Miesięcznik Dzikie Życie

9/183 2009 Wrzesień 2009

Czy edukacja rozwiąże nasze problemy?

Ryszard Kulik

Psychologa mniemania
na głębokie pytania

Wydaje się, że dobra edukacja jest lekiem na większość naszych bolączek. Edukacja jest koniecznością we współczesnym świecie i chyba nikt rozsądny nie będzie podważał tego przekonania. Stąd, w Polsce, jak też i w wielu innych krajach, już pięciolatki poddane są obowiązkowo planowemu oddziaływaniu edukacyjnemu. Ten zaś, kto nie podda swego dziecka temu obowiązkowi, naraża się na poważne konsekwencje ze strony państwa.

Przymus szkolny jest ciekawym zjawiskiem, ponieważ zmusza nas do tego, co wydaje się zupełnie spontaniczną i naturalną gotowością człowieka. Przedstawiciele gatunku ludzkiego rodzą się w dużym stopniu jako niezapisana karta, dlatego dziecko nawet przez kilkanaście lat jest niesamodzielne. Ten długi okres jest niezbędny, abyśmy nauczyli się najważniejszych rzeczy, by radzić sobie w życiu. Jak to było możliwe kiedyś, gdy nie było jeszcze szkół i planowej edukacji? Tak się składa, że dziecko nie musi specjalnie wiele robić, by tych najważniejszych rzeczy się nauczyć. Wszyscy mamy wbudowany doskonały mechanizm, który pozwala nam uczyć się, rozwijać i dorastać. Psychologowie nazwali go modelowaniem, aby podkreślić szczególny charakter relacji, jaka wiąże dziecko z bliską dorosłą osobą, ale też i z innymi osobami, w tym z rówieśnikami. Innymi słowy, dziecko wnikliwie obserwuje zachowania innych (głównie bliskich) osób i naśladuje je, ucząc się przy okazji życia. W taki oto sposób małe dzieci stawały się dorosłymi od setek tysięcy, a może nawet milionów lat. Bez szkoły.

Fot. Ryszard Kulik

Fot. Ryszard Kulik

Szkoła pojawiła się jako instytucja kontrolująca to, co nie daj boże mogłoby pójść swoim własnym torem. Trzeba kontrolować, co wyrośnie z dziecka (coraz wcześniej) i sprawić, by wszyscy mniej więcej mieli to samo w głowach. Z tej perspektywy szkoła jawi się jako element totalitarnego państwa, które stara się zrobić z nas dobrze przystosowanych obywateli. Mało tego, współczesna szkoła oparta jest przede wszystkim na przekazywaniu informacji. Z założenia, młody człowiek nie tyle ma nauczyć się żyć, ile przyswoić solidną porcję aktualnych informacji, która została wyprodukowana przez naukowców. Nauka jest rodzajem współczesnej religii, której wszyscy ulegamy, stąd przekonuje się nas, że aby dobrze przeżyć życie, trzeba dużo wiedzieć o świecie.

Ale w tym zalewie informacji, który funduje nam szkoła, jest coraz mniej miejsca na prawdziwą wiedzę, budującą się na integracji różnorodnych informacji. Coraz więcej informacji i coraz mniej prawdziwej wiedzy. A im mniej prawdziwej wiedzy, tym jeszcze mniej mądrości. Ta bowiem wyrasta z głębi zrozumienia tego, co się wie i świadomości powiązań wszystkiego, co jest. Dlatego, jak powiadali starożytni, mędrzec jest tym, który wie, że nie wie. Z takiego przekonania wyrastała następnie postawa życiowa pełna pokory, umiarkowania i dystansu wobec rzeczywistości. (Jak widać, są to takie cnoty, które zupełnie wyszły z mody we współczesnym świecie).

Mądrość, w przeciwieństwie do informacji i wiedzy, przenika całego człowieka, a nie tylko dociera do jego głowy. Mądrość nawet jest bardziej cielesna i organiczna niż intelektualna. We współczesnej szkole przedmiotem oddziaływania jest niemal wyłącznie głowa (intelekt) dziecka, tak jakby nasze człowieczeństwo można było sprowadzić do funkcji jedynie poznawczych.

Z tych i wielu jeszcze innych przyczyn prawie nikt nie lubi szkoły. Nie lubią jej dzieci, bo jakkolwiek mają naturalna tendencję do uczenia się, to szkoła okrutnie ją dławi, sprowadzając niemal wszystko do informacji i intelektu. Nie lubią jej też prawdopodobnie w większości nauczyciele, bo ciągle muszą użerać się z oporem dzieciaków.

Fot. Ryszard Kulik

Fot. Ryszard Kulik

I w tym całym edukacyjnym rozgardiaszu jakoś próbuje znaleźć się tzw. edukacja ekologiczna. Najczęściej (w szkole) sprowadzana jest ona do przekazania kolejnej porcji informacji, która w jakiś magiczny sposób ma doprowadzić do cudownej przemiany ludzi, do zmiany ich zachowań i postaw. Tak się jednak w oczywisty sposób nie dzieje. Informacja to nie jest coś, co może zmienić człowieka. Ta podstawowa prawda jest niemal zupełnie ignorowana. Prawdopodobnie dzieje się tak, ponieważ, gdybyśmy ją w końcu przyjęli, musielibyśmy zmienić podstawowe założenie, na jakim oparta jest współczesna edukacja.

To, co nas zmienia, to głębokie doświadczenie, w którym obok intelektu zaangażowane są też emocje, ciało, zmysły, zachowanie i jeszcze coś, co dotyczy duchowej sfery człowieka. Edukacja ekologiczna w naturalny sposób posiada taki właśnie potencjał, ponieważ idąc do lasu, nad rzekę, czy siedząc na polanie pod gołym niebem, jesteśmy całościowo angażowani w doświadczanie świata i siebie w nim.

Ale jako osoba, która od wielu lat proponuje ludziom tego typu zajęcia, mam coraz więcej wątpliwości w kwestii skuteczności tych zabiegów. Podstawowy problem polega na tym, że taka głęboka edukacja ekologiczna stawia się po przeciwnej stronie współczesnego świata. Proponuje ona wartości, ideały, przekonania i postawy, które są obecnie traktowane jako sprzeczne z powszechnie panującymi. Jednym z typowych przykładów jest tutaj problem zachowań proekologicznych, które chcielibyśmy zaszczepić jako właściwe codzienne zachowania ludzi. Jeżdżenie rowerem, tramwajem lub pociągiem zamiast samochodem, branie krótszego prysznica, kupowanie rodzimych produktów, oszczędzanie prądu i gazu. Wszystkie te i podobne im inne zachowania mają jeden wspólny mianownik – otóż w powszechnej świadomości, jak pokazują badania, wiążą się z niskim statusem społecznym. Innymi słowy, ten, który żyje oszczędnie, pewnie jest biedakiem z nizin społecznych, ten zaś, który marnotrawi, używa i specjalnie się nie przejmuje, postrzegany jest jako zajmujący wysoką pozycję społeczną.

Zatem, jeśli uczymy ludzi umiarkowania i chcemy, aby ich życie było bardziej zrównoważone, to tak naprawdę próbujemy odwrócić do góry nogami cały porządek społeczny. To się nigdy nie uda. Ludzie zawsze będą tęsknić za bogactwem i luksusem, i będą używać, ile tylko się da, dopóki zewnętrzne okoliczności temu sprzyjają. Jeśli mamy narzędzia, by maksymalizować swój komfort, to zawsze ich użyjemy. A narzędzia mamy coraz doskonalsze i wyrafinowane. Edukacja ekologiczna w tym przypadku jest na straconej pozycji.

Dzisiejsza edukacja ekologiczna jest rodzajem nieco egzotycznego folkloru. Fajnie jest pojechać na takie zajęcia, poprzeżywać trochę, a później wrócić do swojego świata, poopowiadać znajomym jak to było, zachować wspomnienia i zdjęcia, i żyć dalej własnym życiem. Ci najbardziej zdeterminowani mogą po takim doświadczeniu zakręcać wodę przy myciu zębów, czy nawet wykupić swoje drzewo w bratniej organizacji ekologicznej, ale czy to coś rzeczywiście zmienia?

Żeby taka edukacja miała sens, tego typu zdarzenia muszą być permanentne. Mało tego, muszą być przede wszystkim w miarę spójne z życiem, jakie się prowadzi u siebie w domu. Muszą być spójne ze światem, z kulturą, jaka nas otacza. Inaczej jest to walka z wiatrakami.

Edukacja zawsze wyrasta z kultury i czasu, w którym ma miejsce. A człowiek, by stać się w pełni sobą, musi wypełnić się innymi, kulturą, a w końcu nawet całym światem. Tak było zawsze i działo się to zupełnie spontanicznie. Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym idee zawarte w edukacji ekologicznej negują podstawowe założenia naszej cywilizacji. Prawdziwie to schizofreniczna sytuacja, ale też skazująca ten edukacyjny projekt na totalne niepowodzenie. Bo żeby mieć ekologiczne społeczeństwo, trzeba wpierw stworzyć ekologiczną kulturę, w której zanurzeni będziemy uczyć się tak po prostu tego, co najważniejsze o świecie.

Ryszard Kulik