Miesięcznik Dzikie Życie

2/128 2005 Luty 2005

Parki narodowe – lepsze jutro było wczoraj?

Remigiusz Okraska, Radosław Szymczuk

We wrześniowym numerze DŻ zamieściliśmy raport o sytuacji polskich parków narodowych. „Jak na Godota czekają polskie parki na takiego Ministra i Głównego Konserwatora Przyrody, który to wszystko zmieni na lepsze. Ale przecież prawda jest taka: Godot się nie zjawi. Przyczyny kryzysu ochrony przyrody w polskich parkach narodowych tkwią głęboko w strukturze i kadrach polskiej administracji ochrony przyrody” – pisaliśmy wówczas.

Ostatnich kilka miesięcy potwierdza tę tezę. Coraz wyraźniej też widać, że w nową, obowiązującą od maja ustawę o ochronie przyrody wmontowane zostały zapisy, które w praktyce dają wsparcie patologiom, o jakich pisaliśmy we wrześniu, a obecny Główny Konserwator Przyrody, prof. Zbigniew Witkowski, mimo dobrych intencji nie potrafi zapanować nad własnym Ministerstwem.

Podpisane po cichu

Od czterech lat parki narodowe, nie mając planów ochrony, funkcjonują na zasadzie rocznych prowizoriów – tzw. rocznych zadań ochronnych, w których opisane jest, jakie „zabiegi ochronne” można i należy wykonać. Zadania określają też zasady udostępnienia parku, a od tego roku określają również podział parku na obszary objęte ochroną ścisłą, „czynną” i krajobrazową.

Od czterech lat funkcjonowała dobra tradycja, że projekt takich zadań był wnikliwie analizowany i przygotowywany, w tym opiniowany przez Rady Naukowe poszczególnych parków, a także poddawany publicznym konsultacjom społecznym. Mimo ułomności tych konsultacji (Ministerstwo zostawiało zwykle organizacjom pozarządowym dwa tygodnie na zaopiniowanie 23 projektów wymagających szczegółowej analizy), tryb ten umożliwiał wyeliminowanie z projektów wielu zapisów niekorzystnych dla przyrody. To dzięki konsultacjom udało się np. zastopować wyrąb bukowych starodrzewów w Magurskim Parku Narodowym.

W ostatnich dniach grudnia 2004 r. Minister Środowiska podpisał zadania ochronne dla parków narodowych na 2005 rok. Tym razem jednak pominięto procedurę jakichkolwiek konsultacji. Pretekstem umożliwiającym takie rozwiązanie była wprowadzona nową ustawą zamiana trybu prawnego (od tego roku jest to zarządzenie, a nie rozporządzenie). W większości parków projektu nie skonsultowano także z Radami Naukowymi. Minister bez większego zastanowienia zatwierdził po prostu wszystko, czego chcieli dyrektorzy – w tym także pomysły bardzo kontrowersyjne.

Opinię o zadaniach „ochronnych” dla Białowieskiego Parku Narodowego wyraża stanowisko Towarzystwa Ochrony Puszczy Białowieskiej, jednej z nielicznych pozarządowych organizacji, którym udało się zdobyć „tajny” projekt przed jego zatwierdzeniem. Napisano w tym stanowisku: „/.../ planowane są działania szkodliwe, których realizacja polega na istotnej ingerencji w procesy naturalne, decydujące o wyjątkowości chronionego obiektu /.../. Zatwierdzenie przedstawionych zadań usankcjonuje niszczenie przyrody w BPN, skompromituje najwyższą formę ochrony przyrody w Polsce /.../”. Ta opinia nie zrobiła jednak wrażenia na Ministrze, który projekt podpisał bez zmian.

Kilkakrotnie pisaliśmy o niebezpiecznych planach, by całą Dolinę Chochołowską w Tatrzańskim Parku Narodowym przenieść spod ochrony „czynnej” pod „krajobrazową” – co w praktyce oznaczać będzie, że w stosunku do prowadzonej tam „działalności gospodarczej” przestaną obowiązywać jakiekolwiek istniejące w parku zakazy. „Dyrektor TPN zamierza przenieść spod ochrony częściowej pod krajobrazową całą Dolinę Chochołowską wraz z otoczeniem – prawie 2,8 tys ha, czyli ponad 13% powierzchni swojego parku. Jeżeli ten zamiar Paweł Skawiński wprowadziłby w życie, otworzyłby drzwi np. do budowy w Dolinie Chochołowskiej praktycznie dowolnych hoteli, wyciągów i innej podobnej infrastruktury” – pisaliśmy w DŻ we wrześniu. Pisząc o tym niebezpieczeństwie sądziliśmy, że to tylko wstępne plany. Że przecież o sprawie tej powinien przesądzić plan ochrony TPN, poprzedzony publiczną dyskusją, w której przyrodnicy będą mogli zabrać głos. Tymczasem podpis Ministra złożony na zadaniach ochronnych dla TPN przesądził, że sprawa ta... z dyskusyjnego pomysłu stała się smutnym faktem!

Również dyrektorowi Drawieńskiego Parku Narodowego udał się pomysł zlikwidowania po cichu kilku ścisłych rezerwatów w tym Parku. Złożony cichaczem podpis Ministra sprawił, że strefą ochrony ścisłej przestało być uroczysko „Pustelnik” w samym sercu Parku. „Odściślony” został też stary las wokół stanowiska chamedafne nad jeziorem Sitno. Sprytnie ominięto przy tym zasięgnięcie opinii Rady Parku, wykorzystując przełom jej kadencji. Dla zamaskowania zmian ogólna powierzchnia rezerwatów ścisłych w parku wzrosła „zamiast starych drzewostanów znalazły się w niej jednak nieproduktywne gospodarczo i średnio cenne przyrodniczo halizny i bagna. „Apetyt dyrektora budzą zapewne rosnące tam sosnowe starodrzewy i >cięcia sanitarne<, jakie będzie można w nich wykonać” – ostrzegaliśmy we wrześniu i rzeczywiście, w 2005 r. pod piłę w ramach tzw. „przebudowy” ma pójść ponad 200 ha starych sosnowych drzewostanów, a „cięcia sanitarne” dyrektor będzie mógł robić „w miarę potrzeb”, które... sam określi.

Drawieński Park Narodowy w ogóle pomału staje się swoistym „zagłębiem surowca drzewnego”. Na swoich stronach internetowych sam park chwali się, że w 2004 r. pozyskano w nim 22 tys. m3 drewna, czyli „o 18% więcej niż średnia z ostatnich 5 lat”. A pozyskanie to pochodzi z niecałych 9,5 tys. ha powierzchni leśnej, co daje intensywność podobną, jak średnie pozyskanie drewna w gospodarczych przecież Lasach Państwowych! Tylko patrzeć, aż wrócą pomysły cięć rębnych w starych buczynach DPN, które od kilku lat udawało się powstrzymywać.

Temu samemu dyrektorowi DPN Minister pozwolił też pozbyć się kłopotu, jakim jest deficytowa ochrona ekosystemów nieleśnych. Wszystkie cenne przyrodniczo łączki z bogatymi populacjami storczyków, mimo że stanowią własność Parku i wymagają pilnych zabiegów ochronnych, jednym podpisem Ministra przeniesiono pod... ochronę krajobrazową, co zwalnia Park z odpowiedzialności za stan ich przyrody.

Pojedziemy na łów?

Sukcesywnie postępuje tworzenie „stref ochrony zwierzyny” wokół niektórych parków narodowych. Zgodnie z regulacjami ustawowymi, strefy takie miały pierwotnie służyć „zapewnieniu bezpieczeństwa zwierzętom wychodzącym na żer poza granicę parku narodowego”. W praktyce jednak za sposób chronienia zwierząt w tych strefach uważa się... ich odstrzał. Pisaliśmy już o tym we wrześniu. Tak rozumiana „strefa ochrony zwierzyny”, choć ładnie się nazywa, staje się po prostu powiększonym obwodem łowieckim zarządzanym przez park.

Szczególne kuriozum to „strefa ochrony zwierzyny” przylegająca do Drawieńskiego Parku Narodowego. Jest to kilkusethektarowy obszar pól w okolicy Drawna i Barnimia, przylegający do wąziutkiego pasa gruntów parku. Obszar ten, leżący na samym skraju parku, ze względu na swoje położenie wcale nie jest i nie może być żadną ostoją parkowej zwierzyny. Jest za to bardzo potrzebny, by DPN mógł wykazywać szkody od zwierzyny w uprawach rolnych, wypłacać odszkodowania i tym uzasadnić konieczność prowadzenia odstrzałów – w samym parku bowiem żadnych gruntów rolnych nie ma. „Ustanowienie strefy spowoduje, że koła łowieckie nie będą ustawiały ambon przy granicy Parku” – uzasadnia pomysł utworzenia tej strefy Minister Środowiska na swoich stronach internetowych. Wyjątkowa to hipokryzja, bo akurat w tym miejscu nie ma żadnych ambon zbudowanych przez koła łowieckie, a kilkadziesiąt ambon stojących na skraju lasu zbudował i utrzymuje... Drawieński Park Narodowy (patrz fotografia w tym tekście).

Kilkakrotnie już tu wspomniany DPN ma zresztą szczególne osiągnięcia w konstruowaniu uzasadnień dla konieczności „redukcji zwierzyny”. Ze strony internetowej tego parku dowiedzieć się można m.in., że „dziki przyczyniają się do wyjadania jaj żółwi błotnych oraz likwidują populacje ptaków gnieżdżących się na ziemi (w tym wypadku puchaczy)”. W opinii ornitologów i herpetologów jest to przyrodnicza bzdura. Jednak nawet tak grubymi nićmi szyte uzasadnienia podobają się Ministerstwu – może dlatego, że co najmniej kilka pracujących w MŚ i w dawnym Krajowym Zarządzie Parków Narodowych osób regularnie przyjeżdża tu na polowania.

Lobby polujących w Drawieńskim Parku Narodowym jest zresztą szerokie i rozgałęzione. Ten „elitarny obwód łowiecki” stał się już znany w Warszawie. Na polowaniach, zapraszane przez Dyrektora DPN, pojawiają się tu znane postaci ze świata kultury i polityki. W parku polują także lokalni notable...

Lobby łowieckie zwycięża też w innych parkach. We wrześniu pisaliśmy, że od 2004 r. mają być wprowadzone polowania na dziki w Parku Narodowym Ujście Warty. Dyskusje dotyczyły odstrzału ok. 20 dzików. Już w 2005 r. polowania jednak zaczną się z większym rozmachem – pomijając jakąkolwiek publiczną dyskusję Dyrektor zaproponował, a Minister zaakceptował wyrok na 60 dzików w tym roku.

Symbolem stosunku parków narodowych do zwierzyny pozostaje oficjalna strona internetowa Wolińskego Parku Narodowego, na której znajduje się cały dział poświęcony... łowiectwu.

Potulne Rady

W końcu listopada Minister Swatoń powołał nowe Rady Naukowe parków narodowych. Był to wymóg nowej ustawy o ochronie przyrody, która przerwała kadencje dotychczasowych Rad. Pod pretekstem „ograniczenia kosztów i usprawnienia funkcjonowania rad parków”, w ustawie wprowadzono również limit maksymalnej liczby członków takiego organu. Jak się okazuje, był to dobry pretekst, żeby przy okazji zapewnić „właściwy” skład rad.

Skład nowych Rad Naukowych parków narodowych okazuje się pozbawiony wszystkich osób, które dotychczas miały własne, odmienne od oficjalnego zdanie na temat funkcjonowania poszczególnych parków. I w tej sprawie Minister zdał się w stu procentach na propozycje dyrektorów. A ci, oczywiście pod pretekstem „konieczności ograniczenia liczby członków”, dobrali sobie do rad tylko takich naukowców, którzy do ochrony parku zbytnio się nie wtrącają. Nawiasem mówiąc, mimo przywrócenia radom nazwy „naukowych” – w większości z nich więcej jest urzędników i samorządowców, niż pracowników nauki.

Klasyczny przykład to np. skład rady Tatrzańskiego Parku Narodowego. W nowej kadencji nie będzie w niej wielu znanych obrońców tatrzańskiej przyrody. Czyżby za karę za podpisanie się pod apelem Pracowni przeciw rozbudowie kolejki na Kasprowy? W kilku innych parkach – np. w Białowieskim i Drawieńskim – zrobiono to samo: ze składu Rad usunięto skwapliwie wszystkich tych, którzy w poprzedniej kadencji... na posiedzeniach mówili zbyt wiele.

Moment przełomu kadencji Rad w kilku parkach skwapliwie wykorzystano, by uniknąć zainteresowania Rady projektem zadań ochronnych na 2005 rok i dyskusji nad bardziej kontrowersyjnymi zapisami. Być może, dzięki „odpowiednim korektom” składu rad, w przyszłości nie trzeba będzie nawet niczego omijać...

Konkursy na dyrektorów – fikcja czy szansa?

W grudniu 2004 r., zgodnie z wymogami nowej ustawy, ogłoszono konkursy na dyrektorów parków narodowych. Wydawać by się mogło, że jest to sposób, aby wybrać najlepszych; by pozostawić na stanowiskach tych, którzy dobrze zarządzają swoimi parkami, ale jednocześnie dokonać zmian tam, gdzie na pewno ich potrzeba.

Szczegóły konkursów budzą jednak wątpliwości. Kryteria ustawiono tak, że dyrektorem parku narodowego może bez problemu zostać leśnik z kilkunastoletnim stażem w gospodarczym nadleśnictwie, który jednak w swojej karierze zawodowej nie miał nigdy nic wspólnego z ochroną przyrody. Nie może być za to dyrektorem np. ichtiolog, urbanista zajmujący się zagospodarowaniem przestrzennym, ani... absolwent studiów na kierunku „ochrona przyrody”.

Już wiemy, że w konkursach na dyrektorów nie wystartują osoby, które w minionych latach zdobyły uznanie środowiska przyrodników jako bardzo dobrzy i skuteczni dyrektorzy. Jak wiadomo, często płacili za to odwołaniem ze stanowiska. Dziś oni już mają tego dość. A może zbyt dobrze znają te mechanizmy i już wiedzą, jakie zapadną rozstrzygnięcia?

Nie jest wcale pewne, czy zwycięzcy konkursów naprawdę zostaną dyrektorami. Kryteria ustalono w taki sposób, że wynik konkursowej procedury może się okazać fikcją. W praktyce to Minister ma dokonać ostatecznego wyboru kandydata spośród wszystkich „zakwalifikowanych przez komisję”. A próg tych kwalifikacji jest tak niski, że prawie wszyscy kandydaci niemal na pewno go przekroczą...

Jak zachowa się Minister wobec wyników – zobaczymy za jakiś czas. Obawy, jakie można mieć, nie są jednak wyssane z palca. Sprawa zadań ochronnych na 2005 r., zwycięstwa „opcji łowieckiej”, „poprawienie” składów Rad Parków, a także „odpowiednie” zasady konkursu na dyrektorów – wszystko to świadczy, że w Ministerstwie Środowiska istnieje silne lobby ludzi uważających, iż parki narodowe to takie trochę inne nadleśnictwa, które mają utrzymać się ze sprzedaży drewna, gdzie można czasem pojechać na polowanko, gdzie pracować powinni „swoi ludzie” i od których jak najdalej należy trzymać nawiedzonych ekologów, bo jeszcze będą się wtrącać, mieszać i upominać o jakąś przyrodę. Dotychczasowe decyzje sygnowane przez Ministra sugerują, że tak naprawdę podejmuje je wcale nie on, a właśnie ta „grupa trzymająca parki”.

Remigiusz Okraska, Radosław Szymczuk