Miesięcznik Dzikie Życie

5/275 2017 Maj 2017

Podążając śladami Gandhiego. Rozmowa z Vandaną Shivą

Wywiad Scotta Londona

Podczas gdy Mahatma Gandhi jest przede wszystkim kojarzony ze swoją kampanią na rzecz zakończenia brytyjskiego kolonializmu pół wieku temu, większa część pracy jego życia poświęcona była przywróceniu witalności Indii i regeneracji ich kultury od samych podstaw. Był niezmordowanym orędownikiem idei, którą nazywał swadeshi, lub lokalną samowystarczalnością. Wierzył, że duch Indii zawarty jest w społeczności wiejskiej, a prawdziwa wolność narodu indyjskiego może być osiągnięta jedynie poprzez stworzenie konfederacji samorządnych, samodzielnych i pracujących na własny rachunek społeczności ludzi żyjących na wsi, którym środków do godziwego życia dostarczają produkty z ich własnych gospodarstw.

Jak pokazała historia, po uzyskaniu przez Indie niepodległości idee Gandhiego zostały zignorowane, szczególnie jego nauki o oszczędności i ochronie zasobów. Podobnie jak wiele innych krajów rozwijających się, Indie przez pewien czas flirtowały z socjalizmem, później jednak porzuciły go na rzecz reform rynkowych w stylu zachodnim. Obecnie wszystkie główne partie polityczne wiążą przyszłość kraju z rozwojem najnowszych technologii, co najprawdopodobniej przyniesie krótkoterminowe korzyści niektórym Hindusom, ale w dłuższym okresie czasu pociągnie za sobą negatywne konsekwencje społeczne i ekologiczne.

Obrazek

Vandana Shiva

Lecz jednocześnie rośnie w siłę ruch społeczny nawiązujący do idei Gandhiego i czerpiący z nich inspirację. Coraz więcej i więcej ludzi, w Indiach i gdzie indziej, zaczyna kwestionować wartość reform wolnorynkowych i deregulacji. Dostrzegli oni, że dążenie do globalizacji gospodarczej wywołało mnóstwo negatywnych skutków, od pogłębienia nierówności ekonomicznych i przeludnionych miast, po zniszczenie środowiska i unicestwienie tradycji i kultur lokalnych.

Jedną z czołowych spadkobierczyń intelektualnej spuścizny Gandhiego jest Vandana Shiva, z wykształcenia fizyk i filozofka kultury, która zyskała znaczną renomę, jako orędowniczka zrównoważonego rozwoju, samostanowienia, praw kobiet i sprawiedliwości ekologicznej. Napisała ponad tuzin książek, m.in.: Monocultures of the Mind, Staying Alive: Women, Ecology and Development, i Biopiracy. Jest również znana w Indiach z powodu swojego zaangażowania w działania obywatelskie na rzecz ocalenia lasów, rozwoju sieci współpracy kobiet oraz ochrony bioróżnorodności.

Vandana Shiva jest dyrektorką the Research Foundation for Science, Technology, and Natural Resource Policy w Dehra Dum. Otrzymała liczne nagrody i wyróżnienia, w tym w 1998 roku Alfonso Comin Award i w 1993 r. Right Livelihood Award, nazywaną również Alternatywną Nagrodą Nobla. Nieżyjący już ekolog, David Brower powiedział pewnego razu, że gdyby istniało stanowisko prezydenta świata, chciałby, żeby została nim Shiva.

Scott London: Z wykształcenia jesteś fizykiem i filozofem nauki. Jak to się stało, że zainteresowałaś się aktywizmem ekologicznym, prawami kobiet i problemami globalnej gospodarki?

Vandana Shiva: Studiowałam fizykę z powodu mojej miłości do natury. Kiedy byłam młodą studentką nauk ścisłych, uczono mnie, że fizyka jest sposobem na uczenie się natury. Tak więc moje podróże w dziedzinie fizyki były w istocie wyrazem tych samych pragnień, które sprawiły, że zagłębiłam się w ekologię. Nie są one tak naprawdę czymś różnym, oprócz tego, że jest dodatkowy wymiar – dostrzeganie zniszczeń ekologicznych i systemu podtrzymującego życie, który pozwala nam przetrwać na tej dewastowanej przez ludzi planecie. To sprawia, że chcę robić więcej niż tylko badania; to zmusza mnie do działania, do interwencji.

Jestem kobietą, córką feministki i wnuczką dziadka feministy. Nie sądzę, żebym mogła uniknąć zajmowania się kwestiami kobiet. Nie zajmuję się tym dla kariery, ani nie traktuję jako profesji, jest to sedno mojej natury, jako istoty ludzkiej. Kiedy widzę zbyt wiele niejasności w sposobach, na jakie wyjaśnia się istnienie nierówności – dlaczego ludzie, którzy pracują najciężej na świecie, stają się najubożsi – nie potrafię po prostu zdystansować się i nie starać się zrozumieć przepaści dzielącej biednych i bogatych, która nieustannie się pogłębia, lub dlaczego tak wielu ludzi cierpi z powodu bezdomności i głodu. Dla mnie wszystkie te kwestie – sprawiedliwości, ekologii, dociekań naukowych za pomocą fizyki – mają to samo źródło. W pewnym sensie, tak naprawdę nie zmieniłam obszaru zainteresowań, podróżowałam i podróżuję tą samą drogą.

Czy nie jest to w jakiś sposób niezwykle, że hinduska kobieta interesuje się fizyką i robi doktorat w tej dziedzinie?

Byłam oryginalna. Tak naprawdę do tej pory nie wiem, co zainspirowało mnie do studiowania fizyki. Ale odkąd miałam dziewięć lub dziesięć lat, chciałam być taka jak Einstein. Był moim bohaterem. Nie znałam żadnych fizyków. Nie znałam żadnych naukowców. Nie miałam nikogo w pobliżu. I chodziłam do szkoły, w której nie było nawet wyższej matematyki i fizyki. Sama nauczyłam się tych przedmiotów, żeby dostać się na studia.

Lecz wziąwszy pod uwagę to, że interesowałam się fizyką, myślę, było mi łatwiej studiować ją w Indiach. Sądzę, że struktury wykluczenia są mocniej wbudowane w społeczeństwo amerykańskie, na przykład młode dziewczyny, które interesują się naukami ścisłymi, po pewnym czasie przestają wierzyć w siebie. Struktury wykluczenia działają przeciwko nim. W Indiach mamy inne struktury wykluczenia, ale nie wokół nowoczesnej wiedzy naukowej. Więc jeśli jesteś w stanie to robić, nikt cię nie będzie zatrzymywał, ponieważ nie uważa się tego za coś, czego nie powinny robić kobiety. W gruncie rzeczy w Indiach jest więcej matematyczek, lekarek i naukowców płci żeńskiej niż w Ameryce. Mieliśmy nawet kobietę jako głowę państwa, a jest to coś co w Stanach Zjednoczonych jeszcze się nie zdarzyło.

To prawda. A więc po uzyskaniu stopnia magistra w dziedzinie fizyki, kontynuowałaś studia i zrobiłaś doktorat z filozofii nauki.

Tak. Zaczęłam od fizyki jądrowej. Lecz po tym, jak stałam się bardziej wrażliwa na ekologiczne i zdrowotne konsekwencje systemu nuklearnego – byłam pierwszą kobietą w Indiach przygotowywaną do pracy przy reaktorze powielającym na prędkich neutronach (i byłam w nim, gdy po raz pierwszy sytuacja stała się krytyczna) – nie czułam się z tym dobrze. Zajęłam się więc fizyką teoretyczną.

Napisałam pracę magisterską na temat cząstek elementarnych. Ale podstawą cząstek elementarnych jest teoria kwantowa, wokół której było zbyt wiele problemów pojęciowych, które nie dawały mi spokoju. Zdecydowałam się więc na pracę nad podstawami teorii kwantowej. W tej dziedzinie zrobiłam mój doktorat.

Obrazek

Ręczne a w zasadzie nożne sterowanie nawadnianiem pól uprawnych. Fot. Ela Staszczyk

Jedyną uczelnią oferującą taki program był Uniwersytet Zachodniego Ontario. Zgromadził on matematyków, fizyków, filozofów i logików z całego świata. Byłam częścią tego niezwykłego wydziału w jego szczytowym, najbardziej ekscytującym momencie, w czymś, co prawdopodobnie stanowiło pięć lub sześć najwspanialszych lat w dziedzinie podstaw teorii kwantowej.

Nie porzuciłam fizyki z powodu znudzenia. Zostawiłam ją, ponieważ wciągnęły mnie bardziej inne kwestie. I zawsze sobie powtarzam: „Gdy będę miała 60 lat, chciałabym wrócić do tego, co przerwałam”.

Czy mogłabyś powiedzieć, jakie były niektóre z tych „gorących spraw”, które tak bardzo Cię zainteresowały w tych wczesnych latach?

Pierwszą kwestią, która mnie zaintrygowała, była przedziwna sprzeczność pomiędzy faktem, że Indie były krajem wysoko rozwiniętym pod względem naukowym (byliśmy wtedy trzecią największą potęgą naukową na świecie), a niewiarygodnym ubóstwem, z którym w tym samym czasie musieliśmy się zmagać. Zależność liniowa, która mówi, że nowoczesna nauka równa się rozwojowi i zmniejszeniu ubóstwa, nie odnosiła się do Indii. Nie działała. Coś było nie tak. Tak więc zrozumienie społecznego kontekstu nauki i technologii stało się jednym z moich imperatywów.

Inną sprawą było zanikanie himalajskiego lasu, w którym dorastałam. Powstał i wspaniale się rozwijał ruch społeczny nazywany ruchem Chipko. Kobiety wiejskie obejmowały drzewa, żeby zapobiec wycince. Mój ojciec był leśnikiem i dorastałam na tych wzgórzach. Widziałam, jak znikały lasy i strumienie. Przyłączyłam się do tego ruchu i zaczęłam pracować z wieśniaczkami. Dowiedziałam się od nich, jakie znaczenie mają lasy dla wiejskich kobiet w Indiach – dostarczają opału, pożywienia i lekarstw, są źródłem bogatej wiedzy.

Mój ojciec, który był leśnikiem z wykształceniem akademickim, wiedział co nieco o lesie. Ale stało się dla mnie jasne, że te kobiety wiedzą więcej o lokalnej bioróżnorodności niż jakikolwiek wykształcony leśnik. Znały każdy zakątek swojego ekosystemu. Tak wiec uczyłam się od nich i pracowałam dla nich, pisząc ich raporty i sprawozdania.

To właśnie spowodowało, że porzuciłam pracę wykładowcy uniwersyteckiego i założyłam instytut pod nazwą the Research Foundation for Science, Technology and Active Resource Policy. Brzmi to niezwykle górnolotnie, ale tak naprawdę oznacza bardzo prostą rzecz – zaprzęgnięcie badań naukowych w służbę nie tylko bogatych i posiadających władzę w społeczeństwie, czy też rządu i sektora prywatnego, lecz również ruchów oddolnych.

Dostrzegłam znakomite pomysły powstające w tych ruchach, które potrzebowały lepszej artykulacji, szczegółowego opracowania i systematycznej analizy. Po prostu poszłam za tym, i jest to bardzo ekscytujące.

Powiedziałaś, że najważniejszy problem stojący przed dzisiejszym światem, jest dwoistej natury: z jednej strony potrzeba zrównoważenia ekologicznego, a z drugiej sprawiedliwości społecznej. Dla wielu ludzi, szczególnie w USA, są to nie mające ze sobą związku, osobne kwestie. Lecz dla ciebie są one niemożliwe do rozdzielenia.

Tak, dla mnie są one ściśle ze sobą związane, częściowo ponieważ mój pogląd na ekologię wywodzi się z marginesów indyjskiego społeczeństwa, od producentów rolnych, którzy stanowią 70% indyjskiej populacji – ludzi, którzy są zależni od zasobów naturalnych, bioróżnorodności, ziemi, lasów i wody. Ich środkami produkcji jest natura. Dewastacja środowiska jest więc dla nich formą niesprawiedliwości. Kiedy las zostaje zniszczony, kiedy obwałowuje się rzekę, kiedy zanika bioróżnorodność, kiedy pola przesiąkają wodą lub ulegają zasoleniu z powodu działalności gospodarczej, zagraża to przetrwaniu tych ludzi. Zatem nasze ruchy ekologiczne są ruchami na rzecz sprawiedliwości społecznej.

Myślę, że przyczyna tego, że nie jest tak w warunkach północnoamerykańskich, ma związek z historią tego kraju. Okupacja tego kraju (a przybycie Kolumba z pewnością było okupacją, nie da się temu zaprzeczyć) oznaczała, że cała historia Rdzennych Amerykanów została ukryta. Ziemię można okupować tylko wtedy, gdy najpierw określi się ją, jako niezamieszkałą. Więc uznano ją za niezamieszkałą dzicz, pomimo, że od tysiącleci żyła na niej ludność tubylcza.

Obrazek

Rolnik jedzie na wozie z drewnianymi kołami. Fot. Ela Staszczyk

Tak więc historycznie natura została zdefiniowana jako dzicz. Później, gdy pojawił się ruch na rzecz ochrony środowiska, powstał on niezależnie od kwestii nierówności społecznych i problemów ekonomicznych związanych z przetrwaniem. Był to ruch ekologiczny stworzony przez kulturę okupantów. Z pewnością, gdyby zapoczątkowali go Rdzenni Amerykanie, nie miałby tych samych korzeni.

Zatem obecnie ruch ekologiczny znalazł się w opozycji do kwestii sprawiedliwości. Można to dostrzec w sposobie, w jaki przedstawia się problemy. Jest to ciągłe powtarzanie schematu praca versus środowisko, natura versus chleb. Są to skrajnie nienaturalne dychotomie.

Sądzę, że osiągnęliśmy stadium, na którym powinniśmy poszukiwać równocześnie rozwiązań problemów związanych z niesprawiedliwością ekonomiczną i brakiem zrównoważenia. Zrównoważenie dotyczące środowiska i sprawiedliwość w znaczeniu prawa każdej jednostki do własnego miejsca w systemie produkcji i konsumpcji – to dwa aspekty tej samej kwestii. Zostały one w sposób sztuczny rozdzielone i muszą na nowo stać się częścią zachodniego sposobu myślenia.

To bardzo ciekawe, że chociaż jesteś naukowcem i kształciłaś się w zdecydowanie zachodniej tradycji intelektualnej, reprezentujesz bardzo różny światopogląd.

Mój proces edukacji naukowej był w istocie bardzo krytyczny wobec nauki mechanistycznej. Studiowałam teorię kwantową, która pojawiła się na początku zeszłego stulecia. Jesteśmy opóźnieni o całe stulecie, jeśli chodzi o uświadomienie sobie, jak ogromnym krokiem naprzód dla umysłu ludzkiego była teoria kwantowa. Na przykład pogląd, że rzeczy mają niezmienne właściwości, jest błędnym widzeniem świata. Właściwości są tworzone poprzez związki i procesy. Nie tkwią w istocie elektronów, fotonów czy kwantów w większym stopniu niż w naturze gleby, drzew czy ludzi. Tak więc moja krytyka redukcjonistycznej nauki wypływa z mojego przygotowania naukowego. Lecz pogłębiła się ona w wyniku moich doświadczeń, jako ekologa, na skutek uświadomienia sobie mającego obecne miejsce zniszczenia środowiska.

Rozumiem to w ten sposób, że zasadniczo nasz dominujący model nauki stał się niezwykle sprawny w manipulacji rzeczami dla pojedynczych funkcji i dla zewnętrznych celów. Tak więc, na przykład, jeśli chcesz, żeby krowa nie była jedynie krową lecz maszyną do produkcji mleka, możesz to zrobić tworząc nowe hormony, takie jak bydlęcy hormon wzrostu (Bovine Growth Hormone). Krowa może zapaść na poważną chorobę, może się uzależnić od leków, a konsumenci mogą się obawiać o swoje zdrowie i bezpieczeństwo mleka. Ale tak bardzo przyzwyczailiśmy się do manipulowania rzeczami, organizmami i ekosystemami dla jednego celu, że ignorujemy związane z tym koszty. Nazywam to „monokulturą umysłu”. Patrząc z perspektywy monokultury, manipulowanie rzeczami jest bardzo, bardzo sprytne. Lecz z perspektywy wielowymiarowej, z perspektywy różnorodności, jest to niesłychanie prymitywne, ponieważ straciliśmy krowę, która służy za źródło zrównoważonej energii.

W Indiach na skutek programów krzyżowania mających na celu uzyskanie produkcji mleka na poziomie zachodnich krów, takich jak krowy rasy Jersey i Holstein, nasze zwierzęta tracą zdolność do ciągnięcia pługów i wozów. Tak więc w konsekwencji mamy teraz zwierzęta pozbawione garbów i wytrzymałości. Jeśli postrzegamy bydło zarówno jako źródło naturalnego nawozu, zwierzęcej energii, jaki i mleka, wtedy bydło indyjskie nie jest gorsze. Jeśli oceniamy je jako maszyny do produkcji mleka, staje się mniej wartościowe. A co będzie jeśli ocenimy mleczne krowy amerykańskie lub rasy Jersey czy też alpejskie krowy szwajcarskie pod względem ich przydatności do pracy? Będą bez porównania gorsze.

Tak więc pojedynczy, jednowymiarowy sposób myślenia wytworzył monokulturę umysłu. A monokultura umysłu stała się samospełniającą się przepowiednią. To jest główna przyczyna naszego postrzegania równości jako czegoś niezgodnego z ekologią, a zrównoważenia jako sprzecznego ze sprawiedliwością.

Usprawiedliwiamy te monokultury potrzebą wzrostu i rozwoju ludzkości.

Jeśli weźmiemy pod uwagę cały system, rozwijanie czegoś w jednym wymiarze może w rzeczywistości spowodować niedobory w innym. Kiedy mówimy, że musimy zwiększyć produkcję, ponieważ ludzie potrzebują więcej jedzenia, więcej domów, więcej mięsa i więcej mleka, możemy sprawić, że jedna rzecz wzrośnie w określony sposób. Ale czyniąc to powodujemy skutki zewnętrzne i powstają niedobory innych, powiązanych rzeczy. Na przykład brakuje wody, gdy zanieczyścimy ją azotanami. Tracimy bioróżnorodność, kiedy obsiewamy ogromne pola tą samą odmianą kukurydzy, więc kiedy wybucha epidemia jednej choroby – zdarzyło się to w USA w latach siedemdziesiątych – wszystkie pola w całym kraju ulegają zniszczeniu. To wtedy Amerykanie uświadomili sobie znaczenie bioróżnorodności i rozpoczęli dyskusję na temat zasobów genetycznych i ich ochrony.

Dzisiejszy system technologii produkcji uzasadnia się potrzebą wytwarzania większej ilości dóbr, aby nakarmić więcej ludzi i zaspokoić więcej potrzeb. Lecz w rzeczywistości niszczy on więcej zasobów, których potrzebujemy w celu zaspokojenia tych wielorakich potrzeb. Jeśli przestawimy się na percepcję ekologiczną, percepcję różnorodności, zdamy sobie sprawę z tego, że niektóre z narzędzi, z których jesteśmy tak bardzo dumni, są w istocie niezwykle prymitywne w radzeniu sobie z naturą. Dla mnie jest to wielka lekcja świadomości ekologicznej na przełomie tysiąclecia.

Wypowiadasz się zdecydowanie przeciwko patentowaniu roślin i ziół, jest to coś, do czego przemysł farmaceutyczny dąży bardzo agresywnie w ostatnich latach.

Tak, to zjawisko rozpoczęło się w USA, gdzie korporacje zaczęły rościć sobie prawa do form życia, bioróżnorodności i innowacji innych kultur, występując o patenty na nie. Na przykład pestycydy z drzewa Neem w Indiach są opatentowane. Istnieje teraz patent ograniczający użycie zioła zwanego philantis neruri, którego używa się do leczenia żółtaczki. Jeszcze lepszym przykładem jest używanie kurkumy do gojenia ran, robi to każda matka i babcia w każdym domu w Indiach. Teraz Mississipi Medical Centre twierdzi, że „wynalazło” zdolność kurkumy do gojenia ran.

Opisujesz dramatyczny przypadek pewnych amerykańskich badaczy, którzy pojechali do Indii i w gruncie rzeczy przejęli uświęcone tradycją i powszechnie znane lekarstwa medycyny ludowej dla celów czysto komercyjnych.

Dokładnie. Nazwałam to zjawisko zawłaszczania wspólnej wiedzy i nauki ludów tubylczych „biopiractwem” i „intelektualnym piractwem”. Zgodnie z systemami patentowymi nie powinniśmy mieć możliwości patentowania czegoś, co istnieje jako „wcześniejsze dzieło” lub „aktualny stan wiedzy” (prior art). Ale w Stanach Zjednoczonych system patentowy jest w pewien sposób wypaczony. Przede wszystkim nie traktuje on wiedzy innych społeczeństw jako „prior art”. Zatem ktokolwiek z USA może pojechać do innego kraju, dowiedzieć się o stosowaniu roślin leczniczych, lub znaleźć nasiono używane przez rolników, zgłosić to jako wynalazek albo innowację, uzyskać patent, i przywłaszczyć sobie wyłączne prawo do używania tych produktów lub procesów związanych z tą wiedzą.

Czy możesz podać jakieś przykłady?

Powiedziano mi właśnie, że Nestle wzięło sobie patenty na przyrządzanie pullao (Pullao jest sposobem, w jaki przyrządzamy potrawy z naszego ryżu w Indiach, z warzywami, mięsem albo z czymkolwiek innym). Zanim się zorientujesz, każde powszechne zastosowanie roślin będzie opatentowane przez zachodnią korporację.

Dla mnie jest to absolutnie oburzające. Jest to gorsze od handlu niewolnikami, ponieważ to czym się handluje, jest sama wiedza umożliwiająca przetrwanie 80 procentom ludzi na tym świecie. Tych 80 procent ludzi żyje dzięki bioróżnorodności i wiedzy, którą wypracowali, jako część bogatego kolektywnego dziedzictwa, obejmującego używanie nasion do uprawy roślin przeznaczonych do celów spożywczych i roślin leczniczych stosowanych do leczenia chorób.

Twierdzenie, że ten rodzaj piractwa jest „wynalazkiem” przypomina trochę tezę, że Kolumb, jako pierwszy „odkrył” ten kraj. W rzeczywistości został on „odkryty” tysiące lat temu przez Rdzennych Amerykanów.

Tego rodzaju zamykanie dostępu do biologicznych i intelektualnych dóbr wspólnych stanowi realne zagrożenie dla przyszłości ludzi na całej planecie, ponieważ powoduje sytuację, w której garstka korporacji agrobiznesowych, farmaceutycznych i agrochemicznych uzyskuje monopol na powszechne praktyki, które od pokoleń były częścią ludzkiego życia. W rezultacie ludzie tracą zdolność do samodzielnego dbania o własne życie. Każdy farmer musi każdego roku udać się do firmy nasiennej, aby zakupić jej nasiona i zapłacić korporacji 80 procent należności licencyjnej. To już się dzieje w tym kraju. Wymiany pomiędzy sąsiadami zaczęły być traktowane jako przestępstwo. A jeśli chcesz zwalczać szkodniki metodami biologicznymi, nie możesz dłużej używać nasion ze swojego ogródka. Zamiast tego musisz polegać na Grace Corporation lub innym przedsiębiorstwie. Taki rodzaj zależności zasadniczo prowadzi do zwiększenia ubóstwa i większej degradacji ekologicznej.

Jak się temu przeciwstawiacie – ty i kobiety, z którymi pracujesz?

Mamy wielopoziomowy program oporu. Pierwszy krokiem jest podważanie tego jako kwestii moralnej i etycznej – w taki sam sposób, w jaki handel niewolnikami był poddawany w wątpliwość ze względu na to, że handel ludźmi jest nieetyczny. Nie można kopiować i sprzedawać wiedzy, jest to bezprawne i nie powinno mieć miejsca.

Drugim krokiem jest wypracowanie metod przywracania ludzkiej wiedzy, upewniania się, że ludzie odzyskują zaufanie do swojej własnej wiedzy, aby bioróżnorodność i wiedza pozostały w domenie dóbr wspólnych.

Trzeci polega na pracy nad alternatywami prawnymi. Tak jak prawa własności intelektualnej chronią innowacje indywidualnych osób, potrzebne są wspólne prawa własności, aby chronić dziedzictwo intelektualne ludności rdzennej. Prawa te zostały uznane w Konwencji o różnorodności biologicznej (Convention on Biological Diversity). Pracujemy nad tym, by stały się one niepodważalnymi podstawami naszego orzecznictwa.

Nie jest to łatwe, ponieważ jako kraj jesteśmy wciąż zastraszani na podstawie amerykańskiego prawa dotyczącego handlu zagranicznego (United States Foreign Trade Act). Zawiera ono klauzulę zwaną Special 301, która mówi, że jeśli Indie lub innych kraj, nie mają przepisów, które podobnie jak w USA pozwalają na rozwój tych monopoli, Stany Zjednoczone zastosują środki odwetowe.

Musimy więc budować strategie przeciwstawiania się retorsjom handlowym, opierając się na demokratycznych prawach ludzi i starodawnym dziedzictwie kolektywnych innowacji. Pracujemy od poziomu lokalnego – zwykłych obywateli – aż po rząd państwa i Światową Organizację Handlu. Oznacza to zasadniczo, że nasze kampanie są bardzo wielowymiarowe. I to między innymi nie pozwala się nudzić. Potrzebny jest zarówno opór, jak i kreatywność. Wymaga to konstruktywnego działania, a jednocześnie powiedzenia „nie”.

Nacisk na pokojową odmowę współpracy ma dużo wspólnego z podejściem do zmiany społecznej reprezentowanym przez Gandhiego.

Cóż, kiedy rozpoczynałyśmy naszą pracę, nazwałyśmy ją satyagrahą nasion (seed satyagraha). Jak wiesz Gandhi zapoczątkował walkę o niepodległość satyagrahą soli. Satyagraha oznacza „walka o prawdę”. Satyagraha soli była akcją bezpośrednią, polegającą na odmowie współpracy. Kiedy Brytyjczycy próbowali stworzyć monopol na produkcję i sprzedaż soli, Gandhi udał się na plażę w Dindi, podniósł grudkę soli i powiedział: „Natura dała nam to za darmo, aby nas pokrzepić, nie pozwolimy na stworzenie monopolu mającego na celu finansowanie armii imperialnej”.

Robimy dokładnie to samo w sprawie bioróżnorodności i nasion. Natura obdarzyła nas bogatą bioróżnorodnością biologiczną. Nie pozwolimy na monopol garstki korporacji. Jest ona podstawą naszego bogactwa i pożywienia – nie pozwolimy, by nam ją odebrano.

Odmowa współpracy z monopolistycznymi systemami praw własności intelektualnej, patentów i bioróżnorodności – mówienie „nie” patentom na życie i wypracowywanie intelektualnych koncepcji oporu – są w dużej mierze kontynuacją satyagrahy Gandhiego. Dla mnie chodzi tutaj o zachowanie wolności życia w jego bioróżnorodności. To jest satyagraha na następne tysiąclecie. Ruch ekologiczny musi się w to zaangażować, nie tylko w Indiach, ale również w Stanach Zjednoczonych. Ludzie, którzy wierzą w wolność idei, muszą się w to zaangażować, skądkolwiek by nie byli.

Cytujesz Gandhiego, który powiedział: „W oporze zawiera się kreatywne tworzenie alternatywy”. Tak więc, jak to rozumiem, decyzja o sprzeciwie nie polega tylko powiedzeniu „nie”. Jest również częścią bardzo konstruktywnego poszukiwania lepszej alternatywy.

Tak. Cały czas uczymy się na przykładzie ruchu niepodległościowego. Gandhi nie tylko powiedział „nie” dla importowanych tekstyliów niszczących nasz przemysł włókienniczy; zapędził wszystkich do pracy przy produkcji tkanin. Kołowrotek stał się symbolem niepodległości Indii. Z tego powodu zawsze mówimy „jeśli kołowrotek był symbolem naszej pierwszej niepodległości, to nasiono jest symbolem naszej wolności odzyskanej po raz drugi”.

Jednym z najbardziej palących problemów ekologicznych jest dzisiaj przeludnienie. Kwestia ta jest często określana, szczególnie tutaj na Zachodzie, jako „problem trzeciego świata”, ponieważ najwyższy wskaźnik urodzin występuje w krajach biednych. Jaki jest twój punkt widzenia?

Ludzie, którzy postrzegają eksplozję populacji w sposób maltuzjański – jako geometryczną progresję – zapominają, że wzrost populacji nie jest kwestią biologiczną. Liczba ludzi nie wzrasta z powodu ludzkiej głupoty i ignorancji. Wzrost populacji jest zjawiskiem ekologicznym ściśle związanym z innymi problemami, takimi jak uzurpacja zasobów niezbędnych ludziom do życia.

W Anglii nagły wzrost populacji bardzo wyraźnie związany był z zawłaszczeniem dóbr wspólnych, które pozbawiło chłopów ich ziemi. W Indiach było tak samo: liczba ludności wzrosła, gdy władzę przejęli Brytyjczycy i indyjskie ziemie zostały skolonizowane. Ziemia zamiast karmić naród indyjski, zaczęła karmić imperium brytyjskie. Wzrosło więc ubóstwo. Ludzie ubodzy, którzy nie są w stanie wyżywić się z własnej ziemi, mogą się jedynie utrzymać zwiększając liczbę członków rodziny, i z tego powodu się rozmnażają. Jest to racjonalna reakcja ludzi pozbawionych środków do życia.

Eksplozja populacji jest zjawiskiem ekologicznym, związanym z wysiedleniem. Jeżeli nie rozwiążemy ekologicznego problemu wysiedlania ludzi – aby budować wielkie zapory wodne i autostrady, aby zabrać ludziom to, czego potrzebują do przetrwania – nadal będziemy pompować coraz więcej pieniędzy w programy ludnościowe. Będziemy mieli coraz bardziej represyjne i agresywne metody, które traktują ciało kobiety, jak pole eksperymentalne do testowania nowych środków antykoncepcyjnych. Jednak nie rozwiąże to problemu przeludnienia.

W jaki sposób powinniśmy podejść do tego problemu?

Z problemem nadmiaru ludności można sobie poradzić tylko poprzez uznanie, że ludzie mają prawo do podstawowego bezpieczeństwa ekonomicznego. Jeśli zapewnimy im bezpieczeństwo materialne i ekologiczne, populacja sama się ustabilizuje. Pokazuje to bardzo jasno przykład Kerali. Kerala jest stanem w południowych Indiach, gdzie tendencje są całkowicie przeciwne niż w reszcie trzeciego świata i pozostałej części Indii. Jest tak z dwóch lub trzech powodów. Panuje tam niezwykła równość płci. W stanie tym przeprowadzono również bardzo radykalny program reformy rolnej, więc nawet najbiedniejsi ludzie są właścicielami kawałka ziemi, na której stoi ich chata. Na przykład bezrolni robotnicy rolni mogą pracować na cudzej ziemi, ale posiadają na własność ziemię, na której stoi ich dom. Ta gwarancja zasobów ma ogromne konsekwencje dla bezpieczeństwa tych ludzi.

Kiedy byłam w stolicy stanu Kerala, pamiętam, że pewni bogaci ludzie powiedzieli mi: „Nie można znaleźć pokojówek, które chciałyby przychodzić każdego dnia. Mają domy i nie potrzebują pracować codziennie, ponieważ jeśli zostaną w domu, nie będą głodować”.

Czy są jakieś wielkie postacie, które są dla ciebie wzorem do naśladowania?

Jak powiedziałam wcześniej takim wzorem do naśladowania był dla mnie Einstein. Teraz mówi się dużo o tym, że oszukiwał kobiety i okropnie traktował swoją żonę, i prawdopodobnie, gdybym wiedziała o tym wcześniej, nie byłby dla mnie takim bohaterem.

Czasami, kiedy mam czas, rzeźbię, i pierwszą rzeczą, którą wyrzeźbiłam było popiersie Einsteina. Nadal stoi na moim biurku i wciąż mnie inspiruje. Był osobą, która uruchomiła moją wyobraźnię i moje idee.

Inną osobą jest Gandhi. Uważam, że Gandhi jest jedynym człowiekiem, który wiedział, na czym polega prawdziwa demokracja – nie demokracja rozumiana, jako prawo do kupowania tego, co chcesz, lecz demokracji, polegającej na odpowiedzialności wobec wszystkich ludzi wokół. Demokracja rozpoczyna się od wolności od głodu, wolności od braku pracy, wolności od strachu i wolności od nienawiści. Dla mnie to są prawdziwe wolności, na których zbudowane są dobre ludzkie społeczeństwa.

Kobiety z Chipko i ludzie tacy jak Sunderlal Bahaguna, który również należy do tego ruchu, również byli i są dla mnie potężnymi wzorami do naśladowania. Pracuję od wielu, wielu lat nad kwestiami ekologicznymi i spotkałam trochę twórczych ludzi na całym świecie, ludzi, którzy nieustannie dają natchnienie wszystkim wokół, i to właśnie sprawia, że ten rodzaj pracy jest tak inspirujący. Sprawia, że warto opuścić dom i pojechać do Kalifornii, aby spotkać się z ludźmi na Forum Międzynarodowej Globalizacji (Edwardem Goldsmithem, Jerrym Manderem i innymi), ludźmi kreatywnymi, prawymi i nieustraszonymi. Jest mnóstwo ludzi, którzy mnie inspirują.

Czy z nadzieją patrzysz w przyszłość?

Jestem absolutnie pewna, że nastąpią zmiany. Sądzę, że zobaczymy wiele zniszczeń, lecz wierzę, że jeśli będziemy w stanie dostrzec właściwe wzorce i wyciągnąć odpowiednie nauki z tych zniszczeń, możemy być zdolni do odbudowy, zanim będzie za późno. A poza tym mam ostateczną wiarę, że nawet jeśli nie będziemy w stanie tego zrobić, życie odnowi się samo. Globalna gospodarka może się załamać, ale Gaja przetrwa, nie zniknie również ludzka inwencja. Odbudujemy społeczeństwo, odbudujemy lokalne gospodarki, odbudujemy ludzkie aspiracje. Ten rodzaj globalnej monokultury, w której każdy czuje się, jakby musiał biec szybciej niż biegną inni po to, by pozostać w tym samym miejscu, nie może trwać dłużej. Sądzę, że rozczarowanie blaskiem globalizacji stanie się powszechne.

Ten wywiad został zaadoptowany z serii audycji radiowych „Insight&Outlook. Źródło: http://www.scottlondon.com/interviews/shiva.html
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
Podziękowania dla Scotta Londona za zgodę na publikację tego tłumaczenia.
Tłumaczenie po raz pierwszy opublikowane zostało na stronie „Zielonych Wiadomości”: http://zielonewiadomosci.pl/tematy/rownosc/podazajac-sladami-gandhiego-wywiad-z-vandana-shiva/