Miesięcznik Dzikie Życie

4-5/4-5 1994 Wrzesień / październik 1994

Kryzys ekologiczny dotyczy w tym samym stopniu społeczeństwa, co państwa i prawa

Omen

Kiedy rozmawiam z moim przyjacielem politykiem, który święcie wierzy w demokrację i polityczne mechanizmy ratowania przyrody i nas samych, chciałbym umieć nacisnąć odpowiedni guzik, który by włączył nasz cywilizacyjny program TV tworzony falami ludzkich konceptów w kolorze systemu PAL i przełączyć naszą rozmowę na odwieczny kanał życia w prawdziwych, żywych kolorach i zapachach.

Ten program jest do nas ciągle nadawany, ale żeby go odebrać trzeba sporej dozy radykalizmu – tak bardzo jesteśmy przywiązani do różnych filtrów chroniących „święte wartości”, które w pocie czoła i w mozole zbudowaliśmy sobie w ostatniej sekundzie przed samobójstwem w tej 24-godzinnej ewolucyjnej wędrówce po Ziemi.

13 stycznia 1993 roku, na uniwersytecie w Wiedniu wygłosił wykład światowej sławy profesor prawa z Nowej Zelandii Klaus Bosselman. Fragmenty tego wykładu znalazły się w uaktualnionych materiałach inicjatywy Ecological Bricks for Our Common House of Europe (IEB – „Ekologiczne Cegły Wspólnej Europy”). Po wstępie, gdzie prof. Bosselman porównuje naszą sytuację do pędzącego coraz szybciej w kierunku przepaści samochodu, w którym nie działają hamulce (minęło już ćwierć wieku od czasu kiedy zgodziliśmy się, że niezbędne są „granice wzrostu”, a jednak nie udało się uruchomić żadnego mechanizmu by śmiertelny wzrost powstrzymać) zwrócił on uwagę, że nadal, a nawet w jeszcze większym stopniu niż dawniej, sukces polityczny zależy wszędzie na świecie od skoncentrowania się na konsumpcji i eksploatacji surowców, a nie od zachowań konserwacyjnych.

Bosselman przypomniał, że tzw. rozwój zrównoważony (po polsku ekorozwój) tylko wtedy coś znaczy, gdy przeciwstawia się linearnemu modelowi wzrostu ekonomicznego. Oznacza to konieczność zastąpienia wąsko pojmowanej ekonomii człowieka, ekonomią całej natury. Bosselman powiada: „Dwa tysiące lat europejskiej cywilizacji i zniszczenia przyrody nauczyło nas, że ekonomia, państwo i prawo zawsze służyły niszczeniu naturalnego przepływu energii i harmonii ekosystemów […] Nie ma żadnego zrównoważonego rozwoju dopóki nie zrezygnujemy z antropocentryzmu”. Konstytucje – mówi Bosselman gwarantują prawa i wolności, które z kolei ustalają później granice ekonomicznej wolności. Ale pojęcie „wolność” – w naszym rozumieniu – wyklucza całkowicie naturę i ono samo staje się podstawą problemu. Pominięcie przyrody w ekonomii prowadzi do pominięcia przyrody w prawodawstwie. I to, zdaniem Bosselmana jest najgroźniejsze – bo niszczenie przyrody pozostaje bezkarne.

Co prawda w ostatnim czasie mówi się o logice ekologicznej i nawet niektórzy ekonomiści – choć ze zrozumiałych przyczyn ta grupa zawodowa jest szczególnie konserwatywna – od czasu do czasu wspominają o ekologicznej ekonomii, to prawnicy pozostają w zasadzie totalnie ślepi jeśli chodzi o szacunek dla ekologicznych, nie antropocentrycznych wartości.

„Uważam za skandal fakt, że w dobie światowego kryzysu ekologicznego domagamy się wolności gwarantowanych konstytucyjnie i wyrażanych w prawach człowieka, które to wolności w ogóle nie odnoszą się do tego właśnie światowego kryzysu ekologicznego” – „Obecne prawa – jeśli nawet nie zawsze przyczyniają się wprost – to pośrednio zawsze prowadzą do eksploatacji przyrody i jej bronią” – mówi Bosselman. Zauważa ponadto, że liberalne prawo XIX wieku gwarantując indywidualną wolność i rozwój nie rozwiązało problemów społecznych, a indywidualna wolność jest tutaj wolnością silniejszego (Słowami Rogera Garaudy, gdy pisał o wolności burżuazyjnej: „Wolność lisa w kurzej fermie”).W wieku XX nastąpiła transformacja liberalizmu w społeczne państwo prawa oparte na ekonomicznej wolności z marginesem zabezpieczeń socjalnych i ochroną własności prywatnej. Ale wciąż podstawowy wymiar rzeczywistości nie jest w prawie w ogóle uwzględniony! Nie można mówić o prawie własności bez uwzględnienia ekologii.

Punktem zwrotnym dla ekologicznego prawodawstwa, zdaniem Bosselmana, jest przyznanie „wewnętrznej wartości” samemu środowisku przyrodniczemu i każdej formie życia. Wówczas, być może, demokracja (biokracja?) i mechanizmy polityczne miałyby jakieś znaczenie w ratowaniu ginącej przyrody. Inaczej, pozostają instrumentami w politycznej grze wąskich interesów, z których dzikie życie jest wyłączone bo nadaje na zupełnie innej fali.

Omen