków, pełen jaszczurek wygrzewających się w słońcu. Utkany misternym, gęstym splotem pokrywa cały piaszczysty, przyleśny teren. Dla dodania uroku fantazyjnie wpleciony miejscami jasieniec, bukiety starca i przymiotna. Schronienie znajdują tu także rodziny kocanek piaskowych, miękkich i wdzięcznych, jak sam jastrzębiec kosmaczek.

Przyroda migiem zatarłaby ślady po „wielkich dokonaniach ludzkości”. Bez większych przygotowań, miliardowych nakładów i kosztów zajęłaby się Mateczką Ziemią.

Poranek ze sztuką

W przydrożnych rowach dojrzewają trawy i zioła. To znak, że „lata złote nogi już się szykują do drogi”. Na wpół wyschłe rośliny splątały swoje rozczochrane kudły. W tym chaosie jakby od niechcenia, a jednak misternie rozrzucone woalki pajęczyn. Setki utkanych dziełek sztuki... Dumni twórcy siedzą czujnie w oczekiwaniu na zdobycz.

Są takie magiczne poranki, kiedy skoro świt otwiera się galeria tkactwa artystyczno-użytkowego. Brylanciki rosy zawieszone na cienkich niteczkach drżą połyskując w pierwszych słonecznych promieniach. To zjawisko wielce efemeryczne. Wiatr – kolekcjoner tych klejnotów, prześcigając się ze słońcem zbiera owe drogocenności i osuszone pajęcze pułapki stają się znów niewidoczne – jak to pierwotnie zostało zaplanowane. Widowisko trwa zarazem dość długo, by nagrodzić tych, którzy wstali o wschodzie.

Wieczorne westchnienie

Tu, gdzie spędzam lato, Wielki Wóz parkuje zawsze w tym samym miejscu – tuż nad stawem...

W tym roku nie widzę spadających gwiazd. Pewnie nikt nie umiera... Może to jest niezłe wytłumaczenie? W każdym razie kojące dla duszy i od razu przestaję gapić się z tęsknotą w nieboskłon.

Całkiem blisko słychać upominanie przepiórki: „Pójdźcie spać! Pójdźcie spać!”. Przemiła ptaszyna, którą najpewniej mnożąca się w zastraszającym tempie populacja lisa zdziesiątkowała w ostatnich latach drastycznie. Nie lubię lisów? Chyba raczej boleję nad skutkami zaburzonego ekosystemu.

Ucichły żurawie. Rozkrzyczą się skoro świt.

Psy wyją, skamlą, wściekle ujadają – to nocna muzyka, którą ucho z czasem przestaje odbierać.

Nie idźmy jeszcze spać. Szkoda życia i tego sierpniowego nieba... Ciemność nocy, odgłosy przyrody rozbudzają tajemny szacunek i respekt dla wszystkiego, co kryje się w mroku. To idealne warunki na rozmyślanie, analizowanie i zastanawianie.

Człowiek powinien zastanawiać się nad światem i sobą, inaczej bezmyślnie przeżyje swój czas nie dostrzegając ani piękna, ani brzydoty.

Północ.

Z ciężkim westchnieniem zbieram się posłuszna przepiórce...

Śmierć

Baca to wilczur. Baca umiera...

Czasem włóczy się po podwórku jak cień. Trudno powiedzieć w jakim celu krąży i czego chce. Może nas nie poznaje? Jest członkiem rodziny. Jest stary.

Przysiadam. Patrzy mi prosto w oczy i prosi... Jego oczy mądre, czujące, myślące, ale ja nie rozumiem, co mi chce powiedzieć... Pragnę być blisko w tych ostatnich dniach jego życia.

Co można ofiarować odchodzącemu? Co powiedzieć? Może wystarczy być i nie udawać, że się wie, co czuje ktoś, kto żegna się z tym światem...

Podaję mu wodę i powtarzam tłumiąc rozpaczliwie własny szloch: „dobry Baca, dobry pies, dobry...”. Nie ma recepty na przygotowanie się do odejścia ukochanej istoty.

Tej nocy widziałam spadającą gwiazdę... Baca umarł... Pozostawił po sobie wspomnienia i niekończącą się tęsknotę. Może biega już po niebieskich łąkach, kąpie się w stawie i zerka z wysoka na swoje podwórko, przyjaciół, rodzinę...

Rozmowa z polnym strachem

Nieopodal stawu stado wrzaskliwych wróbli żeruje na łanie pszenicy. Goszczą tu już drugi miesiąc. Nic sobie nie robią z mało strasznego stracha, stojącego tu w jemu tylko wiadomym celu...

Strach robi co w jego mocy – łopocze kapotą, stroi wredne szmaciane miny, pobrzękuje puszkami po piwie – i nic! Wróble zdają się nie dostrzegać jego wysiłków.

Strach pijany z bezmocy albo nadmiaru wypitego piwa raz po raz wywraca się i leży na miedzy, aż go ktoś litościwy znowu wbije w ziemię.

Ciężki jest los stracha. Ani się go wróbel, ani dzik nie boi wystarczająco mocno, by trzymać się z dala.

Aż dziw, że ręce mu nie opadają i stoi wytrwale tracąc jedynie czasem pion.

Strach – symbol humanitarnego sposobu przepędzania nieproszonych gości. Nie krzywdzi, nie czyni żadnych szkód, nie ingeruje i milczy. Obserwuje i milczy. Milczy i wykonuje swoje zadanie. Robi to, co do niego należy, ani więcej, ani mniej niż trzeba. Nie oczekuje błyskotliwego sukcesu, nie rezygnuje, nie szuka poklasku. Straszy.

Polne strachy kryją w sobie wielką mądrość.

Obawy

Przerażają mnie rozważania na temat pokolenia wychowywanego w warunkach miejskich, pokolenia „cywilizowanego”, trzymającego się pazurami miejsc hucznych, wybetonowanych, zatłoczonych. Pokolenia zafascynowanego rozwijającą się techniką, wygodami, szybkością, nadmiernym hałasem zagłuszającego krzyk własnego sumienia.

Do czego wrócą, czy między chodnikowymi płytami można zapuścić korzenie? Co będą wspominali, za czym zatęsknią, gdzie udadzą się, by znaleźć ukojenie i poddać refleksjom? Do dyskoteki, marketu, pubu?

Kontakt z przyrodą ograniczony do kupna róży u ulicznej kwiaciarki traktują jako szczyt ekstrawagancji i powrotu do źródeł. Toteż odczuwają Naturę jako wrogą, nieprzyjazną i tajemniczą.

Wbrew przekonaniu, że tak żyć się nie da, istnieje spora grupka gatunku ludzkiego żyjąca w sposób niepokojąco cywilizowany.

Konsumując, zachwyceni sobą samym nie słyszą i nie widzą na tym świecie większych wartości poza własnym „ja”. Co pokażą swoim dzieciom? Bogate kurorty całego świata, odbierając im możliwość zapuszczenia gdziekolwiek korzeni?

Anna Mikita