Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/181-182 2009 Lipiec / sierpień 2009

Przyroda i ludzie współtwórcami klimatu

Ludwik Tomiałojć

Na obecnym etapie wiedzy spór o współczesne globalne ocieplenie nie dotyczy już jego zachodzenia lub nie, bo to fakt niezaprzeczalny, ale o to, jaki jest mechanizm tego zjawiska oraz w jakim stopniu odpowiada za to ludzkość.

Mamy tu na ten temat książkę wyjątkową, łączącą imponującą szerokość ujęcia i bogactwo specjalistycznego argumentu, z przystępną formą i narracyjnym językiem wypowiedzi. Coś między podręcznikiem akademickim a dobrą popularyzacją wiedzy, ale pozostającą kopalnią wnikliwie opisanych badań i zjawisk w oparciu o 243 pozycje w spisie piśmiennictwa. Napisał ją paleontolog, a zarazem aktywny na forum publicznym ekolog, okresowo wykładowca na Uniw. Harwarda, dyrektor Muzeum Australii Południowej i przedstawiciel regionu Australazji w National Geographic Society.

Flannery T., Twórcy pogody: Historia i przyszłe skutki zmian klimatu

Jego spojrzenie na zmiany klimatu nie ogranicza się do wąskiego zadania przekonania czytelnika, że ocieplanie się klimatu jest realnym zjawiskiem o globalnej skali i to w znacznym stopniu nasilanym przez działalność istot żywych, w tym zwłaszcza przez ludzkość (co podkreśla tytuł). Ewentualnie jeszcze do przedstawienia spodziewanych tego skutków dla ludzkości i przyrody. W oparciu o swą wiedzę paleontologiczną, autor cofa się kilka milionów lub miliard lat, by potem, wybiegając w przyszłość, rozważać nie tylko możliwe skutki społeczno-polityczne niehamowanego ocieplenia, ale i przedstawiać już dziś widoczne, groźne w swej zapowiedzi, skutki dla świata przyrody: dla gatunków, ich różnorodności, dla całych ekosystemów, w tym takich jak rafy koralowe, lasy tropikalne, ekosystemy tundrowe czy wysokogórskie.

Wobec podważania przez sceptyków antropogenicznego wkładu w ocieplenie atmosfery, T. Flannery rozwija przede wszystkim ten temat, i to rozpatrując ze znawstwem paleontologa wpływ istot żywych na klimat Ziemi. Przywołując analogię Ziemi jako supraorganizmu (koncepcja Gai J. Lovelocka) dowodzi, że „…wielki powietrzny ocean to wydzielina wszystkiego, co kiedykolwiek żyło, rosło i rozwijało się”, a dzisiejszy wpływ na atmosferę gatunku ludzkiego nie jest niczym zupełnie nowym. Już dawno geolodzy udowodnili, że w pierwotnej atmosferze nie było wolnego tlenu, oraz że jego obecny udział (prawie 21%) jest wytworem organizmów żywych, przy czym niekiedy bywało go znacznie więcej niż dziś (Harrison 1972, Weiner 1999). Tu warto zauważyć, że wszystkie gazy cieplarniane to ok. 3% atmosfery, a zatem podwojenie czy potrojenie ich udziału, to wielokroć mniejsze zadanie od wykonanego niegdyś przez mikroorganizmy! Inną wielką zmianą wpływającą na stany atmosfery w skali geologicznej było pojawienie się planktonu oceanicznego, co związało tyle węgla w skorupkach tych organizmów, iż z czasem mogły powstać z tego warstwy skał wapiennych. Później, lasy karbońskie też spowodowały takie skumulowanie węgla w roślinach, że z tego mamy pokłady różnych typów węgla kopalnego lub torfu. To organizmy żywe okresowo zmieniały zawartość CO2 w atmosferze, nieraz osłabiając efekt cieplarniany i doprowadzając do ochłodzeń klimatu, a co wraz ze zmianami intensywności nasłonecznienia prawdopodobnie inicjowało kolejne epoki lodowe. Inny przykład: wielką zmianę w kierunku ocieplenia mogło spowodować lub wesprzeć powstanie ok. 8 mln lat temu koewolucyjnego systemu trawiastych sawann z wielkimi stadami trawożerców wydzielających metan. Częściej od lasów tropikalnych płonące takie sawanny (wydzielanie CO2) oraz wytwarzające metan i podtlenek azotu ssaki przeżuwające i termity, mogły nasilić działanie mechanizmu cieplarnianego, odsuwając w czasie kolejną epokę zlodowaceń. To wszystko zwiększa prawdopodobieństwo, że dzisiejszy wpływ człowieka na atmosferę nie jest tak znikomy, jak sceptycy głoszą.

Wprowadzeniem do książki jest rozdzialik Powolne Przebudzenie, ukazujące jak badacze i sam autor stopniowo budowali świadomość tego, że to my, ludzie stajemy się Twórcami Pogody. Ale też i potencjalnymi ofiarami zmiany klimatu. W pierwszej części, zatytułowanej Narzędzia Gai, wyjaśniono co to jest, jak jest zbudowana i jak funkcjonuje atmosfera, czyli „ocean powietrza”. I jak w nim działa dostrzeżony w XIX wieku (a nie „wymyślony ostatnio przez lewicowców”, jak podjudza witryna www.wnp.pl) „efekt cieplarniany”, wobec działania warstwy gazów cieplarnianych jak dach szklarni.

Dla mnie zupełnie nowymi są liczne najnowsze paleontologiczne dane zinterpretowane pod kątem wpływu na zmieniające się w czasie geologicznym nasilenie efektu cieplarnianego. Pokazuje to, że o ile początkowo wpływ na fluktuacje klimatu miały głównie zmiany geologiczne (np. wylewy bazaltów i inne formy wulkanizmu) oraz cykle promieniowania słonecznego (np. trwające ok. 22 tysięcy lat, 40 tys. i ok. 100 tysięcy lat tzw. trzy cykle Milankovicia), to potem coraz silniejszy współudział miały organizmy żywe. Oprócz tego, wyjątkowym wydarzeniem w dziejach Ziemi był ok. 55 mln lat temu – jego ślady odkryte zostały dopiero w r. 2003 przez Norwegów – gigantyczny wybuch oceanicznych złóż klatratów metanowych (to połączenie metanu z lodem trwałe, gdy pod wysokim ciśnieniem), kiedy z połączenia metanu z tlenem wytworzyła się mieszanina wybuchowa. W czasie tej katastrofy nastąpiło wydzielenie się do atmosfery gigantycznej ilości CO2, powodując wzrost temperatury o 5–10°C i doprowadzając do kolejnego wielkiego wymierania bioróżnorodności, zwłaszcza wśród fauny oceanicznej. Tamto zdarzenie może być ostrzeżeniem przed możliwym wpływem dzisiejszego ocieplenia na różnorodność biologiczną planety.

Wraz z narastającą w toku ewolucji różnorodnością świata żywego, komplikowało się również jego oddziaływanie na atmosferę. Włączając się do maszynerii klimatycznej, makroekosystem Ziemi mógł raz wzmacniać, a raz łagodzić wpływ czynników kosmicznych i geologicznych. Wkraczający na arenę dziejową rodzaj ludzki ewoluował w okresie trwających na półkuli północnej zlodowaceń i dopiero w ciągu ostatnich 10 tys. lat znalazł się w łagodnym klimacie tzw. długiego lata, interglacjale holoceńskim. Autor argumentuje, że później nie tylko przyroda, ale i sam człowiek, rozwijając na skalę planetarną rolnictwo, masową hodowlę zwierząt, karczując lasy, wypalając i zamieniając sawanny w półpustynie, stawał się siłą nasilającą efekt cieplarniany. Okres dominacji człowieka, przyjmowany arbitralnie dopiero od rewolucji przemysłowej ok. r. 1800, zaczątkami swymi trwał zapewne od ok. 8000 lat, bywając nazywanym „antropocenem”, w odróżnieniu od „holocenu” i „plejstocenu”. Ten rodzaj analizy biegu historii doprowadził też autora do wsparcia nieszablonowego rozumowania B. Ruddimana (2003), że odnotowane w Europie tzw. średniowieczne optimum klimatyczne (X–XIV stulecia) oraz „mała epoka lodowa” (XV–XVIII w.) także mogły być w części wynikiem fluktuacji w nasileniu emisji gazów cieplarnianych przez gospodarkę ludzką. Według sceptyków, odznaczające się klimatem znacznie cieplejszym od dzisiejszego średniowiecze było jakoby przykładem ocieplenia globalnego, zaprzeczającym ponoć związkowi pomiędzy koncentracją gazów cieplarnianych a temperaturą powietrza. Jednak inni twierdzą, że po pierwsze, tamto ocieplenie nie było zmianą globalną, bo w Australii czy Antarktyce jego śladów nie znaleziono (Kundzewicz i Kowalczak 2008). Po drugie, tamto 500-letnie ocieplenie nawet w Europie nie było tak wydatne, będąc wyolbrzymione w oparciu o ogólnikowe i jednostkowe zapiski historyczne (Starkel 1977, Bradley et al. 2003). Potem w Europie doszło jednak do ewidentnego ochłodzenia, zwanego małą epoką lodową. Nie ma dowodów na to, że było to ochłodzenie globalne. Za to istnieją sugestie, że i ta zmiana mogła być nasilona przez zmniejszoną w wiekach XIV–XVI emisję gazów cieplarnianych, po zredukowaniu europejskiej populacji ludzi i zwierząt hodowlanych przez plagę dżumy i jej konsekwencje. Oczywiście, to wszystko jest mocno podbudowaną hipotezą, a nie niezaprzeczalnym faktem.

Co dziś tak ważne dla polskiej gospodarki, to wykazanie w tej książce, że z perspektywy zmian klimatu istnieje ogromna różnica między spalaniem gazu ziemnego (metanu) a różnych form węgla kopalnego. Spalenie tony węgla kamiennego wytwarza 3,7 tony CO₂, czyli o 67% więcej niż po spaleniu gazu. Ale spalenie tony węgla brunatnego wydziela go aż 130% więcej. Węgiel brunatny jest więc największym źródłem zanieczyszczeń ze wszystkich kopalin (Hamilton 2001). Tymczasem w r. 2002 w skali globalnej spalanie paliw kopalnych uwolniło ok. 21 miliardów ton CO₂ do atmosfery, a na lata 2009–2019 planowana jest budowa 483 nowych elektrowni węglowych, głównie w Chinach. A w następnej dekadzie 710 kolejnych. Przeciętny czas funkcjonowania takiej elektrowni to 50 lat, ale wytworzone w niej CO₂ będzie ogrzewać atmosferę jeszcze przez kilka stuleci po jej zamknięciu, chyba że nauczymy się jakiegoś składowania CO2. W tej sytuacji pozostaje łamigłówką, czy ludzkość coś w tej sprawie uczyni, czy też poprzestanie na kłótniach o przyczyny zmian klimatu.

Druga część książki jest poświęcona szczegółowemu wyliczeniu już obserwowanych negatywnych skutków ocieplenia klimatu w postaci przyspieszonego wymierania gatunków i całych ich zespołów. I to na całym globie, na lądach, szczytach gór, w tropikalnych lasach, na rafach koralowych, w oceanach itd. Dla nas, Europejczyków, jest to nowe o tyle, że przykłady pochodzą z mniej znanych okolic, głównie z basenu Pacyfiku i z półkuli południowej. Utwierdza, że te niepokojące zjawiska zachodzą już i tam, a nie tylko na naszej półkuli. Dla przykładu – Australijczycy w przeliczeniu na osobę emitują najwięcej CO2 ze wszystkich narodów, a przy okazji, pośrednio wpływają niszcząco na Wielką Rafę Koralową, czym podcinają sobie główną gałąź dochodu narodowego – turystykę. Ponadto, zmieniając rytm i ilość opadów, zagrażają bezpośrednim niedostatkiem wody pitnej swym wielkim aglomeracjom miejskim, jak rejonowi Sydney i obszarom wokół Perth. Jednym ze skutków ocieplenia będzie też „zniwelowanie gór”, gdyż klimat poszczególnych regli znacznie się ociepli, a więc zmniejszy to obszar odpowiedni dla gatunków wysokogórskich, wywołując ich wymieranie. Na niżu Australii już gwałtownie zanika las tropikalny, ustępując sawannom i półpustyniom, dodatkowo niszczonym przez pożary. Gdyby zaś temperatura Australii wzrosła o 3°C, to nawet połowa (ok. 400 form) gatunków eukaliptusów znalazłaby się poza swą strefą klimatyczną, wymierając lub przesuwając zasięgi geograficzne daleko na południe. Wielkie zagrożenie wymieraniem jest też przepowiadane dla unikatowych obszarów w Afryce Płd. Na przykład park narodowy Krugera, porównywalny wielkością do powierzchni Izraela, może utracić z tego powodu 2/3 swych głównie endemicznych gatunków.

Trzecia część nosi tytuł Nauka przewidywania przyszłości. W jej siedmiu rozdzialikach omawiany jest stan światowej służby meteorologicznej, pod auspicjami ONZ zrzeszającej 185 państw, a która monitoruje 10000 stacji obserwacyjnych na lądach, 7000 na statkach i 19 na satelitach. Omówiono też sposoby tworzenia modeli klimatycznych (ok. 10 modeli cyrkulacji globalnej), symulujących zachowanie się atmosfery, m.in. utworzone w potężnych centrach meteorologicznych w Anglii, Niemczech i Kalifornii. Wyjaśnia się rozbieżności pomiędzy pomiarami naziemnymi, a danymi z satelitów, za co odpowiadają błędy zidentyfikowane ostatnio w pomiarach satelitarnych. Omówiono też rolę aerozoli, w czwartej części a może do połowy wydzielanych do atmosfery przez działalność ludzką. Na przykład niedawne zainstalowanie filtrów kominowych zmniejszyło wydatnie emisje pyłów, przyczyniając się do przyspieszenia ocieplenia. Istnieje bowiem równolegle zjawisko „globalnego zaciemnienia”, powodowane przez wszelkiego typu sadze w atmosferze. Przykładowo, unieruchomienie po 11 września 2001 całej floty amerykańskich odrzutowców spowodowało wyraźny wzrost temperatur dziennych w porównaniu z nocnymi, gdyż światło słoneczne poczęło wtedy skuteczniej docierać do powierzchni Ziemi, nie będąc blokowanym przez sadze i smugi samolotowe. Zatem gdy CO2 ociepla atmosferę, to aerozole i pyły ją ochładzają, i te dwie siły częściowo się znoszą, choć CO2 zdaje się coraz bardziej przeważać.

Symulacje wykonane we wskazanych centrach meteorologicznych przewidują, że ok. 2050 r. wpływ ludzkości na klimat przewyższy wszystkie wpływy naturalne. Lektura tych symulacji i raportów sugeruje, że na co najmniej kilka dekad kurs globalnej zmiany klimatycznej już został wyznaczony. Badacze z brytyjskiego Centrum Hadleya mówią nawet o tym, że gdyby udało się dziś zatrzymać wszystkie emisje gazów cieplarnianych, to klimat Ziemi i tak ustabilizowałby się na nowym poziomie dopiero ok. 2050 roku. Jest już za późno na uniknięcie zmiany klimatu, ale nadal jest szansa na uniknięcie zmiany katastrofalnej, jeśli zostanie wprowadzona odpowiednia polityka hamowania emisji. Tylko czy zostanie?

Paradoksy takiej zaślepionej i rozrzutnej gospodarki nie ograniczają się tylko do USA i Zachodniej Europy! Obejmują cały świat. Autor cytuje nowe badania botaników, którzy udowodnili, że ze zwiększenia ilości CO2 i wzrostu temperatury skorzysta najbardziej roślinność drzewiasta, podczas gdy zboża są najmniej na to podatne. Rozbija to argument sceptyków, jakoby ocieplenie i wzrost CO2 miał zwiększyć plony roślin uprawnych. Z kolei wysokie temperatury, czyniąc wielkie miasta miejscami nie nadającymi się do życia, mogą zdaniem J. Lovelocka spowodować załamanie się cywilizacji (jak w przypadku Majów), likwidując główne ośrodki nowej myśli. Ludzkość oczywiście przetrwała by ten upadek, ale w postaci bardziej wytrzymałych społeczności wiejskich i małomiasteczkowych.

Fot. Wolfiewolf, flickr.com

Kopalnia węgla w okolicach Hailar, Mongolia. Fot. Wolfiewolf

Bulwersujący jest rozdzialik Gotując głębiny, opisujący, że głębiny oceanów, ten prawie nie poznany przez nas drugi świat, mogą ogromnie ucierpieć z powodu podgrzania wody morskiej do granic, kiedy większość gatunków tam żyjących zostanie tą zmianą zabita, i to nawet w zakątkach oceanów, dokąd nigdy nie dotarł sam człowiek. Dotrze tam posłana przez niego śmierć istot żywych. Podobnie na lądach, wraz z ocieplaniem się, mówiąc skrótowo: „Aby ochłodzić nasze domy, będziemy dążyli do tego, by ugotować całą planetę”.

Część czwarta książki, Ludzie w szklarniach, omawia próby przeciwdziałania ociepleniu klimatu, osiągnięcia i porażki. Zaczyna ją zreferowanie, jak zapobiegano analogicznemu problemowi – powiększaniu się dziur w osłonie ozonowej w wyniku emisji chlorofluoropochodnych węglowodorów (CFC). I wówczas przemysł robił wszystko, aby zablokować przeciwdziałania, alarmując, że wywoła to katastrofalne załamanie gospodarcze. Mimo tego, opinia światowa doprowadziła do uchwalenia protokołu montrealskiego i do wycofywania się ze starych technologii powodujących emisje CFC. W r. 2004 stało się jasne, że modernizacja przemysłu dla zmniejszenia emisji CFC nie tylko nie spowodowała kryzysu, ale przyniosła wielu firmom amerykańskim (np. firmie Fortel) milionowe zyski. Tak jak protokołowi montrealskiemu zarzucano utopijność i nieskuteczność, tak teraz przedmiotem ataków stał się protokół z Kioto, szczególnie ostro atakowany przez konserwatywne rządy USA i Australii. A to akurat Australia nie tylko produkuje o 25% więcej CO2 niż nawet USA, ale jeszcze 90% elektryczności uzyskuje ze spalania węgla, mimo że to kraj o najbogatszych zasobach energii geotermalnej, słonecznej i wietrznej. I pomimo istnienia badań wykazujących, że zrealizować cele z Kioto Australia mogłaby bez poniesienia kosztów netto. Autor opisuje dokładnie, jak stanowisko przeciwne protokołowi z Kioto wynikało z apriorycznie negatywnej postawy tych krajów wobec ogólnoświatowej akcji innych krajów. Oba te kraje kurczowo trzymały się mitu o nieskończonym wzroście gospodarczym, zamiast wejścia wzorem UE na drogę rozwoju zrównoważonego. Autor stwierdza, że pomimo niedociągnięć i nie dość radykalnych propozycji, protokół z Kioto był poważnym krokiem naprzód, ku solidarnemu hamowaniu zagrożenia zmianami klimatu. Poprzednie konserwatywne rządy USA i Australii (w obu przypadkach zastąpione już przez ekipy życzliwiej nastawione do współdziałania z resztą świata) straszyły, że ratyfikacja Kioto będzie wymagała wygórowanych kosztów, co zagrozi gospodarce światowej. Tymczasem poważne analizy ekonomiczne dowodzą czego innego. Na przykład przedstawiciel Konfederacji Brytyjskiego Przemysłu wyliczył, że jeśliby nawet paliwa ze źródeł odnawialnych, nie wytwarzających gazów cieplarnianych, kosztowały niezmiennie (a tanieją co roku) trzy razy tyle, co obecnie paliwa kopalne, to koszt przestawienia się na te pierwsze kosztowałby do roku 2050 obniżenie brytyjskiego dochodu narodowego tylko o 4%. A to oznaczałoby osiągnięcie celu ekonomicznego przewidzianego na rok 2050 z opóźnieniem ledwie dwóch lat. Premier T. Blair powiedział: „Istnieją ogromne możliwości gospodarcze w zrównoważonym rozwoju i przejściu do gospodarki niskowęglowej”, gdyż okazało się, że redukując emisję o 15%, Wielka Brytania osiągnęła 36-procentowe zwiększenie narodowego wskaźnika wzrostu gospodarczego!

Z kolei inne zespoły wyliczyły, że zwiększające się skutki katastrofalnych zjawisk pogodowych w razie braku hamowania emisji cieplarnianych spowodowałyby wydatki o olbrzymiej skali. Jedna tylko susza w r. 2002 kosztowała świat ok. 10 mld dolarów. Strategia nic-nie-robienia okazuje się być znacznie droższą, a nie tańszą. Tu dodamy, że obecny kryzys finansowy nie zaczął się od europejskich państw realizujących ustalenia z Kioto, lecz od nie hamujących emisji gazów cieplarnianych USA! Mimo tego, przemysł USA i konserwatywne kręgi tamtejszych polityków wdały się w otwartą wojnę propagandową przeciw koncepcji ocieplania się klimatu, kwestionując wszystko, co się da, posuwając się do stwierdzeń, że CO2 w atmosferze jest wciąż ZA MAŁO, i dla dobra ludzi, plonów i gospodarki powinno się go wytwarzać jak najwięcej. Za ćwierć miliona dolarów przygotowano film propagandowy The Greening of Planet Earth sugerujący, że wszystkiemu można zapobiec „nawożeniem świata węglem, dla zwiększenia plonów”. Podobnej intencji był film propagandowy Myth of Global Warming. Najwięcej szkody wyrządziła jednak Koalicja Klimatu Światowego, zawiązana przez 50 korporacji przemysłu chemicznego, paliwowego i motoryzacyjnego, a która rozpadła się dopiero w r. 2000. Pierwszą wychodzącą była firma naftowa BP, która w obliczu nowych faktów zmieniła zdanie i zredukowawszy swe emisje o 20% rozpoczęła inwestowanie w ogniwa fotowoltaiczne. Inny wywrotowy dokument anty-ociepleniowy stworzony przez F.S. (członka Kościoła Zjednoczonego, założonego przez Sun Mysung Moona) pod nazwą Deklaracji Lipskiej podpisanej przez 79 uczonych z czołowych uczelni, po dochodzeniu okazał się oszustwem, gdyż większość sygnatariuszy była osobami podstawionymi lub nie była naukowcami. Ten sam człowiek założył stowarzyszenie Ekolodzy dla Energii Atomowej, mające członków w Polsce. Dalej T. Flannery charakteryzuje działania anty-Kioto administracji obu Bushów i oszustwa ich doradców, ujawnione także w filmie i książce A. Gore’a (2005).

Autor krytycznie wyraża się też o działalności politycznej IPCC, które to grono pod silnym naciskiem różnych rządów feruje podsumowania o zagmatwanym lub opartym na wątpliwej randze kompromisie. Pisze: „W rezultacie, oświadczenia IPCC nie odzwierciedlają ani głównego nurtu nauki, ani nawet nauki na dobrym poziomie, tylko naukę najniższego wspólnego mianownika… Jednak pomimo błędów… lepiej jest w to uwierzyć co powie IPCC – a potem dopuścić prawdopodobieństwo, że sprawy mają się dużo gorzej niż twierdzi IPCC” (s. 245).

W kolejnych rozdzialikach przedstawiono ogromne problemy techniczne z magazynowaniem (sekwestracja) CO2 czy to w oceanach, czy pod ziemią, wykazując, że najczęściej są to niewykonalne, nieopłacalne lub groźne dla środowiska mrzonki, rozpowszechniane przez przemysł węglowy. Jedynie sekwestracja węgla w próchnicy i w roślinności jest bezpieczna, ale tu pojemność jest ograniczona. Obecne przechodzenie na gaz ziemny (prawie czysty metan) jako paliwo daje zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, ale pod warunkiem, że ten gaz nie wyrwie się do atmosfery, bo byłby bardzo groźny. Także do wytworzenia wodoru dla ogniw wodorowych konieczne staje się spalanie paliw kopalnych i emisja CO2, chyba że udałoby się wytwarzać go z surowców odnawialnych.

Piąta część książki nosi tytuł Rozwiązanie, które jest „jasne jak słońce i lekkie jak wiatr”. Zwłaszcza w warunkach Australii i wielu innych obszarów gorącego klimatu. Omawia się w niej zalety, koszty, ale i wady energetyki słonecznej i wiatrowej. Zbija niewyważoną propagandę antywiatrakową, wykazując, że elektrownie węglowe są brzydsze od wiatraków, gorsze dla środowiska i zabiją jeszcze więcej ptaków oraz innych organizmów, o ile dopuścimy do rozwinięcia się silnej zmiany klimatu. Za J. Lovelockiem widzi też konieczność oparcia się równolegle na energetyce jądrowej; energetyka ze źródeł odnawianych byłaby wytwarzana przez ogół społeczeństw w milionach drobnych wytwórni energii, natomiast szkieletem strategii energetycznej ciężkiego przemysłu mogłyby być wielkie elektrownie, ale zamiast węglowych, stopniowo zastępowane przez jądrowe, jako produkujące niewiele gazów cieplarnianych. Oczywiście, pod warunkiem, że uda się zredukować trzy wielkie ryzyka energetyki jądrowej: niepewność w zakresie jej bezpieczeństwa, likwidowania/gromadzenia odpadów radioaktywnych oraz uniknięcia rozprzestrzeniania przy ich okazji broni atomowej.

Uwaga końcowa: Część rozumowania przedstawionego w tej książce co do mechanizmu ocieplenia klimatu może się okazać błędną, jeśli przyszłe badania wesprą wyjaśnienie u nas propagowane przez prof. Z. Jaworowskiego (2008). Ta alternatywna hipoteza głosi, że obecna zmiana klimatu, jak i wcześniejsze jego fluktuacje, jest wynikiem naturalnych wahań w intensywności nasłonecznienia Ziemi, silnie zmieniających stopień zachmurzenia. Gdyby tak było, co jest słabo udokumentowane, zwiększanie ilości CO2 niekoniecznie zagrażałoby przyrodzie i gospodarce ludzkiej, a więc może nie byłoby konieczne (ale i niekoniecznie szkodliwe!) modernizowanie przemysłu w kierunku gospodarki niskowęglowej.

Ludwik Tomiałojć

Flannery T., Twórcy pogody: Historia i przyszłe skutki zmian klimatu, Centrum Kształcenia Akademickiego, Gliwice 2007.

Inne piśmiennictwo cytowane:

- Bradley R.S., Hughes M.K., Diaz H.F., Climate change in medieval time, 2003, Science 302: 404–405.

- Gore A., Niewygodna prawda, Wyd. Sonia Draga, Katowice 2005.

- Hamilton C., Running from the Storm: The Development of Climate Policy in Australia, UNSW Press, Sydney 2001.

- Harrison P., The Third Revolution: Environment, population and sustainable world, I.B. Taurus and Co Ltd, London 1992.

- Jaworowski Z., Comments on „Global Climate Change impacts in the United States”, CSP-USP Report, July 2008.

- Kundzewicz Z.W., Kowalczyk P., Zmiany klimatu i ich skutki, Kurpisz S.A., Poznań 2008.

- Ruddiman W.F., The anthropogenic greenhouse era began thousands of years ago, 2003, Climatic Change 61: 261–293.

- Starkel L., Paleogeografia holocenu, PWN, Warszawa 1977.

- Weiner J., Życie i ewolucja biosfery. Podręcznik ekologii ogólnej, PWN, Warszawa 1999.