Miesięcznik Dzikie Życie

5/167 2008 Maj 2008

Kłusownictwo na naszych wodach

Tomasz Proć

Od dłuższego czasu nasila się niepokojące zjawisko – eskalacja kłusownictwa. Działalnością tą zajmują się już całe rodziny, a „tradycje” przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nikt nie zadaje sobie trudu, by odpowiedzieć na pytanie, czy zasoby naszych wód śródlądowych są odnawialne przy tak nasilonych połowach i w jakim czasie. Nie zauważa się, że już uległy przerażającemu uszczupleniu. Mowa nie tylko o skutkach przemysłowych oraz niewłaściwej gospodarce ściekowej.

Przyczyna tkwi także w kłusownictwie oraz w motywach działań ludzi, którzy się tym zajmują. Żadna z tych osób nie para się ichtiologią. Mają przy tym niską świadomość ekologiczną, na każdorazowe zwrócenie uwagi wzruszają tylko niedbale ramionami, mówiąc: „jakoś to będzie, ryba była u nas zawsze, to i teraz znajdzie się w rzece czy w jeziorze. Nie ubędzie jej – po tarle czy wylewach wód i tak zawsze jej przybywa”. Potem zaś dziwią się, że wszystko już wyłowione, większych sztuk nie ma i w danym zbiorniku wodnym nie kwitnie życie. Wcześniej jednak nikt się tym zbytnio nie przejmował.

fot. Olgierd Dilis

Fot. Olgierd Dilis

Dla porównania: Kanadyjczycy, Szwedzi, Finowie czy Szkoci stosują za przypadki kłusownicze bardzo wysokie grzywny i restrykcje karne, z więzieniem włącznie. Dlatego m.in. wędkarze mogą cieszyć się obfitym połowem i wspaniałymi okazami. Tam dba się o wszystkie aspekty: o rybę, czystość środowiska, biznes, wypoczynek wędkarza, a co za tym idzie – o całą turystyczną gałąź, która jest właśnie na to nastawiona. Kary natomiast boleśnie odczuwają przede wszystkim imigranci z krajów wschodnich i z Chin, zabierający więcej ryby niż wynosi limit połowu.

Na Zachodzie obowiązuje ponadto zasada „no kill”?1. Rybę po skończonym połowie wypuszcza się w dobrej kondycji. U nas, poza nielicznymi wyjątkami, jest dokładnie na odwrót. Oczywiście, iż kraje takie jak Kanada czy Finlandia to państwa bogate, z zamożnymi obywatelami. U nas ryby wciąż jeszcze są uzupełnieniem domowego jadłospisu wielu biedniejszych rodzin, których nie stać na ich zakup w sklepie. W tym przypadku zabieranie złowionych okazów ma jakieś uzasadnienie. Ale zabijanie życia na większą skalę przy użyciu barbarzyńskich metod, które opiszemy poniżej, nie powinno mieć nigdzie miejsca. Tak samo jak wręcz przemysłowy połów. Ponadto wykracza się poza kłusownictwo „rodzinne”, w którym zwykle zdobywano niegdyś pożywienie na bieżące potrzeby konsumpcyjne małej grupy osób. Teraz przekracza się prawo, organizując masowe wyławianie i prawdziwy ubój ryb na horrendalną i przerażającą swoimi rozmiarami skalę.

W przypadku zorganizowanego kłusownictwa, chodzi o masowy ubój ryb. Całkowicie łamie się przy tym zasady dotyczące okresów ochronnych i okresów odbywania tarła, co prowadzi do poważnych zaburzeń w funkcjonowaniu ekosystemów wodnych. Ludzie, którzy trudnią się tym procederem, usprawiedliwiają się na rozmaite sposoby. Tak naprawdę dążą jednak świadomie do maksymalizacji zysków. Istotny wpływ na rozmiar tych zjawisk ma tutaj sieć dystrybucji ryb, z chłodniami, wędzarniami, restauracjami i zaopatrującymi je pośrednikami. To wszystko odbija się niekorzystnie na populacji ryb w naszych wodach. I osłabia ich kondycję rozrodczą, gdyż eliminuje poszczególne roczniki ryb (w tym drapieżnych), niezbędne do efektywnego tarła. Dominują przez to roczniki młode, a matki tarłowe, które są najbardziej płodne, zostały już wykłusowane. W ten oto sposób mamy zaburzenie równowagi – brak ciągłości pokoleniowej u danej populacji.

Słyszy się też o rozlicznych przypadkach przymykania oczu na jawne przypadki kłusownictwa, również w biały dzień. Tłumaczy się to powszechnie,,niską szkodliwością społeczną czynu”. Powstały gangi wyposażone w drygawice2, akumulatory do bicia ryby prądem3, kwas borny i inne podejrzane techniki. Pogłowie ryb przez to drastycznie spadło. Do sklepów rybnych dostarczano także ryby pochodzące z wód pozaklasowych. Dokonywano podmiany, a ludzie konsumowali pokarm skażony fenolami i metalami ciężkimi, zupełnie nieświadomi ich występowania.

Dla przykładu pokażemy, co dzieje się na obszarze z niezbyt mocno rozwiniętymi „tradycjami kłusowniczymi”. Będzie to zachodnia Polska, rzeka Odra. W miarę możliwości uczęszczam na nią ze spinningiem, obserwując, co się dzieje. To moja ukochana rzeka, na niej zdobywałem wędkarskie szlify, tu też uczyłem się szacunku do przyrody, obserwując dzikie życie. Praca przyrodników i prawdziwych ekologów z organizacji,,Ratuj Szczupaka” jest bardzo pożyteczna, dają oni z siebie wszystko, by te piękne stworzenia cieszyły nasze oko. To samo dotyczy społeczników i wolontariuszy. Wędkarze na miarę swoich możliwości również chronią ryby – opłacając wysokie składki członkowskie.

fot. Olgierd Dilis

Fot. Olgierd Dilis

Dlaczego więc sytuacja wciąż nie jest zadowalająca? Z prostej przyczyny: ludziom zajmującym się kłusownictwem nie zaproponowano żadnego rozwiązania alternatywnego, przy jednoczesnej wydajnej ochronie wód. Nie podjęto również skutecznych środków zaradczych. Poza tym rozpowszechniły się metody nielegalnego połowu sieciowego, na „szarpaka”4 – często obserwowane było nocne bicie prądem wód przybrzeżnych, przy sitowiach, górkach podwodnych i przy rzecznych główkach na Odrze. Potem zaś na miejscu przestępstwa pozostawały jedynie ślady kół ciągników i skoszone trzciny wraz z wyrwanymi wodnymi roślinami. W wodzie zaś często ginęło wszystko – łącznie z żabami, rakami i drobnicą. Z dala od miast rozciągano drygawice i przeciągano je pomiędzy zatokami, pomagając sobie ciągnikami. Zjawisko to nasiliło się w znacznym stopniu wraz z bezkarnością ludzi, którzy się tym trudnili. Działały wyspecjalizowane gangi, które nie bały się niczego i nikogo. Byli dobrze zorganizowani – jedni stali na czatach z lornetkami w rękach, podczas gdy inni aktywnie niszczyli tarliska i wyławiali ryby. Niektórzy w tym temacie byli prawdziwymi „specjalistami”.

Przyłapanym kłusownikom groziły najwyżej kolegia. W krajach zachodnich za taki występek stosowano o wiele poważniejsze konsekwencje prawne. Dlaczego nikt nie zmienił do tej pory ustawy dotyczącej konsekwencji prawnych praktykowania kłusownictwa? Czy komuś nie zależy na zmianie takiego stanu rzeczy i zaostrzeniu przepisów? Osoby, które kłusują, co jest nierzadko niełatwym zajęciem, mogłyby swoją energię wykorzystać do pożyteczniejszych celów. Dlaczego pośród tylu możliwości pozyskania środków z Unii Europejskiej, nikt dotychczas nie zajął się tym poważnym problemem?

Największą grupę kłusowników stanowią ludzie związani z rzekami i jeziorami, ich bezpośredni sąsiedzi, czyli jak się ich nazywa – „miejscowi ze wsi”. Ludzie z miasta niechętnie zajmują się czymś takim, co najwyżej uprawiają nielegalny połów przy użyciu wielu wędek żywcowych naraz5 albo szarpaka. Jest to na pewno mniej szkodliwe niż użycie sieci, prądu, kwasu bornego, a także dynamitu (bo i o tym można było usłyszeć – również dosłownie, na własne uszy). Jednak również jest to zjawisko niepożądane i należy je eliminować.

Tak samo niepokojące są tzw. odłowy kontrolne, dokonywane „na mocy prawa”. Ktoś posiadający umocowanie prawne w organizacjach i nieoficjalne błogosławieństwo jakichś instancji – zabiera rybę z jej mateczników, najczęściej wczesną wiosną. Dokonuje tym samym spustoszenia w pogłowiu ryb, zazwyczaj podczas tarła sandacza, szczupaka i okonia. Jest to jawne wykroczenie przeciw prawu wodnemu i regulaminowi wędkarskiemu. Nazwijmy rzecz po imieniu: to również jest kłusownictwo. Ryby te nie trafiały do jezior mazurskich, nie były nigdzie przewożone. Docierały natomiast do sieci dystrybucji lub stawów nowobogackich czy miejscowych kacyków. Taki proceder tłumaczy się tym, iż drapieżnika jest podobno za dużo. Większej bzdury nie słyszeliśmy. Kiedyś też uparcie twierdzono, że okoń jest szkodnikiem, co okazało się nieprawdą. Jest bardzo wartościową rybą, również z gospodarczego punktu widzenia. A może komuś chodzi o to, by ryby drapieżne i okazy trafiały do stawów, a reszcie pozostawić cherlawego leszcza, przeżartego przez ligulozę lub skarlałego karasia, chore płocie i jazgarze?

Sytuacja jest wprost zatrważająca. I każe nawoływać do określonych działań w kierunku ochrony ryb drapieżnych, których pogłowie drastycznie spadło, wbrew temu, co uparcie twierdzą różni pseudodziałacze. Pojęcie o ekologii mają tak naprawdę jedynie ci, którzy obserwują naszą przyrodę na co dzień. Do nich przynależą, poza przyrodnikami i ekologami, również wędkarze.

Tomasz Proć

1. Zasada stosowana przez wędkarzy w stosunku do poławianych przez nich ryb. W wolnym tłumaczeniu – „nie zabijaj”, tak jak „catch and release” – „złów i wypuść”.
2. Rodzaj sieci, używanej najczęściej w rzekach. Może być spławiana oraz obciążana na duże głębokości. Jest to niebezpieczne narzędzie połowu. U nas pojawiła się w sprzedaży u handlarzy zza wschodniej granicy. Wcześniej używali jej tylko rybacy zawodowi.
3. Niestety częsty obrazek z naszych wód. Bywały przypadki podłączania do wody kabli ze słupów wysokiego napięcia. Nie trzeba chyba wyjaśniać, iż życie na danym obszarze zamierało, a ryby były już po wszystkim masowo ściągane z powierzchni wody. Pozostałe, a była ich większość, opadały na dno i w muł.
4. Szarpak – bardzo barbarzyńska i brutalna metoda. Ryba jest w niej nadziewana na ostre i rozgałęzione haki, za wszystkie niemal części ciała. Zahacza się ją, przeciągając linkę i szarpiąc często, by poczuć opór.
5. Można łowić najwyżej na dwie wędki – to jest dozwolone.