Miesięcznik Dzikie Życie

5/131 2005 Maj 2005

Tyle zmian, a wszystko po staremu – parki narodowe po konkursach dyrektorskich

Remigiusz Okraska, Radosław Szymczuk

W połowie kwietnia zamknięto pierwszy etap konkursów na dyrektorów parków narodowych. Toczą się jeszcze tylko powtórzone konkursy dla tych parków, dla których postępowanie unieważniono z braku odpowiedniej liczby kandydatów. Dotychczasowe wyniki umożliwiają już jednak pewne podsumowania. Niestety, wnioski płynące z przebiegu tego procesu nie są optymistyczne. W wyniku konkursów i następujących po nich decyzji Ministra, swoje posady zachowali – poza jednym wyjątkiem – wszyscy dotychczasowi dyrektorzy, którzy tego chcieli. Na pierwszy rzut oka wygląda, że kadrę kierującą parkami narodowymi mamy doskonałą i idealną. Czy aby na pewno?

Niektórzy wiedzieli, że tak będzie. „Konkursy są tylko dla picu. Zobaczycie, że i tak zostaną wszyscy ci co byli” – powiedział nam pół roku temu jeden z pracowników Ministerstwa Środowiska. Podobne podejrzenia docierały do nas ze środowiska pracowników parków. Sami taki bieg wypadków przewidywaliśmy np. w stosunku do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Łudziliśmy się jednak, że podobne „ustawianie” konkursów nie będzie dotyczyło parków w całej Polsce. Wiedzieliśmy, że będą naciski, tarcia i frakcje. Wierzyliśmy jednak, że powoływanie dyrektorów będzie procedurą, której wyniki nie są znane zawczasu. Dziś jednak, w świetle wyników i wręczonych dyrektorskich nominacji, przychodzi nam tylko dziwić się ogromowi własnej naiwności.

W Internecie, na stronach Ministerstwa Środowiska można prześledzić skład komisji konkursowych oraz nazwiska kandydatów, którzy wystartowali w konkursach. Porównanie tych danych, a także ich analiza, jest pouczająca. Wśród „przedstawicieli urzędu obsługującego Ministra Środowiska”, których Minister wybrał do komisji (to jest w praktyce wśród powołanych do komisji pracowników Ministerstwa), większości wcale nie stanowią pracownicy Departamentu Ochrony Przyrody – tego, który wydawałby się najbardziej powołany do oceny kwalifikacji ludzi mających pracować w ochronie przyrody. Najliczniejszą grupę reprezentantów wstawił do komisji Departament Ekonomiczny. Drugi pod względem liczebności swoich reprezentantów okazał się... Departament Leśnictwa. To chyba znaczący symbol tego, jak ministrowie Swatoń i Witkowski pojmują rolę parków narodowych oraz ich priorytety.

Reprezentacja departamentu przyrodniczego niemal w całości składała się natomiast z pracowników dawnego Krajowego Zarządu Parków Narodowych – instytucji zlikwidowanej pół roku temu m.in. dlatego, że spleciona z urzędującymi dyrektorami parków narodowych siecią koleżeńsko-myśliwskich powiązań, blokowała skuteczne zarządzanie i reformy sposobu działania parków narodowych.

Powołując członków komisji, Minister nie przejmował się elementarnymi zasadami przyzwoitości ani nie starał się zapewnić obiektywizmu ocen. Jak pisaliśmy już w poprzednim numerze, dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego wybierał m.in. Piotr Bąk – burmistrz Zakopanego. A gdy w konkursach na dyrektora kilku parków wystartował Tomasz Barczak, pracownik Departamentu Leśnictwa w Ministerstwie Środowiska, do większości oceniających go komisji Minister powołał jego kolegę z ministerialnego pokoju, Ryszarda Leszczyńskiego. Są to zjawiska żywcem przeniesione z tzw. republik bananowych, gdzie bez najmniejszego zażenowania „ręka rękę myje”...

„Komisje, jeżeli chciały, mogły działać samodzielnie. Z drugiej strony jednak powietrze Ministerstwa przesycone było delikatną, lecz ciągłą presją, by nie skrzywdzić dotychczasowych dyrektorów” – powiedział nam jeden z członków komisji konkursowej. I rzeczywiście nie skrzywdziły. Tylko w jednym przypadku urzędujący, a startujący w konkursie dyrektor znalazł się poza grupą kandydatów „rekomendowanych ministrowi”.

Komisje mogły być obiektywne jeżeli tylko chciały – ale czy chciały? To już zupełnie inne pytanie, a odpowiedź na nie jest ukryta za zamkniętymi drzwiami ministerialnego pokoju.

Regulamin konkursu przewidywał, że komisja na podstawie przedstawionej przez kandydatów koncepcji zarządzania parkiem narodowym oraz rozmowy kwalifikacyjnej ma zarekomendować Ministrowi co najmniej dwóch kandydatów do wyboru. Minister takiego wyboru dokonał. Zgodnie z regulaminem, miał do tego prawo – my jednak mamy prawo przyjrzenia się podjętym decyzjom i ich przeanalizowania.

W stu procentach przypadków, w których dotychczasowy dyrektor parku znalazł się wśród rekomendowanych kandydatów, on właśnie otrzymał nominację – i to zupełnie niezależnie od wyniku uzyskanego w konkursie. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje więc, że takie było jego aprioryczne założenie.

Minister Środowiska odrzucił tym samym wszystkie „próby reformy” funkcjonowania poszczególnych parków narodowych, których nośnikiem byli konkretni kandydaci. Także w sytuacjach, w których reformy takie są konieczne.

Symboliczna wydaje się tu decyzja ws. Białowieskiego Parku Narodowego. Minister wybrał Józefa Popiela, dotychczasowego dyrektora parku, mimo że uzyskał on najmniejszą liczbę punktów w konkursie. Tym samym minister opowiedział się bardzo wyraźnie za kontynuacją dotychczasowej polityki parku, polegającej na nasilaniu dochodowych cięć w lasach, zwłaszcza pod pretekstem ochrony ich przed kornikiem, a równocześnie na potężnej – zdaniem wielu przyrodników nadmiernej – rozbudowie infrastruktury turystycznej, realizowanej w sposób nie zważający na ustalenia projektu planu ochrony parku, a wkraczającej nawet w ściśle chronione obszary. Decyzja ministra potwierdza, że jego zdaniem tak właśnie być powinno, a innych rozwiązań szukać nie należy. Dyrektor Józef Popiel ma specyficzne podejście nie tylko do samego zarządzania parkiem, ale także do uczestników „gry w ochronę przyrody”. Najbardziej dobitnym przykładem tego stosunku są słowa dyr. Popiela, który stwierdził: „Pozarządowe organizacje ekologiczne są zagrożeniem dla skutecznej ochrony ekosystemów leśnych w parkach narodowych”. Tak oczywistej bzdury nawet nie ma sensu komentować.

Z kolei w Drawieńskim Parku Narodowym minister wybrał na stanowisko innego „wiecznego" dyrektora, Tadeusza Kohuta, odpowiedzialnego m.in. za wycięcie w Parku 5 lat temu kilkunastu hektarów najcenniejszych bukowych starodrzewów pod pretekstem ich „przebudowy". Ten dyrektor od lat konsekwentnie prowadzi park drogą „intensywnej przebudowy drzewostanów” (w praktyce: wycinania starodrzewów wszędzie tam, gdzie uda się wykazać ich niezgodność z siedliskiem) i przekształcania DPN w teren polowań dla warszawskich urzędników. Decyzja ministra potwierdza, że taka wizja funkcjonowania parku narodowego ma jego pełną akceptację. Odrzucona została wizja – i tak niedostatecznej – reformy tego procederu, zaproponowana przez kontrkandydatkę, która w konkursie zdobyła tyle samo punktów co urzędujący dyrektor.

W Tatrzańskim Parku Narodowym minister wybrał Pawła Skawińskiego, dyrektora pasywnego w przeciwstawianiu się zagrożeniom tatrzańskiej przyrody; dyrektora, który nie obronił Parku ani przed faktycznym zniesieniem ochrony całej Doliny Chochołowskiej (przez przeznaczenie jej do tzw. ochrony krajobrazowej), ani przed planami rozbudowy kolejki na Kasprowy. Decyzja ministra sprawi, że TPN nie obroni się też przed kolejnymi, przyszłymi zagrożeniami, bo zdaniem dyrektora Skawińskiego „nie da się tego zrobić”, a „najważniejsze to nie prowokować konfliktów”.

W Karkonoskim Parku Narodowym minister wybrał Ryszarda Mocholę. I choć ten akurat dyrektor ma wiele zasług w ochronie karkonoskiej przyrody, to szkoda też reformatorskich wizji proponowanych przez jego kontrkandydata. KPN wydaje się bowiem pogrążony w stagnacji i marazmie, a w kilku miejscach jest też rozszarpywany przez narciarskich inwestorów, przed którymi nie potrafi się obronić.

Koszt przeprowadzenia konkursów na dyrektorów można oszacować na ok. 50 tys. zł. Dodatkowo zużyto na nie ok. 250 „roboczodni”, odrywając członków komisji od innych zajęć. W wyniku konkursów mamy niemal bez wyjątku „nowych starych dyrektorów”.

Wszyscy, z którymi rozmawialiśmy, mówią także – ale nieoficjalnie – o atmosferze polityczno-kolesiowskich przepychanek. O dorabianiu gęby rozrabiaków i awanturników lub „nawiedzonych fundamentalnych ekologów” tym kandydatom, którzy chcieli w swoich parkach coś zmienić na lepsze. O „załatwianiu” odpowiednich decyzji przy wódce lub na polowaniach... O anonimach i donosach. Ten konkurs obudził w ludziach złe emocje. A nie zmienił niczego – zwłaszcza na lepsze.

Remigiusz Okraska, Radosław Szymczuk