Miesięcznik Dzikie Życie

5/131 2005 Maj 2005

Dzikie początki

Maciej Narczyński

Coś się dzieje. Podczas gdy na stanowisku dyrektorskim któregoś z parków narodowych zasiada kolejny kundel na samorządowym łańcuchu, gdy gmina Lutowiska mówi „do zobaczenia” kolejnym transportom potężnych dłużyc jodłowych, gdy naukowcy organizują arcymądre konferencje, na których głowią się nad ratowaniem wypłycających się zbiorników wodnych i zarastających polan – coś się zmienia. Nic to nowego, działo się tak już wcześniej, można by rzec, że zawsze. Dzieje się teraz i będzie się działo.

Przyroda leczy swoje rany, czy też lepiej powiedzieć, iż odrastają jej włosy tam, gdzie je uprzednio ucięto. Rzekł by ktoś, iż nic to wielkiego, ot kilka drzew na zdziczałej łące czy kępki traw na rozjeżdżonej drodze. Jednak jeżeli poczekać dłużej, wówczas to „nic wielkiego” staje się czymś szczególnym, niebywale spontanicznym w porównaniu chociażby z ogolonym trawnikiem czy lasem gospodarczym, który z prawdziwym lasem nie ma wiele wspólnego. Znam jedno takie miejsce z niskiej części Bieszczad. Jest to mały wąwóz, o którym nieszczęśliwy ludzki światek, jak się wydaje – zapomniał.

To doprawdy maleństwo, dziesięć minut drogi wystarczy, by znaleźć się po jego drugiej stronie. Niegdyś było tu gospodarstwo, o czym przypomina jeszcze podmurówka jednej z budowli. Misternie dopasowane rzeczne kamienie kiedyś dźwigały ściany domostwa, a teraz toną w zwartych łanach trzcinnika. Także rozsiane po okolicy stare jabłonie i grusze mówią, iż miejsce to zamieszkiwał kiedyś człowiek. Niesamowite to drzewa, grube i niskie, o gałęziach powywijanych we wszystkie możliwe strony. Wyglądają jakby je żywcem z jakiejś baśni wyjęto. Powoli zamierają. Część z nich okryta mchem i porostami. Niektóre gniją i toczy je rak. Wówczas przybierają najdziwniejsze z kształtów – jakby w bólu poskręcane, spękane, pokryte rozmaitymi guzami i naroślami. Bez trudu można w nich wypatrzyć zaklęte w drewnie postacie ludzi, zwierząt, diabłów i czegokolwiek kto chce. Obumarłe stare konary, gdy złamane pachną winem i zwabiają tą wonią całe zastępy różnorakich owadów. Jedna z tych zamierających jabłoni jest szczególna. Kształtem przypomina człowieka. Po obu jej stronach obłamały się gałęzie, wygląda to tak, jakby człowiek rozkładał ręce, bezradny wobec nadchodzącej śmierci. Chciałoby się mu rzec: „spokojnie, wszystkich nas to czeka”. Jabłonie gasną powoli. Zostaje po nich pieniek z kilkoma odroślami, a potem już tylko dzięcioł z zapałem opukujący spróchniały kikut przypomina o minionych czasach dawnej świetności.

Jednak koniec jednego życia oznacza tu tyle, co początek drugiego. I oto w rozwidlenie konarów spróchniałej gruszy zakradł się malutki świerk i ukorzenił w drobinach powstałej tam gleby. Czas człowieka się skończył i teraz zaczyna wkraczać tu las. Różnorodne krzewy zachęcają ptactwo do gniazdowania i wabią roślinożerców. Gęste zarośla tworzą głóg i tarnina, regularnie strzyżone przez żerujące sarny i jelenie. Plątanina pędów, cierni i listowia zapewnia doskonałą osłonę ptakom, które zdecydowały się założyć tu swoje gniazda. Finezyjnie splecione wylęgarnie dopiero zimą – gdy opadną liście – stają się widoczne dla ludzkich oczu. Któż by w lecie pomyślał, że jest tu ich aż tyle, ile widać w zimie. Nie sposób też nie zauważyć tych dwóch jałowców, jakichś takich dziwnie dużych, przypominających wbite w ziemię miotły. Latem czarny bez, łany jeżyn i malin, kuszą swymi owocami różne leśne stwory: kuny, lisy, nawet dziki. Z końcem lata orzechy oferuje leszczyna, a na zimę zostają jeszcze róża, głóg i tarnina. Nie zdziwiłbym się, gdyby udało mi się wypatrzyć tu rysia lub żbika, wszak warunki do podejścia ofiary są wyśmienite.

Masy powietrza spływające z pobliskiego Otrytu, przygnały tu nasienie świerka. Po czym drobinka ta przeistoczyła się w istnego giganta. Z tysięcznej części grama wyrosły tysiące kilogramów. Kolos leży teraz na dnie parowu, gdyż powaliła go wichura. Gdy cielsko to leciało w dół, zapewne inne drzewa stały na baczność i salutowały, a gdy trzasnęło o grunt, to wszystkie wyskoczyły z ziemi razem z korzeniami. W lipcowym słońcu na jego potężnym pniu, z rozkoszą wygrzewają się jaszczurki zwinki. Jest tu też inny świerk, jeszcze żywy, ale jego kres bliski. W środku wypróchniał i swego czasu było to gniazdo dzikich pszczół. Gdy pewnego razu się tu zjawiłem, połowa pnia była rozerwana. Wokół drzewa walały się w nim kawałki próchna. Głębokie bruzdy wyryte w podpróchniałym drewnie wskazywały, iż miodem uraczył się niedźwiedź.

Pod świerkiem tamtego lata pojawił się śmierdziel, znany częściej jako sromotnik bezwstydny. Wydzielał swój smród, by wabić muchy, którym bardzo ten odór odpowiada. Zwabił i mnie, bo ja lubię go na równi z muchami. W całej tej mozaice drzew, polan i krzewów przeważa olsza szara. Ten znienawidzony „chwast”, jak mawiają leśnicy. „Chwast”, który ponoć bardzo tępi piły. Gdy tego słucham, nie wiem, ile olszy trzeba wyciąć, aby piła stała się bardziej tępa od leśnika. Między olszami czai się już kilka buków. To do nich będzie należeć ostatnie słowo – o ile można powiedzieć, że ono w ogóle do kogokolwiek należy. Jest ich kilka, rozpychają się, rozpierają i wciskają swe pędy w korony innych drzew. Gdzie tylko jest odrobinę miejsca, tam już leci bukowa wić, niosąca ciemnozielone, skórzaste liście. Rosną bardziej na boki niż w górę. One dadzą początek buczynie karpackiej, która w przyszłości zawładnie tym wąwozem. Lecz pamiętajcie buki, nikt nie trwa wiecznie, koniec jest tu początkiem, a początek zwiastunem końca. Chyba, że nie ma „nikta”, więc wiecznie trwa wszystko.

Przyznam, że głupio jest pisać o Przyrodzie i prawdę powiedziawszy nie lubię ani o niej pisać, ani czytać. Dlaczego głupio? Gdybym rozmawiał z kimś, kto całe życie siedział w ciemnej piwnicy i opowiadał mu, jak wyglądają chmury, jak się kłębią, przyjmują kształt pierza, baranów, jak w ich stalowej zasłonie toną szczyty gór, jak o zachodzie na moment rozpala je słońce – czy wówczas ten biedak mógłby powiedzieć, że wie jak to jest oglądać chmury? A jeśli opowiem komuś, jak przestraszył mnie dzik, gdy zerwał się spod mych nóg spłoszony ze swej dziennej ostoi, jak wtedy skoczyło mi serce do gardła i mało nie wyplułem żołądka, czy wówczas ten ktoś może powiedzieć, że wie jak to jest przestraszyć się dzika? A gdy oznajmię, że umarł mi ktoś bliski i że czuję z tego powodu smutek, czy osoba której to opowiadam może na podstawie tego stwierdzić, iż wie już co to za uczucie?

Stoję teraz na dnie tegoż wąwozu i słucham, jak siurka strumyk. Tak właśnie – siurka – i niech nikt, kto go nie słyszał, nie waży mi się nazwać tego inaczej! Woda czysta krystalicznie i zimna. Moczę sobie nogi. Kawałek dalej w dół strumienia, w podmytych korzeniach mieszka rzęsorek rzeczek. Mam nadzieję, że woda obmywająca moje stopy nie pokrzyżuje mu planów na dzień dzisiejszy. Przypomina mi się pewne spotkanie ludzi zaangażowanych w ochronę przyrody, które odbyło się w północnej Polsce, w Puszczy Rominckiej. Trwało ono około tygodnia. Na koniec siedzieliśmy przy wspólnym ogniu i wtedy jeden z uczestników zadał nam wszystkim i sobie samemu pytanie: „Co możemy zrobić dla tego miejsca”?. Zapanowała cisza, siedzieliśmy, myśleliśmy, padło kilka propozycji, ale ostatecznie niczego nie ustalono. Dzisiaj już wiem, co można zrobić dla tamtego miejsca, dla tego, w którym jestem teraz i dla każdego innego: iść stąd. Oto najlepsze, co można zrobić. Nie pomagać, nie poprawiać, zostawić w spokoju. Przyroda sama najlepiej sobą zarządzi, sama się naprawi i zagospodaruje. Przyrody nie trzeba chronić – wystarczy jej nie niszczyć. Myślę, że warto o tym pamiętać. A teraz – idę.

Maciej Narczyński