Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/174-175 2008/2009 Gru 2008 / Stycz 2009

Czy współczesna cywilizacja sprzyja człowiekowi i przyrodzie?

Ryszard Kulik

…psychologa mniemania na głębokie pytania…

W ciągu ostatnich tygodni ukazały się dwa ważne raporty, które pozwalają wnikliwie przyjrzeć się sytuacji, w jakiej znajduje się Ziemia oraz sam człowiek. Wyniki, jakie otrzymujemy, pozwalają nam odpowiedzieć na pytanie, czy świat, jaki stworzyliśmy, jest dobry zarówno dla nas i dla przyrody, czy cywilizacja w jej zachodnim wariancie, z której przecież jesteśmy tak dumni, jest najlepszym wynalazkiem, jaki możemy zaoferować sobie oraz światu.

Pierwszy z tych raportów analizuje tzw. ślad ekologiczny i przygotowany został przez WWF, Zoological Society of London i Global Network. Podstawowe przesłanie tego raportu mówi o tym, że obecnie jako ludzkość wykorzystujemy 130% mocy produkcyjnych biosfery. Oznacza to, że bierzemy więcej niż Ziemia jest w stanie wyprodukować. Krótko mówiąc, żyjemy na kredyt i kiedyś trzeba będzie spłacić ten dług. Nasz obecny styl życia, w którym gonimy za przyjemnością, luksusem i wygodą, obciąża nasze dzieci i wnuki kosztami, których my teraz za wszelką cenę staramy się unikać.

Fot. Ryszard Kulik

Wykorzystywanie Ziemi ponad miarę ma jednak już teraz zatrważające skutki. Wszystko wskazuje na to, że wiążą się one ze zmianami klimatu oraz dramatycznym spadkiem bioróżnorodności. Naukowcy mówią w tym przypadku o szóstej katastrofie, bowiem tempo wymierania gatunków jest dzisiaj tysiąc razy szybsze, niż to wynikające z naturalnego procesu ewolucji. Nasza działalność, a konkretnie styl życia ludzi we współczesnych czasach, jest więc katastrofalna dla biosfery. Ciągle wydaje się nam, że będziemy mogli jakoś uniknąć tych wszystkich przykrych konsekwencji, ale to oczekiwanie jest równie złudne, jak to, że materialny dobrobyt zaspokoi nasze najgłębsze potrzeby.

Oczywiście wskaźnik na poziomie 130% jest średnią, co oznacza, że niektórzy z nas czerpią mniej, a niektórzy więcej. Ci pierwsi, to zazwyczaj mieszkańcy Trzeciego Świata, którzy żyją w biedzie lub w oparciu o skromne środki. I tak, przykładowo, gdyby wszyscy na Ziemi żyli jak mieszkańcy Egiptu, to potrzebowalibyśmy jedynie 0,8 takiej planety jak Ziemia. Gdyby natomiast chcieć żyć tak, jak Amerykanie, to potrzebowalibyśmy aż 5 takich planet. Wyniki te bardzo jednoznacznie rozstrzygają spór o to, co ma większy wpływ na biosferę: ilość ludzi czy może raczej styl życia. Okazuje się bowiem, że najbardziej obciążają Ziemię mieszkańcy krajów bogatych, którzy charakteryzują się rzekomo coraz bardziej rozwiniętą świadomością ekologiczną i którzy coraz częściej wykorzystują nowoczesne technologie (często podobno przyjazne środowisku).

Najbardziej jednak niepokojący jest fakt, że od czasu ostatniego raportu, czyli od 2005 r. sytuacja uległa pogorszeniu o 7%. Wnioski są przerażające: każdego dnia mocniej negatywnie oddziałujemy na biosferę, a im bardziej jesteśmy rozwinięci cywilizacyjnie, tym to oddziaływanie jest silniejsze. Nie widać też żadnych oznak, by ta tendencja miała się zatrzymać, nie mówiąc już o tym, że najlepiej byłoby, gdyby się odwróciła.

Zatem współczesna cywilizacja w zachodnim wydaniu jest zabójcza dla planety. Wartości, jakie leżą u jej podstaw, czyli dobrobyt, wolność, nastawienie na zysk i zachęcanie do konsumpcji, obracają się ostatecznie przeciw życiu w jego globalnym wymiarze. Tak zwany zrównoważony rozwój jest fikcją, pustym hasłem bez pokrycia. I będzie tak dopóki nie zrewidujemy założeń i wartości leżących u podstaw zachodniej cywilizacji.

Jedno z nich stawia człowieka w centrum i afirmuje jego dobrostan. Proces rozwoju cywilizacyjnego ma służyć zaspokojeniu najważniejszych potrzeb ludzkich. Cywilizacja ma być środkiem do powszechnej szczęśliwości, drogą do dobrego życia. Wydaje się nam, że rozwijając się na obecną modłę, tworzymy rzeczywistość, która dla nas - ludzi jest lepsza, w której czujemy się spełnieni, a nasze najgłębsze tęsknoty i pragnienia są zaspokojone. Wierzymy, że idziemy w dobrym kierunku, nawet jeśli ponosimy w związku z tym koszty środowiskowe.

Sprawdźmy zatem, czy tak rzeczywiście jest. Mówi o tym drugi raport, sporządzony przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Pojawiają się w nim doniesienia na temat stanu zdrowia psychicznego ludzi. Otóż zaburzenia psychiczne dotykają 20% ludzi na świecie. Raport Komisji Europejskiej dotyczący tego samego problemu wskazuje, że w Europie zaburzenia psychiczne manifestuje aż 27% ludzi. W doniesieniach tych pojawiają się również alarmujące prognozy nasilania się tego zjawiska.

Czy ludzie zawsze mieli aż tak duże problemy ze zdrowiem psychicznym? Jeśli chodzi np. o występowanie depresji w Stanach Zjednoczonych, to psychologowie szacują, że nastąpił dziesięciokrotny wzrost ryzyka wystąpienia tej choroby na przestrzeni dwóch ostatnich pokoleń. Co ciekawe, ryzyko wzrostu depresji jednobiegunowej nie dotyczy np. społeczności Amiszów, która nie korzysta z elektryczności, samochodów, deklaruje pacyfizm oraz unika alkoholu.

Podobne obserwacje dotyczą innych tradycyjnych społeczności. Otóż częstotliwość występowania chorób psychicznych u Kałmuków i Kirgizów była skrajnie niska (0,01%) w 1850 r. Kontakt z cywilizacją nawiązany ok. 1850 r. oznaczał stały wzrost wskaźników zachorowalności. Im dalej byli Kałmucy od obszarów cywilizowanych, tym niższy był wskaźnik zachorowalności. Podobnie wśród Papuasów z Melanezji, którzy żyją z dala od cywilizacji, schizofrenia nie występuje, nerwice są rzadkie, a obserwować można jedynie okazjonalne stany maniakalne.

Wszystkie te doniesienia prowadzą do dwóch zasadniczych wniosków: kondycja psychiczna człowieka we współczesnym świecie systematycznie się pogarsza. Przyczyną owego pogorszenia jest rozwój cywilizacji. Istotną rolę odgrywa tutaj prawdopodobnie pojawienie się tzw. miejskiej psyche, która zdominowała, wyparła, a może nawet zniszczyła inne ważne funkcje całości psychofizycznej człowieka. Świat, który stworzyliśmy, niezbyt nam sprzyja. Wygoda i luksus, do jakiego dążymy za wszelką cenę, ostatecznie nas degeneruje i sprawia, że zatracamy naszą prawdziwą naturę. Nasze ciała w procesie ewolucji najlepiej przystosowały się do warunków, które były charakterystyczne dla aktywności zbieracko-łowieckiej. Dzisiaj, gdy wozimy je samochodami, zamykamy w ciasnych klatkach mieszkań, karmimy wysoko przetworzonym jedzeniem i tabletkami, stopniowo degenerują się, a wraz nimi to samo dzieje się z psychiką. Do tego dochodzi jeszcze rozpad więzi społecznych, wszechobecna rywalizacja i niezwykłe wręcz obciążenie naszego ja, które musi udźwignąć ciężar wykreowania siebie w taki sposób, by w istniejących układach społecznych zaistnieć jako wartościowy „towar”. To wszystko jest zabójcze dla nas, odbiera nam siły, spokój umysłu i radość życia. Ci, którzy są w stanie sprostać tym ciągle rosnącym wymaganiom, zaprzedają duszę diabłu i tylko odraczają w czasie smutną perspektywę spłacenia rachunków wobec własnej natury. Inni po prostu rezygnują, stopniowo zagłębiając się w czeluściach własnego szaleństwa lub cierpienia.

Po raz kolejny widać jak na dłoni, że to, co nie służy przyrodzie, nie jest dobre również dla człowieka. Te dwa pozornie odległe aspekty są ze sobą blisko związane, a właściwie stanowią jedną i tę samą rzeczywistość. Patrząc na to, co robimy przyrodzie, widzimy, jaką krzywdę wyrządzamy sami sobie. Ale kto chce tak naprawdę uczciwie spojrzeć na te zjawiska? W naszym krótkowzrocznym interesie leży to, by nie być świadomym tych powiązań i w dalszym ciągu przekonywać siebie, że idziemy jedyną słuszną drogą. A nawet tym bardziej afirmować tę drogę rozwoju cywilizacyjnego, im bardziej wyraźne stają się fakty podważające sens kierunku, który wybraliśmy.

Jak duże cierpienie musimy jeszcze zafundować światu i sobie, by w końcu obudzić się z tego snu?

Ryszard Kulik