Miesięcznik Dzikie Życie

3/201 2011 Marzec 2011

Elinor Ostrom – ekologiczna noblistka z ekonomii

Paweł Żyła

W poniższym tekście staram się przedstawić niezwykle ciekawy dorobek naukowy Elinor Ostrom. To pierwsza kobieta uhonorowana, w 2009 roku, Nagrodą Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, przyznawaną od 1969 r.

Ekonomia, samorząd, kwestie własności, zdają się nie być obszarami, które mogą zainteresować ekologa. Osoby związane z ochroną środowiska zwykle ocierają się tylko o takie kwestie przy okazji ubiegania się o dotacje unijne czy udziału w postępowaniach administracyjnych. Ochrona środowiska, gdy spojrzymy na zakres studiów o tej nazwie, zdaje się nie być nauką społeczną, a raczej studiami chemiczno-technicznymi. Gdy sam studiowałem ten kierunek, najbardziej brakowało mi nie tylko zajęć z przedmiotów przyrodniczych, ale również społecznych: w końcu problemy ekologiczne wynikają z działań człowieka, i faktycznie chronić środowisko można tylko zmieniając te działania.

Elinor Ostrom

Elinor Ostrom

Jednak gdy rozpocząłem pracę w zawodzie oraz uaktywniłem się społecznie, okazało się, że w ochronie środowiska w Polsce najważniejsze jest prawo, po drugie prawo, po trzecie… prawo. Dyrektywa szkodowa czy art. 6 dyrektywy siedliskowej – każdy ekolog ma je wyryte w umyśle i sercu, są dla nas jak tarcza przeciw złu, niczym „młot na czarownice” dla średniowiecznych inkwizytorów. Implementacja prawa unijnego i przynajmniej częściowe wdrożenie standardów „zachodnich” było i nadal jest źródłem zmian na lepsze w ochronie środowiska w Polsce, a zwłaszcza w ochronie przyrody. Na pewno udało się dzięki tym nowym narzędziom uniknąć wielu nieszczęść, ze sztandarową sprawą Rospudy na czele. Sam pochodzę z Opolszczyzny i doskonale pamiętam dawne „dobre” czasy, gdy park krajobrazowy na Górze Świętej Anny nie okazał się przeszkodą, by wybudować jeden z dłuższych odcinków autostrady w Polsce w ostatnim dziesięcioleciu XX w.

Kontestowanie obecnej rzeczywistości (prawnej) nie jest więc bynajmniej moim celem. Mam jednak nadzieję że uda mi się przedstawić dorobek zeszłorocznej noblistki w sposób, który skłoni czytelników do krytycznej refleksji nad naszymi sposobami rozwiązywania problemów ekologicznych.

Elinor Ostrom, która 7 sierpnia 2010 r. obchodziła 77. urodziny, jest profesorem nauk politycznych na Indiana University w Bloomington. Kolejne tytuły naukowe zdobyła na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, by następnie związać się na wiele lat z Uniwersytetem w Bloomington, gdzie razem z mężem założyła Pracownię Teorii Politycznych i Analiz Polityki. Swoje wieloletnie badania poświęciła tematowi wspólnych zasobów (zasobów naturalnych). W oparciu o szeroki materiał empiryczny dowiodła, że własność wspólna jest znacznie lepiej zarządzana przez jej użytkowników niż twierdzą standardowe teorie, na których budowana jest obecna polityka społeczno-ekonomiczna krajów wysokorozwiniętych.

Według tych teorii, wspólna własność powoduje destrukcyjne procesy, prowadzące do ich zniszczenia. Z kolei Ostrom w swoich pracach wskazuje, że na całym świecie, w społeczeństwach na różnych stopniach rozwoju, można odnaleźć użytkowników wspólnych zasobów, którzy samorządnie, we własnym gronie odkrywają zasady optymalnego ich wykorzystania, czego nie są w stanie wyjaśnić krytycy wspólnotowej własności i takiegoż zarządzania zasobami.

Wyjątkowość i innowacyjność ujęcia Ostrom widać najlepiej w zestawieniu z dotychczasowym kanonem myślenia o niszczeniu i ochronie wspólnych zasobów. Kanon ten zbudowany jest wokół takich pojęć, jak „tragedia wspólnego pastwiska” oraz „dylemat więźnia”.

Wspólne pastwisko

Pojęcie tragedii wspólnego pastwiska pojawiło się w debacie nad wykorzystaniem zasobów za sprawą Garretta Hardina, który opublikował w „Science” (1968) artykuł „The Tragedy of the Commons”1. Wspólne pastwisko jest w nim przywołane w celu wizualizacji problemów, jakie rodzą się, gdy grupa jednostek korzysta ze wspólnego dobra.

W tym przypadku rolnicy-pasterze mają do dyspozycji wspólne tereny pod wypas. Każde pastwisko ma określoną wydajność, pozwalającą dobrze wyżywić ograniczoną, konkretną liczbę zwierząt. Zbyt duże stada nie tylko nie będą w stanie się wyżywić, ale i zniszczą pastwisko. We wspólnym, dobrym interesie leży więc, by ilość wypasanych zwierząt nie była za duża. Z drugiej strony, indywidualne zyski pasterza są proporcjonalne do wielkości stada. W takiej sytuacji poszczególni pasterze zwiększają stada, ponieważ czerpią szybko i w całości zyski z dodatkowych zwierząt, natomiast straty związane z niszczeniem pastwiska rozkładają się na wszystkich i są odleglejsze w czasie. Ponieważ proceder zwiększania stada jest powszechny, ostatecznie wszyscy pasterze ponoszą olbrzymie straty – niszczą wspólne pastwisko.

Główną zasługą Hardina jest to, że wprowadził on pewien spójny, systemowy model opisu mechanizmu problemów środowiskowych, związanych z nadmiernym wykorzystaniem jego zasobów. W paradygmacie wspólnego pastwiska opisywano m.in. problem głodu w Sahelu, kryzys drewna opałowego w Trzecim Świecie czy systemy selektywnej zbiórki odpadów. Użyto go również do analizy problemów globalnych, takich jak kwaśne deszcze i emisja gazów cieplarnianych.

Weźmy na przykład problem niskiej emisji – jedno z istotnych wyzwań ekologicznych w Polsce. Wspólnym dobrem jest tu powietrze w danej okolicy, służące do oddychania ludziom, zwierzętom i roślinom, jak również do cieszenia się widokami. Ważną użytecznością powietrza jest też możliwość spalania w nim paliwa w celu ogrzania domów, przygotowania posiłków. Najkorzystniejszym dla jednostki sposobem „gospodarki energetycznej” jest nieinwestowanie w nowe urządzenie i spalanie najtańszych paliw, złej jakości węgla, a najlepiej plastikowych i gumowych odpadów. Pociąga to jednak za sobą emisję powodującą przekroczenie norm zanieczyszczenia powietrza i powoduje choroby ludzi i zwierząt, spadek plonów, zmniejszenie atrakcyjności – turystycznej i osadniczej – okolicy.

Najmniej korzystnym dla jednostki rozwiązaniem jest przyłączenie się do sieci ciepłowniczej lub zmiana ogrzewania na elektryczne lub gazowe. Wymaga to wysokiego wkładu finansowego w inwestycje oraz podnosi koszty eksploatacyjne. Dla jakości powietrza, a więc dobrobytu wszystkich mieszkańców, jest to jednak rozwiązanie najlepsze. Obraz i zapach polskich miast i wsi pokazuje, że nie jesteśmy frajerami i wybieramy „najkorzystniejsze” rozwiązanie.

Dylemat więźnia

Bardziej sformalizowanym niż metafora wspólnego pastwiska sposobem opisu mechanizmów destrukcji wspólnych zasobów jest dylemat więźnia – problem opisany na polu teorii gier. Pierwotnie dylemat więźnia przedstawiony był w przypadku gry dotyczącej sytuacji, w której dwaj gracze odgrywają role oskarżonych o wspólne popełnienie poważnego przestępstwa. Są osobno przesłuchiwani, co stawia ich przed dylematem: przyznać się czy nie przyznać do winy. Dylemat więźnia można sprowadzić do prostej tabeli:

WIĘZIEŃ 2

Nie przyznanie się

Przyznanie się

WIĘZIEŃ 1

Nie przyznanie się

1 rok każdy

10 lat dla więźnia 1

3 miesiące dla więźnia 2

Przyznanie się

3 miesiące dla więźnia 1

10 lat dla więźnia 2

8 lat każdy

Podstawową zasadą gry, prowadzącą do dylematu więźnia, jest brak możliwości komunikacji, a więc i współpracy pomiędzy graczami. W takiej sytuacji większość graczy decyduje się przyznać do winy: strategia taka może doprowadzić do uzyskania najkorzystniejszego wyroku oraz wyklucza wyrok najwyższy.

Tragedia wspólnego pastwiska i dylemat więźnia są bardzo ważnymi odkryciami. Uwidoczniły one, że racjonalne jednostki są w stanie działać na podstawie racjonalnych przesłanek (własnego interesu), a zarazem postępują w sposób najmniej korzystny dla nich, kończący się tragedią ich, innych i środowiska. Powstały tysiące prac o tych problemach, gdzie wiele uwagi poświęcono praktycznemu zagadnieniu: jak uniknąć tragedii. W literaturze dominują dwa zasadnicze podejścia do tego tematu, pokładające nadzieję w państwie lub w prywatnej własności.

Państwo

Ingerencja państwa może przyjąć postać kolektywizacji wspólnego pastwiska, co jak pokazuje historia służy spadkowi produkcji i skutkuje klęską głodu nawet w najżyźniejszych regionach świata. Wkroczenia państwa może odbyć się też subtelniej, bez zmiany struktury własności. Wówczas rozwiązanie problemu powierzane jest zewnętrznej instytucji, która ustanawia prawa regulujące korzystanie ze wspólnego dobra, a następnie nadzoruje przestrzeganie oraz wymierza kary w przypadku ich złamania.

Z takim podejściem top-down do problemu korzystania ze środowiska mamy do czynienia obecnie. W Polsce po 1989 r. przez kilkanaście lat budowano system prawa i organów ochrony środowiska. W jego ramach ogólne rozwiązania, o których decydowano na szczeblu centralnym, były następnie wdrażane w kraju, województwach, gminach, firmach itd. Miało to mieszany skutek dla środowiska, ale nie można zaprzeczyć, że doprowadziło do radykalnej poprawy jakości środowiska w porównaniu z wcześniejszym okresem, gdy ochrona środowiska stanowiła margines polityki państwa.

Ważną cezurą dla polskiej ekologii było wejście do Unii Europejskiej, kiedy to sięgnęliśmy jeszcze „wyżej” i na wszystkich szczeblach organizacji państwa i społeczeństwa wdrożyliśmy rozwiązania ogólnoeuropejskie. I z ochroną środowiska jest coraz lepiej. Jednak zarówno my w Polsce, jak i teoretycy proponujący rozwiązania oparte o państwo, nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo są to kosztowne rozwiązania. Obecnie przepisy chroniące środowisko stanowią około 40% prawa wspólnotowego, a będzie ich coraz więcej. Realizacja polityki klimatycznej jest niewątpliwie najbardziej kosztownym wspólnym projektem państw europejskich. Cele są dobre, ale czy ochrona środowiska musi być tak kosztowna?

Prywatyzacja

W naszym kraju zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że ilekroć mowa o wydawaniu publicznych pieniędzy, pojawiają się głosy wskazujące na nieefektywność takich rozwiązań i przedstawiające prywatyzację i mechanizmy wolnorynkowe jako panaceum na dowolny problem. Prywatyzacja to w przypadku wspólnego pastwiska podzielenie go na prywatne działki, ich ogrodzenie i indywidualne korzystanie z własnego małego pastwiska. Brzmi to rozsądnie – każdy pasterz będzie dbał o swoje pastwisko, problem nadmiernej eksploatacji mamy z głowy. Nie do końca.

Realnym problemem w przypadku pastwisk jest fakt, że użytki zielone nie są jednorodne i trudno podzielić je równo pod względem produktywności. Dodatkowo poszczególne części pastwiska mają różną wartość w poszczególnych porach roku (mogą być np. zalewane) i kolejnych latach. Przy odpowiednio dużej skali, problemem mogą być nierównomierne opady w poszczególnych częściach terenów pasterskich. Zwolennicy własności prywatnej zapominają też o kosztach takiego rozwiązania – w przypadku pastwisk np. wybudowania i utrzymania ogrodzeń czy dostarczania wody (gdy rzeka jest już „za płotem”).

W miejscowości Jełowa w powiecie opolskim, w której urodził się mój ojciec, wypracowano system wspólnego korzystania z prywatnych terenów pod wypas bydła właśnie dla zmniejszenia kosztów i zwiększenia efektywności wypasu. Zwyczajowo wszyscy gospodarze do odpustu, przypadającego pod koniec sierpnia (parafia Św. Bartłomieja), zobowiązani byli zebrać plony z pól oraz drugi pokos. Następnie aż do nadejścia mrozów wszyscy mieszkańcy wypasali bydło wspólnie, na całym, okresowo wspólnym terenie. Ograniczało to koszty związane z grodzeniem czy pracę związaną z wypasem uwiązanych krów. Pozwalało też bydłu swobodnie korzystać z całego terenu, co powodowało, że do wypasu wykorzystywano takie tereny, jak pobocza dróg, rowy i miedze, w innym przypadku trudno dostępne. Wspólnota korzystała w ten sposób z większego terenu, jak również z mniejszych kosztów jesiennego wypasu. Zwyczaj ten zanikł wraz z stopniowym odejściem od pracy na roli na rzecz pracy najemnej (często za granicą). Obecnie zdecydowana większość łąk i pastwisk jest odłogowana od ponad dwudziestu lat, co bardzo niekorzystnie odcisnęło się na krajobrazie i bioróżnorodności tych terenów.

Odchodząc od ścisłego trzymania się użytków zielonych, rozwiązanie prywatyzacyjne napotyka poważny problem, a właściwie jest nie do zastosowania w przypadku innych zasobów, choćby ryb morskich. Można wprowadzać prywatne prawa, limity czy łowiska, jednak same ryby pozostaną wspólne. I nie dotyczy to tylko rybostanu, ale też powietrza, klimatu, obiegu wody itd.

Trzecia droga

Elinor Ostrom w swoich pracach pokazuje bezpodstawność założenia o bierności i braku woli porozumienia pomiędzy współużytkownikami. Przedstawia też rozwiązanie, w którym to sami „pasterze” tworzą zasady pozwalające na zrównoważone wykorzystanie pastwiska i maksymalizację dochodów uzyskiwanych przez obie strony. Taką grę można zapisać w postaci:

PASTERZ 2

Wypracowanie zasad wspólnego korzystania

Nie wypracowanie zasad wspólnego korzystania

PASTERZ 1

Wypracowanie zasad wspólnego korzystania

Zrównoważone wykorzystanie z pastwiska

Tragedia wspólnego pastwiska

Nie wypracowanie zasad wspólnego korzystania

Tragedia wspólnego pastwiska

Tragedia wspólnego pastwiska

W realnych warunkach użytkownicy wspólnego pastwiska rzadko dają się sprowadzić do sytuacji dylematu więźnia, ponieważ nie siedzą przecież w celach: mogą się komunikować i ustanowić zasady korzystne dla wszystkich. Dowodzi tego wiele realnych przykładów. W jednym z nich rybacy z Alanii, tureckiego śródziemnomorskiego portu, rozwiązali problem dostępu do przybrzeżnych łowisk. Jest to historia często przytaczana przez samą Ostrom i jej komentatorów, ponieważ wyjątkowo jasno pokazuje, jak lokalne wspólnoty potrafią stworzyć skomplikowany system gospodarowania złożonym problemem.

Łowiska wokół Alanii nie są jednorodne – poszczególne miejsca w określonych porach roku są wyjątkowo rybne, podczas gdy inne nie. To pierwszy problem. Dodatkowo w Alanii jest dużo rybaków, około 100, z czego tylko połowa należy do spółdzielni rybackiej. Wczesne lata siedemdziesiąte XX w. były w Alanii bardzo złym okresem. Nieuregulowany dostęp do łowisk prowadził często do brutalnych konfliktów pomiędzy rybakami o najlepsze miejsca połowu. Dodatkowo konkurencja pomiędzy rybakami o te miejsca doprowadzała do wzrostów kosztów i wzrostu niepewności co do wielkości połowów na poszczególnych łodziach.

W okresie tym spółdzielnia zaczęła eksperymentować ze sposobami przydzielania poszczególnych łowisk rybakom. Doprowadziło to do wypracowania obecnie stosowanego wymyślnego systemu, w którym poszczególne łowiska są raz do roku losowane przez rybaków. Następnie, przez cały okres migracji ryb, rybacy codziennie przesuwają się o jedno łowisko w kierunku przeciwnym niż kierunek migracji. Daje to każdemu rybakowi równe szanse w korzystaniu z ławic, zapobiega też ich nadmiernemu przetrzebieniu przez skoncentrowany odłów w najlepszych miejscach.

Samorządne ustanowienie ma co najmniej kilka przewag nad ingerencją państwa. Jak zauważa Ostrom, użytkownicy pastwiska mają zdecydowanie lepsze rozeznanie w wewnętrznej strukturze i sezonowych zmianach w obrębie wspólnie użytkowanych dóbr, co pozwala im wprowadzić zasady lepiej odnoszące się do indywidualnej specyfiki pastwiska. Przewaga ich zasad przejawia się nie tylko w większym dopasowaniu do zmiennych warunków, ale również w bardziej sprawiedliwym podziale dóbr. Wobec braku zewnętrznej władzy, siłą wymuszającej przestrzeganie narzuconych zasad, istnieje naturalna tendencja do tworzenia ich w sposób minimalizujący niezadowolenie każdej strony oraz zażegnujący ewentualne konflikty.

Co najważniejsze, rozwiązania proponowane przez państwo mają charakter ideologiczny, wpychają unikatową sytuację w sztywne ramy prawa dyktowanego światopoglądem władzy, co jak uczy szczególnie najnowsza historia, nie jest rozwiązaniem najlepszym. Centralistyczne rozwiązania są też niezwykle kosztowne: Unia Europejska wydaje rocznie ok. 0,7 mld euro na rybołówstwo, gałąź gospodarki, która powinna przecież generować zyski.

Tym, co wyróżnia Ostrom na tle innych badaczy problemu wspólnego pastwiska, jest to, że nie stara się ona udowodnić słuszności pewnych rozwiązań wywodzących się z konkretnych nurtów ideologicznych czy teoretycznych. Bada natomiast niezliczone przykłady realnie funkcjonujących społeczności zarządzających wspólnymi zasobami. Części z nich udało się odnieść trwały sukces, inne poniosły klęskę – Ostrom swoje koncepcje buduje na wszystkich tych przykładach. W trakcie wieloletnich badań zebrała około 5 tysięcy artykułów naukowych, przedstawiających realnie funkcjonujące systemy zarządzania wspólnym pastwiskiem. Ich autorzy reprezentowali wiele dyscyplin naukowych, takich jak socjologia wsi, antropologia, historia, ekonomia, politologia, leśnictwo itp., a ich badania dotyczyły niemal wszystkich rejonów globu. Nie dotyczą one bynajmniej tylko egzotycznych krajów Trzeciego Świata – „wspólne pastwiska” można odnaleźć także w Stanach Zjednoczonych, Japonii czy Szwajcarii.

Ustanawianie ram dla systemu pozwalającego maksymalizować zyski jednostek, przy jednoczesnym zachowaniu puli zasobów, napotyka według Ostrom na trzy problemy: ustanawianie zasad, pewność zobowiązań (problem „pasażerów na gapę”) oraz wzajemnego monitoringu. Stworzenie takiego samorządnego systemu jest więc bardzo trudne, niemniej, jak pokazuje życie – możliwe. Amerykańska ekonomistka w oparciu o strukturalizowany przegląd literatury, opisującej takie wspólnotowe rozwiązania, stworzyła ośmiopunktową charakterystykę samorządnych instytucji, odnoszących sukces w gospodarowaniu wspólnymi dobrami.

Cechy dobrych samorządnych instytucji wg Ostrom:

  1. Jasno wyznaczone granice, określające, kto ma prawo do korzystania ze wspólnego dobra (wykluczenie stron nieuprawnionych).
  2. Obecność dostosowanych do lokalnych warunków zasad określających sposób korzystania z zasobów, jak również ponoszenia kosztów ich utrzymania.
  3. W ustalaniu reguł bierze udział większość osób korzystających z zasobów.
  4. Efektywny system monitoringu przestrzegania zasad, prowadzony przez samych uczestników, ewentualnie zewnętrznych sędziów, odpowiadających jednak przed członkami wspólnoty współużytkowników.
  5. System stopniowanych sankcji za łamanie wspólnie wypracowanych zasad.
  6. Obecność systemu rozwiązywania konfliktów – tani i łatwy w zastosowaniu.
  7. Samorząd wspólnoty jest uznawany przez władze wyższego szczebla.
  8. W przypadku dużej skali, kiedy ze wspólnego dobra korzysta bardzo wielu użytkowników, organizacja systemu przyjmuje postać wielopoziomową, jednak zawsze z małymi samorządnymi grupami u jego podstawy.

Czytelników zainteresowanych tematem samorządnych instytucji zarządzających odsyłam do oryginalnych tekstów Ostrom, z których najważniejszy to „Governing the Commons: The Evolution of Institutions for Collective Action”. Żadna z jej książek nie doczekała się niestety polskiego tłumaczenia2. Wiele jej książek można przejrzeć w oryginale na „Google Books”, w sieci jest też sporo materiałów video z jej prelekcjami. Dzieła Ostrom powinny się stać lekturą obowiązkową dla osoby zainteresowanej ekologią. Od nas zależy, czy będzie to wiedza tylko akademicka, czy też znajdować będzie coraz więcej zastosowania w życiu.

Paweł Żyła

Podziękowania dla Ewy Chopkowicz i Małgorzaty Więckowicz za pomoc i krytyczne uwagi, bez których tekst ten by nie powstał.

Przypisy:

1. Commons to angielskie określenie dla terenów takich jak pastwiska i lasy, które od średniowiecza były użytkowane wspólnie przez lokalne wspólnoty. W średniowiecznej Polsce również powstawały takie obszary. Obecnie używa się go do określenia zasobów ogólnodostępnych. W polskim piśmiennictwie przyjęło się to tłumaczyć w tym kontekście jako „wspólne pastwisko”.

2. W języku polskim dostępne są ich omówienia, np. Jakub Bożek (2009), Tragedia wspólnego pastwiska? Czyli o tym czy dwóch pasterzy naprawdę radzi sobie gorzej niż jeden, w: „Ekologia. Przewodnik Krytyki Politycznej”.