Miesięcznik Dzikie Życie

9/183 2009 Wrzesień 2009

„Parabola niewidomych” na ścieżkach i autostradach

Ryszard M. Łukaszewicz

Gdzie zaczyna i kończy się edukacja ekologiczna?

Gdzie w edukacji ekologicznej jest miejsce dla naszego prywatnego obrazu świata, społecznych wartości, historii, przyszłości, dziedzictwa kultury, piękna, wyobraźni, bólu? Czy warto wydzielić zajęcia ekologiczne jako kolejny ze szkolnych przedmiotów? A szkoła – jaka jest jej rola w kształceniu kolejnych pokoleń, które stawić będą musiały czoła wygenerowanym przez nas problemom ekologicznym? Kiedy gubimy dziecko w nas, a z nim kolorową i twórczą wyobraźnię? Kiedy więdnie nieograniczone poczucie wszechmocy, zaklęte w tajemnicach, wrażliwość, zdolność do pełnego przeżycia każdej z emocji? Gdzie zapomniana kryjówka ufnej otwartości, zaciętego uporu i serca odkrywcy w badaniu najróżniejszych przestrzeni tego świata?

Fot. Magdalena Kokora

Fot. Magdalena Kokora

Salony Edukacji Ekologicznej NATURAmy, prowadzone rokrocznie od 1990 r. w Świeradowie przez Fundację Wolne Inicjatywy Edukacyjne, narodziły się z poszukiwania tych i wielu innych pytań o edukację, „spisanych” w książce „Leczenie Głupoty i… czyli Salony Edukacji Ekologicznej NATURAmy”, autorstwa prof. Ryszarda Łukaszewicza, której wybrane fragmenty prezentuję poniżej i dedykuję cudownej sile twórczej dziecięcej wyobraźni.

Wybór fragmentów, wstęp i tytuły Iwona Kukowka


Współczesna edukacja przypomina wielką alegorię z płótna Piotra Bruegla – „Parabola niewidomych”. Skończyły się bowiem drogi pewności, po których wiodła ludzi, a ona prowadzi ich nadal, lecz dokąd?

Świat na opak

Dawno, dawno temu, dorośli wymyślili, że dzieci będą chodziły do szkoły. Potem uznali, iż to nie wystarczy – potrzebna jest „prawdziwa” szkoła. Cóż…

A gdy przyszedłeś tam pierwszego dnia, niepomni wszystkiego, robili wiele dziwnych rzeczy; próbowali głaskania, uśmieszków, podnoszenia brwi, marszczenia czoła, mrugania okiem, otwierania ust. Ty zaś pytałeś o to, jakie obrazy wisiały na ścianach w miejscach, w których teraz widniały ciemne plamy niespłowiałej farby? Kiedy i dlaczego je zdjęto? Czy dostałeś odpowiedź?

Przesiedziałeś lata w szkolnej ławie skazany na tysiące godzin „trafnych odpowiedzi”, ćwiczony wedle reguły „słuchać – zapamiętać – powtarzać” i z gorliwością godną lepszej sprawy – uwalniany od pytań i wątpliwości. Ta szkoła nie prowokowała nikogo sposobami „leczenia głupoty”, pomimo że każdego dnia świat… Tam nauczyciele wiedzieli lepiej, czy „lasy mają uszy, a pola mają oczy”, pomimo że każdego dnia świat… Tam przecież dorośli ciągle rozmawiali o kupowaniu i szaleństwie robienia szmalu, o „wozie siana” pełnym zielonych, pomimo, że każdego dnia świat… Tam władza – wiedza „ślepców” zawsze triumfowała, pomimo, że każdego dnia świat… Tam ideologie i ukryte programy tylko z innych czyniły „synów marnotrawnych”, pomimo, że każdego dnia świat… Tam tablica i podręcznik zastąpiły „stół mądrości”, pomimo, że każdego dnia świat… Tam egoizm kołysał słodko „statkiem głupców”, pomimo, że każdego dnia świat…

Trzeba było uporu i dziesięcioleci, aby zrozumieć, że edukacja zaczyna się wówczas, gdy odkrywamy ambiwalencję wpisaną w kondycję ludzką i w złożoność ontyczną świata; trzeba było pasji i inwencji, aby wyrwać młodych z rytuałów tradycyjnej szkoły, aby rzucić im wyzwanie dla otwierania się wrażliwości i wyobraźni wobec ambiwalencji pytań – odpowiedzi – pytań o sensy ekologicznego porządku życia. Trzeba było magicznej siły Salonów Edukacji Ekologicznej NATURAmy – niczym Zaczarowanego fletu – aby wyprowadzić ich z labiryntów świata moderny. Czy to wystarczyło?

Nie! Trzeba było czegoś znacznie więcej; liliowego zmierzchu nieba, radosnego szemrania błękitu potoków, żółtej kołderki jaskrów na łące, rozsypanki różowo-białych kamieni, granatowego cienia kwarcowej góry, zielonego śpiewu modrzewia i świerku, no i… miodowego zapachu rodzinnego domu. Ale przede wszystkim trzeba było Mistrzów – Piotra Bruegla i Hieronima Boscha. Ich arcydzieła są związane z tradycją ostrego widzenia życia, ekspozycji ludzkiego losu jako konfliktu, a nade wszystko kreślą mistrzowsko wielką metaforę drogi człowieka. Tak, trzeba uczyć się od najlepszych, tym bardziej że pomimo zgiełku mijających stuleci, ciągle wpisujemy się w dramatyczne wizje „świata na opak”; dzieła mistrzów przestały bowiem być wyłącznie przestrogą widzianą z oddalenia, gdyż to właśnie my sami, współcześni, zdecydowaliśmy się zostać aktorami tych obrazów.

Autostrada, Ford, ból… rozdarcie zaleczone magią

Gdy w 1990 r. Fundacja Wolne Inicjatywy Edukacyjne rozpoczęła realizację Salonów Edukacji Ekologicznej „NATURAmy” [kursywą dopisek redakcji DŻ] jako punkt wyjścia przyjęliśmy, iż NATURAmy pozwolą przede wszystkim na: (1) pogłębienie zainteresowania dzieci problemami ekologii i ich społecznymi kontekstami; (2) praktyczne uczenie się przez nas innowacyjnych metod działania z dziećmi w procesie edukacji pozaszkolnej; (3) autentyczne i bezpośrednie zwrócenie uwagi społeczności Świeradowa-Zdroju oraz kuracjuszy na zagrożenia ekologiczne nie tylko tego regionu; (4) rzeczywistą konfrontację aktywności emocji dzieci z perspektywą świata ludzi dorosłych; (5) rozbudzenie samodzielności młodych i ich poczucia sprawstwa, jeśli idzie o ingerowanie w bieg zdarzeń. Tydzień trwania warsztatów wypełniają bogate i zróżnicowane formy wspólnych działań. Oto historia jednej z nich [kursywą dopisek redakcji DŻ]: we wtorek małe grupki dzieci obsiadły trawnik wokół fontanny, schody, kawałki deptaka, scenę w Hali; zaczyna się rozmowa na temat wszelkich możliwych skojarzeń z AUTOSTRADĄ. Będziemy je spisywać, chwile wahania szybko mijają, najpierw padają określenia, które ilustrują najbliższy krąg skojarzeń, potem – odwaga i pomysłowość rosną. Lista jest długa: auto, szybkość, postęp, beton, komfort, zakaz zatrzymywania się, zakaz chodzenia, zakaz poruszania się zwierząt, rowerów, wozów konnych, nowoczesność, droga dla idiotów, korki, karambole, wygoda, transport itd.

Teraz dla odmiany pytamy o skojarzenia ze ŚCIEŻKĄ. Propozycje sypią się już bez ograniczeń i zahamowań: własna, zdrowia, zwierząt, kręta, miłości, przygód, tajemnicza, zarośnięta, wojenna, górska, niepowtarzalna, wąska, inna, polna, ukwiecona, młodości, życia i ścieżka herbaty!

Wystawa Dzika Polska w Centrum Edukacji Ekolgicznej w Słupsku

Fot. Z archiwum CEE, wystawa „Dzika Polska” w Centrum Edukacji Ekologicznej w Słupsku

Ponownie przystępujemy do działania w małych grupkach; zaczyna się bowiem obrysowywanie własnych sylwetek, każdy leży na plecach, a sąsiad starannie kreśli obraz osoby na położonym, szarym papierze; nie brakuje żartów, łaskotania flamastrami, ironii i autoironii; a to przecież głowa ma jakieś ostre kanty, a to noga jakoś wyjątkowo cienka, a i ręka bez dłoni, która się już nie zmieściła na papierze itd. Jakby mało było owej zabawy, zaczyna się wycinanie własnych sylwetek, które poprzez ruch jakby ożyły i animują wyobraźnię dzieci.

Zasiadamy w małych kręgach tych samych grup, każdy ma koło siebie swoje „drugie” ja. Podejmujemy rozmowę o tym, jak naszemu codziennemu życiu towarzyszą rozmaite konflikty, sprzeczności, pęknięcia i rozterki decyzyjne, dotyczą one także pokus i zachcianek, na jakie wystawia nas świat towarów i usług, oraz tego, co można nazwać krótko tęsknotą do natury; to jest w każdym z nas, bywa, że czujemy się rozdarci wewnętrznie. Dokonujemy zatem takiego symbolicznego – rzeczywistego rozdarcia sylwetek; jednych to trochę „boli”, innych tylko bawi.

Powoli działania ujawniają także swój wymiar symboliczny, odkrywając jednocześnie zadawnione przesłanie rodzaju ludzkiego, które wiąże się z ręką prawą i lewą; prawość to ład i porządek, uroki geometrii, sprawiedliwość i miecz, postęp i racjonalność, ale życia, które zawiera się w biciu serca, bronimy tarczą trzymaną przez rękę lewą, ona też symbolizuje uczucia, intuicję, fantazję. Taką metaforyczną wędrówkę można toczyć długo. Strona prawa sylwetek dzieci malowana jest na czarno, zgodnie ze złośliwym powiedzeniem starego H. Forda – „ojca” taśmy produkcyjnej z początków naszego stulecia – że „oferujemy każdy kolor samochodu pod warunkiem, iż będzie czarny”. Strona lewa, to samodzielnie wybierane przez dzieci kolory tęczy. Czas na obiad przerywa poczynania warsztatowe; pomalowane połówki sylwetek schną, ale ułożone w jednym miejscu już budzą skojarzenie z surrealistycznym tłumem kolorowych półcieni.

Zegar znów wybija swoje; teraz rozdarte sylwetki są przyklejane na duże, prostokątne kartony, pomalowane wcześniej na zielono, przyklejane w taki sposób, aby między obu częściami była wyraźnie widoczna szczelina; dzieci malują ją na biało – symbol czystości, początku, zaczynania nowego. Następnie, za pomocą ogłoszeń z gazet, wszyscy dokonują szaleństwa – radości kupowania towarów i usług. Wycięte reklamy są naklejane na czarną część sylwetki. Później, na stronie lewej, dzieci komponują i umieszczają „znaki – symbole” nowego […], których magiczna siła przeciwstawi się owemu rozdarciu człowieka. Robią je z wielobarwnych, bajecznie kolorowych ścinków materiału. Jednak nie mają zdradzać nikomu tego, czego są symbolem, tylko oni znają ową tajemnicę. Miny właścicieli takich sekretów też są tajemnicze. Zaczyna się ostatnia część warsztatu; każdy wpisuje w białą szczelinę – wyraźnie rysującą się między czarną i tęczową stroną naszych sylwetek – swój osobisty pomysł, sposób na to, aby w przyszłości człowiek nie był tak dramatycznie rozdarty. Treść owych projekcji nie jest wolna od banalnych sugestii, żywcem przeniesionych z tytułów gazet i audycji telewizyjnych, może takich jest nawet większość, ale część dzieci mocuje się z własną wyobraźnią i wtedy można przeczytać i takie wzruszające życzenie: „Niech mniej zależy od fabryk, a więcej od ludzi”!

Każdy „ubrany” jest w karton ze swoim drugim ja; robimy to za pomocą sznurka w taki sposób, aby można zawiesić ów portret na szyi. Milczący i nieco złowieszczy pochód wychodzi przed Halę Spacerową; wiatr porusza papierowymi nogami i rękami, które nieprzyklejone, wystają poza kartony. Czy porusza także coś w duszy?

Czas na finał. Układamy na ziemi kartony, jeden za drugim, ale tak, aby łączyły się białymi szczelinami; wówczas za sprawą siły wyobraźni i wdrapania się wysoko na wieżę Domu Zdrojowego, możemy zobaczyć, jak szczeliny przemieniają się w jedną, wspólną ścieżkę lepszego; w dole widać wyraźnie biały szlak nadziei i dobrych życzeń, a choć nie widać zapisanych na nich pomysłów, to i tak wszyscy o tym pamiętają.

Kwadratowe arbuzy – czyli rzecz o kształceniu

Na okoliczność celów, rezultatów, efektów jesteśmy przepytywani dość często; mam zresztą wiele zrozumienia dla tych, dla których owa dociekliwość wynika, w prosty sposób, z wysokości łożonych środków finansowych. Nie wiem do końca, czy w ich myśleniu nie pojawia się uproszczenie polegające na tym, że jasno sformułowane cele identyfikuje się automatycznie z czytelnymi rezultatami? Być może jest i tak, że tęsknoty do skodyfikowania następstw i skutków, są rozbudzone przez pragmatyczne doświadczenia „świata produkcji”, gdzie nakłady pieniężne są jednoznacznie związane z celami, a efekty wyliczone w postaci garnków, flaszek, samochodów, obrabiarek itd.?

Ale jest w tym wszystkim coś jeszcze ważniejszego, głębszego. Chodzi mianowicie o pryncypialną różnicę między edukacją zorientowaną na „wynik” a edukacją zorientowaną na „proces”; to, co nazywamy procesami edukacyjnymi, nie stanowi kontinuum, lecz wypadkową sporadycznych przemian, o których w rzeczywistości wiemy po wielokroć mniej niż napisano we wszystkich podręcznikach pedagogiki. To my, w naszych umysłach i w zgodzie z logiką kartezjańską, rozbijamy obraz edukacji na rozmaite kawałki, wyniki, po czym dla wygody analizowania jej przebiegów – układamy je w porządku linearnym, w związkach przyczynowo-skutkowych, budując owo wyobrażeniowe kontinuum. Nie sposób przecież przekazać, jak proces ten przebiega i na czym polega, albowiem mamy do czynienia z grą kombinacji i wzajemnych oddziaływań, nakładania się niekontrolowanych czynników, zdolnością ludzi do korzystania ze zdarzeń przypadkowych, złożonością i losowością, ładem i nieładem, możliwością błędu czy wreszcie otwartością i niepewnością. Mamy trwałą skłonność do pomijania któregoś z tych składników – a może nawet wielu – z trudem przychodzi nam myśleć o nich jako o całości. Otóż każdy z nich odsyła do innego, żaden zaś nie jest celem ani zwieńczeniem innego; mamy tu do czynienia z obiegiem bez początku i końca, a wszystko, co dotyczy złożonego charakteru jednego ze składników, dotyczy również złożoności pozostałych. I w tym sensie edukacja jest właśnie procesem z natury swej niedokończonym i trwającym tak długo, jak ludzkie życie; jak ludzkie życie w znaczeniu gatunkowym, społecznym i jednostkowym – wzajem połączone. Tak więc owa krzątanina wobec celów edukacyjnych, które chce się ulokować w konkretnej sekwencji działaniowej, przypomina – mówiąc metaforycznie – nerwowe wyrywanie młodych roślin z ziemi po to, aby sprawdzić, czy rosną korzenie.

Szkoła to jest teatr, a właściwie garderoba

Użyjmy metafory i wyobraźni: garderoba teatralna, kolorowe szminki, wielkie zwierciadło i młody człowiek, który z ciekawością, pasją, zdziwieniem, podejrzliwością, niepewnością, ironią czy poczuciem humoru – przemierza bogactwo różnorodnych strojów i szuka prawdy swojego portretu. Edukacja jest właśnie taką przygodą z symboliczną szafą pełną kostiumów, które oferują radość i zadumę nad tym, co zostało wykreowane, a potencjał kilku miliardów szarych komórek – niczym lustro – aktualizuje obrazy możliwości młodzieńca. Jak znaleźć coś dla siebie?

Ryszard M. Łukaszewicz

Przedruk wybranych fragmentów za zgodą Autora z Leczenie głupoty i… czyli Salony Edukacji Ekologicznej NATURAmy prof. Ryszarda M. Łukaszewicza, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1996 r. Publikacja powstała w ramach prac Fundacji Wolne Inicjatywy Edukacyjne. Więcej informacji: wsp.wroc.pl/stacja/