Miesięcznik Dzikie Życie

9/255 2015 Wrzesień 2015

Wirus AJK

Jacek Zachara

Przypomniał mi się mój pierwszy pobyt w Dolinie Wapienicy w roku 1991. Od niedawna byłem mieszkańcem Bielska-Białej. Dzień zaczął się słonecznie, później z nieba nieźle polało. Kryłem się przed strugami deszczu pod drzewami. Ogarnął mnie strach, bo pioruny waliły właśnie nad moją głową. Jednak deszcz jak szybko przyszedł, tak sobie poszedł. Byłem dość mokry, bo przedzierając się przez las zostawało na mnie to, co kapało z liści. Powoli słońce wychodziło zza chmur. Wszystko parowało, a szczególnie na drodze przy zbiorniku. W lekkim zamgleniu zobaczyłem drewniany dom nad zaporą – wyglądał dość intrygująco i tajemniczo, niczym domek Baby Jagi. W takiej, prawie mistycznej atmosferze, ujrzałem nic niemówiący mi napis na bramie – Stacja Edukacji Ekologicznej i rysunek ptaszka z napisem „Pracownia na rzecz Wszystkich Istot”. Przez następne miesiące dążyłem do odkrycia tajemnicy domku, stacji i Pracowni. Po jakimś czasie od pierwszej wizyty w Dolinie Wapienicy dotarły do mnie informacje o Pracowni – że to sekta, nawiedzeni, odprawiają tam jakieś gusła, nie pozwalają niczego zabić, na nartach nie można pojeździć i w ogóle po lesie pochodzić... Uzbrojony w taką wiedzę, zamiast trzymać się z daleka, robiłem dokładnie na odwrót – chciałem sprawdzić, co się za tym kryje! Bo jestem przekorny.

Po paru miesiącach telewizja pokazała film o Zgromadzeniu Wszystkich Istot. Poznałem plenery – to była Dolina Wapienicy! Na jej tle jakieś tajemnicze stwory albo mówiły, albo grały na dziwnych instrumentach. Na koniec pokazał się człowiek z długimi, kręconymi włosami – nazywał się Janusz Korbel. Mówił o relacji człowiek-przyroda. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie słyszałem – chłonąłem jego słowa. Zaczarował mnie. Pewne rzeczy, które wcześniej intuicyjnie czułem, teraz zostały dookreślone! Było to na tyle intrygujące, że gdy w filmie pojawiła się nazwa Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, moje lęki i obawy powstałe na jej temat za sprawą opinii wielu ludzi, na tyle osłabły, że postanowiłem się zaraz zapisać na organizowane przez nich warsztaty. A później na kolejne, i tak przez cały rok. Oczywiście pilnowałem się i na każdym kroku uważałem, żeby nie zostać „przerobiony na macę”! Wszak w tyle głowy miałem jeszcze zakodowaną informację o wielu rzekomych przewinach Pracowni.

Janusz przygotowuje się do snu w leśnym hotelu Puszczy Walczącej w Bieszczadach podczas akcji opisanej w tekście. Fot. Jacek Zachara

Janusz przygotowuje się do snu w leśnym hotelu Puszczy Walczącej w Bieszczadach podczas akcji opisanej w tekście. Fot. Jacek Zachara

W międzyczasie odwiedzałem biuro Pracowni na ul. Modrzewskiego w Bielsku-Białej. Chodziłem tam po pracy, często dość późnym popołudniem. Janusz mieszkał piętro wyżej. Zachodziłem do niego i przydzielał mi jakieś zadanie. Na początku kleiłem znaczki i adresowałem koperty z odzysku, aby wysłać je w świat z ulotkami, biuletynami i „Raportem” Pracowni. Z czasem pojawiały się książki. Późnym wieczorem przy okazji oddawania kluczy do biura Janusz zapraszał mnie na herbatę, którą podawał w jego ulubionych chińskich filiżankach z ryżem zatopionym w porcelanie. No i gadał, a ja słuchałem. Robiło się strasznie późno, ale było ciekawie. Żal było iść do domu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, bo i skąd, że moje losy tak się potoczą, że spędzę obok Niego w biurze, w domku nad Zaporą, i w wielu innych miejscach, kawał życia. I że przy Nim będzie najlepsza szkoła, do jakiej kiedykolwiek uczęszczałem. Bo nie mam wątpliwości, że właśnie tu nauczyłem się tak wiele. Tu zdobyłem tyle umiejętności i narzędzi, którymi posługuję się w życiu społecznym do dziś. I właśnie tu, jak żartują moi znajomi, stałem się „zawodowym” społecznikiem, czyli takim, który gdy dzieje się coś złego, reaguje natychmiast, bez kalkulacji.

Janusz podczas nagrywania materiału dla TVP o Puszczy Białowieskiej. Stoi obok pnia dębu przywiezionego z puszczy i postawionego obok domku nad zaporą. Fot. Jacek Zachara

Janusz podczas nagrywania materiału dla TVP o Puszczy Białowieskiej. Stoi obok pnia dębu przywiezionego z puszczy i postawionego obok domku nad zaporą. Fot. Jacek Zachara

Przez następne lata byłem świadkiem i świadomym uczestnikiem wielu kampanii – w sprawie Puszczy Białowieskiej, ratowania drapieżników; powstania „Dzikiego Życia”; projektów edukacyjnych. I stało się coś, czego wcześniej nie planowałem – tak przeformatowałem swoje życie, że liczyło się już tylko jedno: ratowanie przyrody. Podporządkowałem wszystkie inne sprawy, nie mam wątpliwości, że za sprawą Janusza. Wsiąkłem w działania Pracowni po uszy!

Janusz Korbel zaskakiwał i imponował mi wiele razy – swoją wiedzą, sposobem przekazu, budowaniem strategii działań, umiejętnością angażowania innych i determinacją w dążeniu do celu. Wszędzie, gdzie się pojawiał, a bywając często z nim w wielu miejscach mogę o tym zaświadczyć, zaraz znajdywał się ktoś lub cała grupa zmotywowana do działań. Tak rodził się prawdziwy ruch obrońców przyrody w Polsce. Już Piotr Gliński w roku 1996 w swojej książce „Polscy zieloni” napisał, że Pracownia ma szansę stworzyć samodzielny ruch ekologiczny. W kontekście mizerii zaangażowania społecznego w Polsce w wielu dziedzinach, wydaje mi się, że właśnie Januszowi udało się stworzyć sieć organizacji i osób – rzeczników przyrody. Mocno zdeterminowanych, bez kompromisów stojących na straży miejsc przyrodniczo cennych. I przede wszystkim uzbrojonych w wiedzę.

Przypominam sobie wiele sytuacji, miejsc, kontekstów, w których Janusz wywarł na mnie ogromne wrażenie. W sposób szczególny pamiętam dwa wydarzenia. Podczas kampanii na rzecz utworzenia Turnickiego Parku Narodowego na Pogórzu Przemyskim organizowałem obóz zimowy dla pracownianych aktywistów w ramach tworzenia sieci Strażników Miejsc Przyrodniczo Cennych. Penetrowaliśmy teren, zbierając materiały i motywacje. Postanowiliśmy przy okazji zorganizować konferencję prasową w Przemyślu, aby przedstawić koncepcję i argumenty na rzecz utworzenia tu parku. Z Januszem spotkaliśmy się już na miejscu konferencji. W momencie wchodzenia do sali zauważyłem w jej środku, poza dziennikarzami, kilkadziesiąt postaci w zielonych mundurach. Byli to leśnicy – jak się później okazało o podwójnej orientacji, bo byli również myśliwymi. Buzowała od nich zła energia. Nogi się pode mną ugięły i szepnąłem Januszowi, że nas zmasakrują. On powiedział, żebym się nie przejmował, bo to dobra sytuacja. Jak wszyscy będą zadawać pytania do jednej bramki, to on za każdym razem będzie mógł odpowiadać i dzięki temu zwielokrotni możliwość wypowiedzi. Tak też się stało. Doszło do przedziwnej sytuacji, bo Janusz tak kierował rozmową, że „zielone ludziki” w pewnym momencie nie dość że przestały być agresywne względem nas, to nawet przyznawały mu rację nieświadome tego, co robią. Janusz całkowicie nimi zawładnął. Po spotkaniu na pewno wrócili na dawne pozycje, ale na sali byli na pewno po dobrej stronie. Po stronie Janusza!

Dawne województwo krośnieńskie było ostatnim miejscem, gdzie do początku roku 1998 polowano na wilki. Ale kilka tygodni wcześniej jeszcze nie było oczywiste, że niedługo już tak nie będzie. Umówiliśmy się z kilkoma osobami, że zrobimy rajd po Bieszczadach, aby trochę podenerwować myśliwych i dać znać, że nie zgadzamy się na polowania. Byłem z Januszem w zespole dwuosobowym. Wcześniej w okresie świąteczno-noworocznym penetrowałem z przyjaciółmi Bieszczady Wschodnie i Połoninę Równą na Ukrainie. Zaraz w Nowy Rok wróciłem do Polski i spotkałem się z Januszem w Ustrzykach Dolnych, skąd dotarliśmy następnego dnia do Lutowisk. Od tej miejscowości wiodła nasza wielodniowa trasa przez Bieszczady śladami ambon wilczych. Jako doświadczony turysta i przewodnik górski patrzyłem z politowaniem na obuwie Janusza. Miał na nogach gumofilce, ale takie nie nasze. Nazwałem je „walonkami amerykańskimi” i szczerze mu współczułem, że nie ma takich butów jak ja – skórzanych i dobrze zaimpregnowanych. Bo do tej pory moje buty były suche. Wcześniej na Ukrainie był mróz i trochę śniegu, więc nie miałem mokrych stóp. Jednak w Lutowiskach była dodatnia temperatura i śnieżna lub błotna bryja. Już po pierwszym dniu miałem całkowicie przemoczone buty. A w nocy zrobił się mróz! To najgorsze, co mogło mnie spotkać. A Janusz w swoich „walonkach amerykańskich” miał sucho i ciepło! Och, jak ja mu ich zazdrościłem!

Wcześniej też zastanawiałem się, czy Janusz da sobie radę kondycyjnie, wszak był ode mnie ponad dwadzieścia lat starszy! Jednak w czasie wędrówki był żywotny jak młodzieniaszek. Bez cienia zmęczenia. Naszym zajęciem podczas pobytu było smarowanie ambon i najbliższego otoczenia substancjami, które wilki czuły na odległość i przez to wiedziały, że należy trzymać się jak najdalej od tych miejsc. A i same ambony traktowaliśmy różnymi substancjami, aby myśliwi nie mieli komfortu zamknięci w małej przestrzeni. Pozostawialiśmy też plakaty z napisem „Nie zabijać wilków. Puszcza walcząca” i „Uwaga, obszar kontrolowany przez Puszczę Walczącą”. Choć ambony były małe, to były termicznie komfortowe do spania, ale nie byliśmy w stanie spędzić w nich nocy. Czuliśmy od nich złą, okupioną śmiercią energię. Woleliśmy spać w lesie, najczęściej pod rozłożystym świerkiem. Moje problemy z mokrymi butami spowodowały, że gdy rozpaliliśmy ogień, suszyłem je, a Janusz szukał w tym czasie dobrego opału w lesie. Jakże byłem mu za to wdzięczny! Dużo czasu i trudne warunki terenowe spowodowały, że mieliśmy sporo okazji do rozmów. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy tak szczerze i dogłębnie! Poza tematem, który nas tu przywiódł, mogliśmy również pogadać o swoich problemach osobistych. To był jedyny raz, gdy byliśmy tak blisko siebie. Normalnie liczyły się tylko rozmowy zadaniowe, bo roboty było dużo, a czasu mało.

I tak zygzakiem dotarliśmy po wielu dniach do Cisnej. Do autobusu do Zagórza mieliśmy trochę czasu i sporo plakatów. Wzięliśmy się do obklejania całej Cisnej. Czułem się jak partyzant, który robi akcję sabotażu w miejscu, gdzie jest duże skoncentrowanie wrażej siły. Janusz fotografował z radością dziecka efekty naszej pracy. Mówił: będzie dobry materiał do „Dzikiego Życia”! Dowiedzieliśmy się tego samego dnia, że myśliwi jeżdżą jak opętani po terenie i szukają członków, jak to mówili, gangu Puszcza Walcząca.

Jeszcze w tym samym miesiącu wojewoda krośnieński wydał zakaz dalszego odstrzału wilków! Do tej pory udało się myśliwym zabić 20, ale za to nam udało się uratować 73 wilki. Byliśmy szczęśliwi!

W ostatnim czasie mojej wspólnej z nim działalności w Pracowni iskrzyło między nami wielokrotnie, i to jak cholera! Pewnie za długo przebywaliśmy ze sobą… Miałem go później przez kilka lat serdecznie dość. Teraz myślę, że na głębszym, nieuświadomionym poziomie dostałem sygnał od mistrza, że powinienem wybrać się na wędrówkę czeladniczą. Chcąc nie chcąc udałem się, i myślę że to była dobra decyzja. I On za tym stał.

W domu Janusza w Białowieży, maj 2007. Fot. Justyna Zachara

W domu Janusza w Białowieży, maj 2007. Fot. Justyna Zachara

Czas najlepiej radzi sobie ze złymi emocjami. W roku 2007 całkowicie przypadkowo spotkaliśmy się w Puszczy Białowieskiej. Zaprosił mnie do siebie do domu w Białowieży. Mogliśmy pogadać, pogodzić się i symbolicznie zakończyć to, co było między nami niedobre. Wpierał mnie później wielokrotnie w moich działaniach. Zawsze widziałem jego podpis pod petycjami, które wysyłałem w świat.

Nie mam wątpliwości – miałem duże szczęście w życiu, że spotkałem Go na swojej drodze.

Niedawno koleżanka powiedziała mi, że urzędnik w Urzędzie Miasta w Bielsku-Białej stwierdził, że ze mną nie da się dogadać, bo nie ustępuję nawet na krok. Chodziło o ważny społecznie problem, którego rozwiązania domagałem się wraz z grupą mieszkańców. Na koniec powiedział: Jak rozmawiam z tym Zacharą, to później jestem chory przez parę dni. Tak jakby roznosił jakiegoś wirusa.

Tak sobie myślę, że urzędnik ma rację – roznoszę wirusa JZ, który jest mutacją innego, o nazwie AJK. Urzędnik nie wie, że zostałem kiedyś ukąszony Korbelem.

Jacek Zachara

Jacek Zachara – prezes bielskiego Stowarzyszenia „Olszówka”, w latach 90. członek i prezes Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.