Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/133-134 2005 Lipiec / sierpień 2005

Park narodowy – wiatr dyrektorem, dzięcioł zastępcą

Maciej Narczyński

Jest taka opowiastka, jak zwierzęta z jednego podwórka wybierały sobie króla. Były wśród nich: kury, kot, gęsi, krowy, kaczki, pies i kilka świń, z których jedna była obecnym władcą. Zbliżało się jednak świniobicie i trzeba było wybrać następcę. Świnia-król, wybrana wcześniej przez ogół zwierząt, zarządziła, iż to właśnie ona sama wskaże zwierzę, które będzie rządziło po niej. I kogo wybrała? Głupie pytanie. Oczywiście, że świnię, bo świnia zawsze wybierze świnię. Konkursy dyrektorskie w parkach narodowych nie pozostawiły złudzeń, co do tego, że Przyroda w polskich parków nie będzie chroniona inaczej niż dotychczas – sztucerem, piłą spalinową, nieograniczonym ruchem turystycznym, wyciągami narciarskimi itp.

Ludzkość przypomina mi trochę moją kozę. Sympatyczne to zwierzę, miele trawę, wydala gazy i patrzy na mnie obojętnym wzrokiem. Nie bardzo ją interesuje to, czy jutro będzie owies w żłobie, skąd bierze się czysta słoma na wyściółkę stajni i dlaczego, gdy wraca z pastwiska napchana trawą jak balon powietrzem, zawsze znajduje świeżą wodę w poidle. Nieistotne jest dla niej skąd bierze się siano na zimę i dlaczego ja się nią opiekuję. Ważne jest, że teraz to robię i ważne jest, że teraz, kiedy jej się chce jeść i pić – ma to wszystko ode mnie. Pewnego dnia za słabo wbiłem palik w ziemię i koza uciekła do lasu (pomyślałem: „choć nie jem trawy, mamy jednak coś wspólnego ze sobą”). Jej orzeszek ukryty pod sierścią między rogami zaprowadził ją do lasu, nie powiedział jej jednak, że może ją tu zjeść wilk lub niedźwiedź, albo że gdy przyjdzie zima, to zamarznie lub umrze z głodu. Nie, bo teraz wilka nie ma, bo teraz jej się nie chce jeść, gdyż jest najedzona, teraz jest ciepło i nie zamarznie. A jutro?

Znalazłem ją stojącą między krzewami leszczyny. Patrzyła na mnie tym samym mętnym wzrokiem i wątpię, by wiedziała, że coś jest nie tak. Zwabiłem nieboraczkę miseczką owsa (którego akurat zawsze jej się chce) i zaprowadziłem do stajni. Myślę sobie, że ta kózka jest jak żywioł, jak woda w rzece, ona po prostu płynie. Płynie w swoją stronę, bez względu na to dokąd i dlaczego, nie zważając na to, co czeka ją na końcu i kiedy ów koniec nadejdzie. Czyż nie widać tu analogii? Na przykład, narciarze – wielbiciele „białego szaleństwa” – pragnący za wszelką cenę masturbować się w swój ulubiony sposób. Co tam góry, co im tam dziedzictwo przyrodnicze, któż by myślał o przyszłości. Oni chcą się ślizgać – teraz im się chce! Kiedyś pomyślałbym, że ta ludzka masa, ten bezwolny glut, jest winny zniszczenia. Przecież im się chce, a popyt kształtuje podaż. Czy jednak jest sens winić kozę o to, że jest kozą?

Z łezką w oku spoglądam w karty historii, kiedy to obszar dzisiejszej Polski, a nawet całej Europy porastały dzikie puszcze, a jelenie, żubry, wilki, rysie, tury, były zjawiskiem równie pospolitym jak dzisiaj wróbel. Swego czasu Puszcza Białowieska tworzyła ciągłość z lasami Lubelszczyzny aż po Karpaty. Jeszcze całkiem niedawno w Karkonoszach żyły niedźwiedzie, namiętne ryki jeleni regularnie rozrywały ciszę jesiennych dni, a w rzekach kłębiły się ławice ryb. Dziś brzmi to trochę jak bajka. Lasy zamieniono na pola i asfalt. Tura nie ma już około pół wieku. Ryś jest poważnie zagrożony wyginięciem, żubry, wilki, niedźwiedzie i inne zwierzęta przelicza się na sztuki, jak zapałki w pudełku. Aż trudno uwierzyć, jacy byliśmy kiedyś bogaci.

Gdy spoglądam wstecz i obserwuję to, co dzieje się dzisiaj, nasuwa mi się jeden wniosek. Dla człowieka Przyrody jest zawsze za dużo. Zawsze da się coś z niej uszczknąć, coś skonsumować, przerobić na forsę. Historia człowieka jest historią ekspansji – niszczenia innych gatunków zwierząt i namnażania się. Jest to o tyle zatrważające, że pomimo widocznych skutków destrukcji, której jesteśmy przyczyną, ciągle nie potrafimy wyciągnąć żadnych wniosków na przyszłość. Pomimo tego, że z Przyrody zostały już jedynie strzępy, usilnie twierdzimy, iż nic się nie stanie, jeśli zabrać jeszcze coś więcej. Najprawdopodobniej zniszczymy wszystko do końca, bo niby dlaczego akurat teraz mielibyśmy przestać niszczyć, skoro robimy to od zarania dziejów?

Są takie organizmy – ni to zwierzęta, ni to grzyby – zwane śluzowcami. Mają konsystencję galarety i są saprobami odżywiającymi się martwą materią organiczną, z którą mają styczność. Jeśli oderwać kawałek plechy śluzowca i odłożyć na inne podłoże organiczne, oderwany fragment zacznie funkcjonować jak odrębny organizm. Można powiedzieć, że gdzie się śluzowiec przetoczy, gdzie skapnie lub do czego przyklei, tam automatycznie zaczyna trawić to, z czym ma styczność. I wierzcie lub nie, ale śluzowiec nie przestanie odżywiać się i rozmnażać nawet na sekundę przed swoją śmiercią. Taki to już z niego bezwolny śluz.

Przyznam, że przytłacza mnie skala zniszczeń i czuję się bezsilny. Bo i cóż mogę zrobić. Wyjść na ulicę i machać transparentem, czy napisać list do ministra środowiska, który zdobył swój urząd w taki sam sposób, jak poprzednia świnia. Można odnieść wrażenie, iż śluzu nie da się zatrzymać. Jednak trzeba myśleć. Skoro śluz nie myśli, powinien myśleć każdy, kto uważa się za człowieka. Różne drogi mogą prowadzić do jednego celu. Przede wszystkim warto uświadomić sobie, co się dzieje i głośno nazwać rzeczy po imieniu. A zatem uwaga: to, co się dzieje z parkami narodowymi jest szaleństwem! Jestem pewien, że nie wszystkim wydaje się to oczywiste. Bowiem gdy u kogoś w mieszkaniu czuć swąd, ten ktoś może o tym nie wiedzieć. Gdy wchodzi ktoś z zewnątrz, czuje coś, ale jak trochę posiedzi, to czuje coraz mniej, a z czasem całkiem się przyzwyczaja.

Innymi słowy, dewiacja staje się chlebem powszednim, jeżeli jest obecna przez wystarczająco długi czas. Może więc warto spróbować wyjść na chwilę na balkon, wziąć głęboki oddech i wyobrazić sobie, jak to by było, gdyby normalne faktycznie było normalnym. Jak mógłby wyglądać park narodowy, w którym obrano za cel ochronę Przyrody? Przede wszystkim celem jego istnienia byłaby ochrona procesów naturalnych. Rzecz jasna istnieją wszelkie przesłanki ku temu, by „procesem naturalnym” nazwać chłopa w gumiakach i z ryczącą piłą w dłoniach, wycinającego trzystuletnią jodłę. Dlatego dodałbym jeszcze: procesów naturalnych, zachodzących poza bezpośrednim wpływem człowieka. Inaczej mówiąc, w parku rządzi Przyroda z wyłączeniem człowieka (śluzu). Nikt by tu nie ratował polan przed lasem, ani oczek wodnych przed torfem, ani Słońca przed tym, by nie zaszło i Ziemi, by się nie kręciła. Kadrę parku stanowiliby jedynie strażnicy będącymi przewodnikami do wynajęcia i naukowcami dokonującymi inwentaryzacji przyrodniczej. Na strażników rekrutowani byliby ludzie nigdzie nie zrzeszeni, bądź członkowie organizacji pozarządowych. Zresztą skromna pensja, jaką otrzymywałby strażnik, powinna skutecznie odstraszać wszystkie nienapasione paszcze. W parku nie byłoby dróg i nie można by się poruszać w nim pojazdami mechanicznymi. W trosce o Przyrodę parku, ruch turystyczny podlegałby ograniczeniom.

To tyle. Jakie to proste, jakie przejrzyste, wręcz banalne. Nie trzeba żadnych rad naukowych, żadnych „pałaców Mocholi”, samochodów terenowych, „przebudowy drzewostanów”, ambon i ochrony zwierzyny (przy pomocy ołowiu), żadnych konkursów dyrektorskich za 50 tys. złotych i żadnych innych „piątych kół u wozu”. Prawda, że nie odkrywam Ameryki? Ja tylko wychodzę na balkon, o którym pisałem wcześniej. Dodatkowo, aby zwiększyć edukacyjny walor parku (specjalnie dla leśników z Białowieży), w jego godle umieściłbym kornika drukarza. I to nie jakiegoś tam kornika, lecz tego mordercę, poszukiwanego za „zabicie tysięcy świerków”. Narysowałbym go przyłapanego na gorącym uczynku, gdy oblizuje żuwaczki ociekające krwią bezbronnej choinki. Poza tym nie starałbym się skłonić odwiedzających do zapamiętywania nazw roślin i zwierząt, jak to mają w zwyczaju obecne parki. Raczej wolałbym nakłonić przybyłych do tego, aby się wyciszyli i więcej słuchali niż gadali.

Obserwując Przyrodę, można się od niej uczyć. „Uczyć się od Przyrody” – już dawno to słyszałem, jednak niewiele dla mnie znaczyło. Dzisiaj rozumiem więcej, a nawet mogę powiedzieć, że nie ma lekcji bardziej wartościowej od tej, którą oferuje Przyroda. Jest to bowiem lekcja o tym, jaki jest świat, kim jest człowiek i jakie jest jego miejsce w tym świece, jaki jestem ja sam i jaka jest kolej rzeczy w życiu. Jest to lekcja wbrew pozorom bardzo uniwersalna, a wiedza z niej wyniesiona nie traci swego sensu ani w dżungli tropikalnej, ani w dżungli betonowej, ani wśród pierwotnych plemion, ani wśród troglodytów w garniturach. Śluz, który się tak często w tym tekście przewija, jest jednym z wielu tematów tej lekcji, zaś połączenie wiedzy o nim z odpowiedziami na pytania: Jak trwałe jest życie? Jak silny jest instynkt przetrwania? Jakie skutki niesie za sobą śmierć jednego gatunku? (na które również odpowiada Natura) – pozwala mi patrzeć na ludzką ekspansję z pewnego dystansu i tym samym nie stać się „prawdziwym wyznawcą”. Choć nie powiem, by była mi ona obojętna.

Zapewne większość dyrektorów parków narodowych po przeczytaniu tego tekstu przykleiłaby mi etykietkę „eko-oszołoma”. Hmm... zastanówmy się. Uwielbiam spać pod gołym niebem, tęskno mi do wielkiego starego lasu, a każdy następny wschód i zachód Słońca cieszy mnie tak samo, jak poprzedni. Nie znoszę hałasu i zgiełku wielkich miast. Zamiast robić karierę i biznes, wolę grzebać motyką w swoim ogródku. No i w dodatku nie chcę mieć dzieci. To znaczy chcę, bo przecież bezdzietność niejako zaprzecza sensowi istnienia. Ja natomiast ten sens widzę, ale tylko w dzikich górach i lasach, a tych coraz mniej. Nie chciałbym więc, aby moje dziecko powiedziało do mnie: „Tato, po co mnie tu zesłałeś, skoro wszystko co kochasz i co nauczyłeś mnie kochać, przestaje istnieć?”. No i poza tym wszystkim chciałbym, aby w parku narodowym rzeczą nadrzędną nad interesami zgrai kolesiów była ochrona Przyrody. I co, kwalifikuję się na eko-oszołoma? Cóż mogę powiedzieć? Niech śluz się ślizga, jak mu się chce. Widocznie inaczej być nie może.

Maciej Narczyński