Natura w wierszach Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej
Twórczość Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (1891-1945) określanej Polską Safoną można przyrównać do wróżenia z płatków rumianku: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Płatkami są wiersze a nawet całe tomiki. Główne tematy to miłość i przemijanie.
Senat Rzeczypospolitej Polskiej mianował ją patronką roku 2025. Do tej decyzji zapewne przyczyniło się zainteresowanie rodem Kossaków, spowodowane remontem Kossakówki, a także filmem i publikacjami na temat jej krewnej Simony Kossak, której na łamach „Dzikiego Życia” nikomu nie trzeba przedstawiać. Maria nazywana przez najbliższych Lilką była córką malarza Wojciecha Kossaka, wnuczką malarza Juliusza Kossaka, a także siostrą pisarki-satyryczki Magdaleny Samozwaniec i malarza Jerzego Kossaka, ojca Simony, krewną Zofii Kossak-Szczuckiej. Urodziła się w Krakowie i to miasto szczególnie pokochała, o czym najlepiej świadczą wojenne wiersze pisane na emigracji:
I już słowik na Bielanach zakląskał -
Już i Wisła - już krakowski klimat -
już tramwajem dzwoni Zwierzyniecka -
już dom widać, ten, z którym od dziecka
związaniśmy jak muszla i ślimak -1
Większość poetów patrzy na świat z antropologicznej perspektywy, ludzkie zachowania przypisuje florze i faunie. Będąc święcie przekonana, że w ten sposób dowartościowuje naturę. Pawlikowska często postępuje odwrotnie, o czym świadczy choćby ostatni wers wyżej przytoczonego wiersza. Z upodobaniem wykorzystuje reakcje charakteryzujące inne żywe istoty do opisu swojego nastroju. Najczęściej jest to utracona czy wypalona miłości:
Wczoraj kwitło moje serce. Dziś jaśmin.
Lecz też brak możliwości realizacji zamierzeń lub pozbycie się nadziei na odmianę losu, tak charakterystyczne dla wierszy wojennych powstałych na emigracji. Kiedy to dostrzega w nawet najskromniejszej roślince czy przysłowiowym robaczku, partnerów doli, nie waha się stwierdzić, że fiołek i róża należą do:
bardzo licznej rodziny więdnących
tak samo jak człowiek. To klasyczny patocentryzm. Jej zdaniem cierpienie, przemijanie, utrata to właśnie to, co definiuje a zarazem łączy wszystkie istnienia. W pacyfistycznym wierszu „My konie” wyraża sprzeciw zwierząt przed śmiercią na wojnie czy zamieszkach ulicznych. Kossakowie, a zwłaszcza jej brat Jerzy, kochali konie i malowali je wspaniale. Poetka pisząc o koniach mówi, przede wszystkim o sobie. Porównując swoją egzystencję do roślin, posunęła się nawet dalej pisząc o prawach ogrodu botanicznego:
Tutaj gwałt nad rośliną równałby się zbrodni,
Dotychczas się to nie zdarzyło…
Tłumaczy to faktem opieki ogrodnika nad ogrodem, której ona jako człowiek została pozbawiona przez działania wojenne i emigrację.
Pawlikowska odebrała bardzo staranną edukację domową, która jak w przypadku Stanisława Ignacego Witkiewicza (utrzymywała z nim kontakty więcej niż towarzyskie, wykonał dwa jej portrety, w tym jeden bardzo znany) przyniosła doskonałe rezultaty. Nacisk kładziono na naukę języków i wiedzę o sztuce. Przez krótki czas jedynie uczestniczyła jako wolna słuchaczka w zajęciach na ASP w Krakowie. Starannie ukrywała wrodzone skrzywienie kręgosłupa, dostosowując ubiór do sylwetki. Kochała perfumy, szale, kapelusze, wyraziste szminki, a także... futra. To ostatnie upodobanie pozostaje w jawnym kontraście z treścią wiersza – tragicznej satyry – zatytułowanego „Do mięsożerców”. W nim z pogardą opisuje konsumujących mięso, nieczułych na cierpienie mordowanych zwierząt:
Dla nich ryby skrzelami pracują w szafliku,
mając na ustach ciszę i krwawiące rany.
Dla nich kuchnia rozbrzmiewa od wrzasku i krzyku
gardzieli podrzynanych i szyj ukręcanych.
Styl utworu przypomina wiersz Juliana Tuwima „Mieszkańcy”:
Strasznie mieszkają straszni mieszczanie.
Nic dziwnego, poetka zaliczana jest do kręgu Skamandra, debiutowała tomikiem „Niebieskie migdały” (1922) dobrze przyjętym zarówno przez środowisko literackie, jak i czytelników. Ogółowi znana jako autorka liryków refleksyjnych w tym przede wszystkim erotyków, których bohaterką jest kobieta znająca smak miłości zmysłowej, wymagająca, ale subtelna. Zasłynęła jako mistrzyni krótkich form wierszowanych z zaskakująca puentą, która stanowczo ją wyróżnia z licznego grona naśladowców.
[…]
Niech zginie noc, poranek,
blask księżyca czy słońca, lecz niech on we mnie wnika
jak skrzypcowa muzyka – gdy mi do serca dotrze,
będę tym co najsłodsze,
Nim. -
Profesor Jacek Kolbuszewski bardzo wnikliwie analizuje blisko dwadzieścia jej wierszy tatrzańskich, zaczynając od „Morskiego Oka” z 1911 r. Historyk i krytyk literatury podkreśla przede wszystkim odmienną perspektywę spojrzenia na góry. Obszar ten nie jest według niej Arkadią. Góry to nie idylla, mogą okazać się groźne jeśli chcemy je zdobyć za wszelką cenę:
Żeby wzlecieć w obłoki, trzeba upaść nisko!
Trzeba wznieść się z mozołem na najwyższą turnię,
odpaść od niej i kozła wywinąć poczwórnie.
Użytkownicy górskich portali społecznościowych nie byliby na pewno zadowoleni, pojawiłby się hejt. To zupełnie inne Tatry niż te, które do tej pory utrwalano w literaturze. Przede wszystkim doskonale obojętne, strząsają z siebie lawiny i ludzi...
O symbolu Tatr – szarotce pisze:
- Otuliła się w kocie futro
i nie wiedziała, czy dziś jest dziś, czy wczoraj, czy jutro
Deszcz zalał żółte jej oko
patrzące nieciekawie,
i nie wiedziała, czy jest nisko w dole, czy wysoko.
Bóg przechodząc spojrzał na nią smutnie, i słodko,
gdyż nie wiedział na pewno, na co się jest szarotką.
Opiewany przez generację Młodej Polski, w tym Tetmajera i Kasprowicza Las Ciemnosmreczyński nazywa wprost „zielonym piekłem”:
- Tu – ciepło, duszno, zgniło -
czarny torf lepką piersią karmi potwory:
Rumianki ludzkiego wzrostu, paprocie jakich nie było,
buki o mięśniach atletów, kukły i mandragory.
A jednak na emigracji Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, marzy, aby w te Tatry uciec, a to dlatego, że:
Niewoli nie dostrzeżesz. Progi za wysokie.
Pisząc obecnie o Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej należy koniecznie wspomnieć jej satyryczne dramaty, w tym dwie sztuki o politycznej, antytotalitarnej wymowie „Mrówki” (1936) i „Baba-Dziwo” (1938). Za utwór najpiękniejszy z całego dorobku poetki stanowczo uważam „Barwy narodowe”, które śmiało mogą konkurować ze słynną „Pieśnią o fladze” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Moim zdaniem przewyższają ją znacznie siłą wyrazu.
Biało-krwawy
Krwawo-biały, lniany
Opatrunku, który zwiesz się: sztandar,
Coś się z wielkim krwotokiem uporał!
Wiatr rozwija ten dokument rany,
Wznosi w górę bohaterski bandaż,
Tę pamiątkę,
Ten dług
I ten morał.
Antonina Sebesta
Przypisy:
1. Wszystkie cytaty za: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Wiersze wybrane, Czytelnik, Warszawa 1985.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Gru 2025 / Stycz 2026