Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/138-139 2005/2006 Gru 2005 / Stycz 2006

O człowieku i lesie

Krzysztof Wojciechowski

Kilka miesięcy temu ukazała się książka autorstwa Janusza Korbela pt. „Człowiek i las”. Publikacja ta niewielka objętościowo (zaledwie 40 stron) niesie w sobie nieproporcjonalny ładunek treści. W podtytule Janusz pisze, iż jest to: „historia związków człowieka z lasem na przykładzie Puszczy Białowieskiej”. I rzeczywiście tak jest. Autor analizuje w niej bowiem pokrótce historię Puszczy, czy może nawet bardziej człowieka żyjącego „z Puszczy”, czerpiącego z niej garściami, nie dając w zamian dosłownie nic.

Dla mnie jest to jednak przede wszystkim książka obalająca mity. Wszelkie mity związane bezpośrednio z Puszczą, a pośrednio w ogóle ze stosunkiem człowieka do lasu. Zarówno te mity, które są „na rękę” przyrodnikom, jak i te, które rozpowszechniają ich przeciwnicy. Już na początku książki autor stwierdza: „Pierwotni mieszkańcy lasów, podobnie jak Indianie, nie byli miłośnikami przyrody”. Stwierdzenie to, mimo że opatrzone solidnym komentarzem na temat roli lasu jako domu dla jego mieszkańców (w tym ludzi), kładzie na łopatki całą „filozofię raju”, opowieści o szlachetnym dzikusie, o powrocie do natury i życiu w harmonii z nią. Ludzie szanowali las tylko dlatego, że byli od niego zależni w sensie egzystencjalnym. Bez lasu nie było życia. I warto sobie to uświadomić. Rzecz jasna nie powinno to implikować zachowań barbarzyńskich (skoro możemy sobie już bez niego poradzić, to należy go wyciąć), lecz wręcz przeciwnie: uświadamiając sobie ten fakt, bogatsi o wiedzę, tym bardziej winniśmy chronić to, co jeszcze zostało.

Kolejnym obalonym mitem jest to, jakoby Puszcza Białowieska była w jakiś szczególnie godny do naśladowania sposób chroniona przez książęta, królów i carów. Historia Puszczy jasno pokazuje, że owa ochrona wyglądała tak, jak ogrodnik czy rolnik chroni pole z uprawą, aby móc w odpowiednim czasie wiele, jeśli nie wszystko z niego wziąć. Puszcza zawsze była albo zasobem drewna, albo miejscem łowów, albo źródłem pozysku innych darów lasu (miód, węgiel drzewny itd.). Nawet zaniechanie wyrębów w latach 20. XIX wieku nie wynikało z troski o ten drzewostan, lecz spowodowane było wysokimi kosztami pozyskiwania drewna. Jak sam Janusz zauważa: „Nie szlachetność człowieka, lecz ekonomika oraz budząca dziś uśmiech korupcja, oszustwa i niegospodarność carskiej administracji /.../ zadecydowały, że eksploatacja była jeszcze większa”. I tak było praktycznie przez cały czas. O ochronie Puszczy lub raczej próbach ochrony wyłącznie ze względu na jej unikalne walory przyrodnicze, możemy mówić tak naprawdę dopiero od lat 20. XX wieku.

Ostatnim, być może najtrudniejszym do przełknięcia dla miłośników przyrody faktem jest obalenie mitu o zupełnej pierwotności i dzikości Puszczy. O tym, jakoby nie odbywała się tutaj ingerencja człowieka na taką skalę, jak w innych lasach. Jeszcze w XIX w. Adam Mickiewicz pisał: „Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy, Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?”, zapewne mając na myśli również Puszczę Białowieską, bo wszak leżała ona na granicy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wieszcz snuje dalej fantazyjne opowiadania o matecznikach, wnętrzu lasu, gdzie próżno nawet okiem spoglądać, nieprzebytych zwałach kłód, plątaninie strumieni itd. Można wybaczyć Mickiewiczowi, poecie, romantykowi i nie-przyrodnikowi, ów zachwyt całkowicie naiwny i nieprawdziwy. Oto bowiem, jak pisze autor omawianej książki, cytując Hedemanna, już w XVI wieku „nie było tu kawałka lasu, gdzie noga ludzka nie stanęła, gdzie ręka ludzka nie zostawiła po sobie przynajmniej zaciosu toporem na drzewie”. W latach 40. XIX wieku poszatkowano Puszczę na kilometrowe kwadraty. Niestety, nie było miejsc na tyle niedostępnych, by uchronić się przed człowiekiem, nie było matecznika i Arki Noego, gdzie „z wszelkich zwierząt rodu jedna przynajmniej para chowa się dla płodu”. Dla „puszcz imperatorów" (jak pisał Mickiewicz o żubrze, turze i niedźwiedziu) nikt nie okazywał szacunku – stawały się przedmiotem polowań jako królewska zwierzyna albo carskie bydło.

Puszcza przez wieki płaciła daninę wszystkim, co miała najcenniejsze, co mogło stać się wartościowe dla człowieka. Oddając wielkie połacie swoich terenów, czasami nawet 1/4 obszaru niemal jednorazowo – jak po Powstaniu Kościuszkowskim. Oddając swych czworonożnych mieszkańców, do ostatniego przedstawiciela gatunku (ostatni niedźwiedź padł w 1878 r., żubr ok. 40 lat później). Bez względu na to, czy władał nią Litwin, Polak, Rosjanin czy Białorusin, król, carski urzędnik, miejscowy chłop, sanacyjny polityk, hitlerowiec czy bolszewik – żaden z nich nie miał dla niej jakichś szczególnych względów.

I mimo, iż zdawać by się mogło, że największe zakusy na jej dobra już minęły – wciąż nie jest bezpieczna. Mimo, że powstał Białowieski Park Narodowy, że III RP na mocy ustawy zasadniczej winna rozwijać się w sposób zrównoważony, że dla akceptacji idei parku narodowego na terenie całej Puszczy wyłożono grube miliony, tylko po części możemy napisać tak, jak swego czasu Żeromski o Puszczy Jodłowej: „Żyj wiecznie, świątnico, ogrodzie lilii, serce lasów! Przeminęły nad Tobą czasy złe /.../ Ciągną inne, inne. Lecz kto może powiedzieć czy z plemienia ludzi, gdzie wszystko jest zmienne i niewiadome, nie wyjdą znowu drwale z siekierami, ażeby ciąć do korzenia macierz jodłową, na podstawie nowego prawa, w interesie jakiegoś handlu lub czyjegoś niezbędnego zysku”.

Oto na naszych oczach spełnia się to czarne proroctwo Żeromskiego, z tą tylko różnicą, że tną macierz nie jodłową (jodła w Puszczy Białowieskiej nie występuje), ale głównie dębową i świerkową. Bo czyż nie jest nowym prawem to, które zezwala na wycinanie drzew w pasie nadgranicznym (patrząc na wyrok sądu w Białymstoku tak właśnie jest)? Czyż nie jest „czyimś niezbędnym zyskiem” wycinanie wiekowych świerków i dębów (zasłaniając się walką z kornikiem)? Lecz tak jak Żeromski wołał: „Jakie bądź byłoby prawo, czyjekolwiek by było, do tych wszystkich barbarzyńców wołam z krzykiem: nie pozwalam! Puszcza królewska, książęca /.../ ma zostać na wiek wieków jako las nietykalny /.../ wielki oddech ziemi i żywa pieśń wieczności”.

Przeczytawszy książkę Janusza nasunęła mi się refleksja, że chyba każdy mógłby taką opowieść napisać – o historii związków człowieka z lasem w swojej okolicy. Może nie tak długą, może nie tak dobrze udokumentowaną, ale może nawet bardziej dramatyczną niż ta. Bo ileż jest takich lasów w okolicach każdego z nas. Moja rodzinna ziemia – Skierbieszowski Park Krajobrazowy, jest obecnie zalesiona jedynie w 21%. Tymczasem wystarczy przeglądnąć stare mapy, od Topograficznej Karty Królestwa Polskiego z lat 30. XIX wieku, poprzez Karte des Westlichen Russlands czy też przedwojenne WIG-owskie „setki”, by zobaczyć, jak duża powierzchnia tych niekorzystnych do zagospodarowania jarów, wąwozów i wysoczyzn była zalesiona. Jeszcze 100 lat temu, wg Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego, wioska, z której pochodzę była położona „o 13 wiorst na północny-wschód od Zamościa, między lasami”, jeszcze 50 lat temu rosły piękne buczyny tam, gdzie teraz są wioski Zrąb, Kol. Zrąb czy Nowiny. Przez setki lat buczyny na Działach Grabowieckich dominowały i broniły się przed zachłannością człowieka. Ale z biegiem czasu las ustępował, kurczył się, kolejne stalowe buki padały pod siekierami i piłami, ustępując ludziom, dając nowe pola. Można powiedzieć, że historia związków człowieka z lasem to historia umierania lub raczej unicestwiania tego drugiego.

Książka Janusza jest dowodem na słuszność twierdzenia, iż nie ilość, a jakość ma znaczenie. To, co inni opisują w opasłych tomach, zawarł on w swojej niewielkiej publikacji, dodatkowo dając czytelnikom bodziec do przemyśleń nad losem ostatniej Puszczy Europy i inspirację do tego, że każdy, bez względu na wiek, stan i miejsce, w którym żyje, może coś dla jej ratowania zrobić – o ile tylko chce. Bo pomimo tego, że Puszcza została już dawno „zgwałcona” przez człowieka, że jej dzikość, naturalność nie jest tak czysta i pierwotna jak była kiedyś i jaką może niektórzy chcieliby widzieć, to jednak nadal jest najdzikszym lasem Europy. Pierwotną, prastarą Puszczą, nie ręką ludzką posadzoną. Gdzie mimo okaleczeń nadal trwają naturalne procesy. A różnorodnością biologiczną nie dorównuje jej żaden las w naszej strefie klimatycznej. I dlatego warto ją chronić, bo jak pisze autor: „Być może dałoby się stworzyć sztuczny świat cywilizacji, w którym lasy byłyby tylko plantacjami drzew. Być może nawet dzięki postępowi genetyki, uda się spowodować, żeby drzewa na takich plantacjach dorastały do wieku „rębności” znacznie szybciej niż dzisiaj, a nawet żeby miały kwadratowe przekroje pni /.../ Możemy być pewni, że jeśli powstaną takie „lasy”, będą nosiły miano „ekologicznych”, „zdrowych”, „higienicznych”. Tylko czy w takim lesie i w takim świecie da się żyć?

Krzysztof Wojciechowski

Janusz Korbel, Człowiek i las, Pracownia Architektury Żywej, Lipsk-Białowieża 2005.
Książkę można zamówić w wydawnictwie Ekopress: www.ekopress.com.pl