Biznes i nauka o Przyrodzie
Widziane z morza
Chęć zarobienia pieniędzy pojawia się w każdej sytuacji, która na to pozwala i życie naukowe ani polityka wobec środowiska naturalnego nie są od tego wolne. W związku z tym pojawiła się tak zwana geoinżynieria, czyli poprawianie Natury metodami technicznymi.
Jednym z obszarów, gdzie pojawiają się największe pieniądze i deklaracje polityczne jest sprawa tzw. kredytów węglowych, czyli wypłacania pieniędzy za usuwanie dwutlenku węgla z atmosfery. Pomysł powstał ponad 40 lat temu jako próba porozumienia z tymi, którzy najbardziej niszczą klimat emitując ogromne ilości CO2. Dano im szansę wyrównania emisji przemysłowych przez organizowanie działań usuwających ten gaz z atmosfery. Do najprostszych (podchwyconych ochoczo przez Polskę) sposobów było wyliczanie efektywności obszarów leśnych jako pochłaniaczy CO2, które jest w procesie fotosyntezy wbudowane w tkankę drzew i pozostaje tam przez sto i więcej lat aż do naturalnego rozkładu (lub spalenia drzewa). Niewiele osób zajmujących się obliczaniem jak Polska skutecznie redukuje przez swoje lasy gazy szklarniowe myślało o tym, że drzewo wprawdzie pochłania CO2, ale tylko w dzień. Natomiast w nocy oddycha oddając tak jak my gaz do atmosfery. Do tego las lasowi nie równy i wyliczanie powierzchni zalesionej nic nie daje bo szkółka leśna czy młodnik ma minimalną efektywność w tym zakresie.
Większe nadzieje daje topienie CO2 w oceanie – znowu imitujące naturę – mikroplankton (w tym znienawidzone sinice) błyskawicznie pochlania dwutlenek węgla, i po parodniowym życiu tonie opadając na głębiny, gdzie od milionów lat tworzył ogromne pokłady osadów wapiennych.
Od lat 90. XX wieku trwały próby wykorzystania produkcji mikroplanktonu (np. przez nawożenie żelazem pozbawionych go wód antarktycznych), ochrony łąk trawy morskiej, mangrowców i innych roślin. Do tego dochodzą nieopłacalne na razie próby zamiany CO2 w suchy lód i topienie go w oceanie.
W przypadku obliczeń związanych z roślinami (mikro- czy makroskopowymi) kluczowe jest jak długo w ich tkankach pozostaje uwięziony węgiel. Jeżeli podlegają szybko rozkładowi, CO2 wraca do atmosfery i nie ma to wpływu na bilans węgla. Pnie drzew to kilkaset lat, torfowiska to kilka tysięcy lat, ale usunięcie CO2 na setki tysięcy lat wymaga zatopienia go w najgłębszym oceanie, poniżej 2 km głębokości.
To rozwiązanie skusiło amerykańską firmę Running Tide, która obiecała potentatowi przemysłu informatycznego Microsoft, że usunie dla niego ze środowiska 2,8 mln ton CO2 za kwotę około 55 mln dolarów. Pomysł był dość pokrętny – firma skupowała w Kanadzie ścinki drewniane, które następnie pokrywała roztworem alkalicznych związków, które miały wyłapać CO2 z wody, a następnie nasiąknięte wodą zatonąć w głębokim oceanie wokół Islandii, której rząd ochoczo wspomógł nowy obiecujący przemysł udzielaniem wszystkich potrzebnych zezwoleń. Naukowcy protestowali, że bilans tych operacji nie może być pozytywny, a topienie tysięcy ton ścinków drzewnych to po prostu zaśmiecanie oceanu. Niemniej firma działała do 2025 r., nie wykazała żadnego realnego usuwania węgla, za to skutecznie zużyła kilkanaście milionów dolarów dotacji na „pro-klimatyczną” działalność.
Inny chybiony, ale kosztowny pomysł to produkcja brunatnic na dryfujących po powierzchni oceanu bojach, które w końcu miały tonąć pod ciężarem rosnących glonów, usuwając wraz z sobą węgiel na, jak szacowało Running Tide, co najmniej 800 lat.
Inżynier zabierający się do poprawiania przyrody to proszenie się o nieszczęście, a jak ma do pomocy ekonomistę, to jeszcze na katastrofę finansową i w efekcie ekologiczną. Tak jak stosowanie na statkach europejskich płuczek do spalin, żeby usunąć związki siarki wyrzucane przez kominy do atmosfery, tyle że kwaśną wodę z tego oczyszczania statek zrzuca do morza.
Prof. Jan Marcin Węsławski
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Luty 2026