Miesięcznik Dzikie Życie

2/152 2007 Luty 2007

Puszcza Borecka

Ryszard Kulik

Długo czekałem na ten moment. Tyle razy wybierałem jej bardziej rozległą, znaną i sławną siostrę, czyli Puszczę Białowieską, że w końcu powiedziałem dość – teraz jest czas na Puszczę Borecką. Cieszyłem się na to spotkanie niemal tak, jak chłopak cieszy się na pierwszą randkę z dziewczyną. Tym bardziej, iż wiedziałem już, że moja wybranka jest piękną panią, w dużym stopniu wolną od nowoczesnych mód i sztucznych błyskotek, za to jaśnieje naturalnym blaskiem.

Do lasu wjechałem gnając na rowerze z wysokiego mazurskiego wzgórza. Z rozświetlonych słońcem ciepłych polan wjechałem do wilgotnego, chłodnego i zacienionego boru, w którym rosły stare świerki. To trochę tak, jak wchodzi się do świątyni z rozpalonego słońcem, świetlistego placu. Spokój, półmrok i jakaś dostojność. Dalej ols. Ols-śniewający. Uwielbiam takie miejsca: stare olsze na niewielkich wysepkach moczą swe korzenie w wodzie pełnej życia. Słońce przedziera się przez konary drzew i maluje na zielonej, pokrytej rzęsą wodzie cieniste wzory. Obok przepięknie kwitnie kosaciec.

Fot. Ryszard Kulik

Jadę dalej. Mijam młodniki i kawałki lasu, który niestety nie oparł się działalności człowieka. Ostatecznie bowiem Puszcza Borecka to zwykły las gospodarczy. Ale w końcu docieram do miejsca niezwykłego – to rezerwat Borki, najstarszy w puszczy. Ponad 100 lat temu na tym obszarze Niemcy prowadzili intensywną gospodarkę i wycięli niemal cały las. A następnie jakby zapomnieli o tym miejscu. Pozostawione sobie, bez żadnej ingerencji człowieka, stopniowo odradzało się, aż pod koniec lat 50-tych XX w. las był już na tyle dorodny, zróżnicowany i cenny przyrodniczo, że władze zdecydowały się objąć go ochroną. Teraz łęgi, bory, grądy i olsy zdają się przywoływać wspomnienie starej puszczy. To niezwykłe miejsce, bo uczy ono, że najlepiej potrafi zadbać o siebie sama przyroda. Nie trzeba nic robić – najlepiej zostawić ją w spokoju. Wzdycham głęboko i myślę sobie o tych wszystkich leśnikach z Puszczy Białowieskiej, którzy uważają, że bez ich ingerencji puszcza zamieni się w lasek grabowo-brzozowy. Panowie, popatrzcie na siostrzaną Puszczę Borecką i uczcie się od niej!

Znowu gnam z górki na rowerze i za zakrętem nagle wyjeżdżam z lasu na rozległą polanę. Gwałtownie hamuję i staję jak wryty. Przede mną stoi bowiem stado ok. 20 żubrów. Widzę samice z cielakami i potężnego samca, który stoi trochę z boku głównego stada. Nerwowo próbuję wyciągnąć aparat, ale jednocześnie ciągle obserwuję to, co się dzieje. No więc wszystkie łby jak na komendę skierowały się w moją stronę. Patrzą na mnie, ja patrzę na nie. Aparat jakoś plącze mi się w rękach, ale chwila jest taka, jakby wszystko zastygło w tym jednym momencie. I nagle wszystkie łby, jak jeden mąż, obracają się w kierunku samca z niemym pytaniem „i co ty na to, stary?”. A stary ciągle patrzy na mnie. No więc po krótkiej chwili wszystkie łby znowu jak na komendę – w moją stronę. A ja ciągle szamoczę się z tym aparatem, który jak na złość nie za bardzo chce ze mną współpracować. I gdy w końcu namierzam się z migawką, dorodny samiec z lekkością i gracją rusałki w kilku podskokach uchodzi do lasu. Co na to stado? Zgadliście. Zostaję więc na tej polanie sam.

I znowu nie zrobiłem zdjęcia... Ale są we mnie uczucia zachwytu i oszołomienia. A wspomnienie tego niezwykłego spotkania noszę w sobie do dziś jak ważne zdjęcie. Kto wie, czy to nie są najpiękniejsze fotografie, jakie mam.

Ryszard Kulik