Miesięcznik Dzikie Życie

3/45 1998 Marzec 1998

Polowanie

Red.

Grzegorz Tomaszewski jest korespondentem „Dzikiego Życia”. Mieszka od trzech lat w wyludnionej po akcji „Wisła” wsi Kopyśno na Pogórzu Przemyskim, tam gdzie ma powstać Turnicki Park Narodowy. Samotne życie w wyludnionej podbieszczadzkiej wsi nie jest łatwe, tutaj każdy dzień może być wyzwaniem. Tym bardziej! jeśli widzi się jak okoliczna przyroda jest niszczona, a starania o jej ochronę natrafiają na zorganizowany opór i jeśli chce się iść za wskazaniami serca, a nie kalkulować co mi się bardziej opłaca. Publikujemy list i zdjęcia nadesłane przez Grzegorza w połowie stycznia.

Rzeszowski dodatek do „Gazety Wyborczej” napisał: Grzegorz T., mieszkaniec wyludnionej wioski Kopyśno w gm. Fredropol […] kilka dni temu zaatakował maczetą i zranił uczestnika polowania Henryka S., zniszczył sześć ambon. Sfotografował pozostałych uczestników polowania i zagroził, że ich załatwi. Sprawa trafiła do prokuratury. […] Mieszkańcy pobliskich miejscowości znają go dobrze, ale boją się cokolwiek o nim mówić. Tymi słowami dziennikarz J. Młynarski z Gazety Wyborczej, jeszcze przed rozprawą sądową, osądził Grzegorza Tomaszewskiego, przypisując mu zniszczenie ambon, zranienie człowieka, sugerując również, że jest narkomanem (zacytowano wypowiedź anonimowego tubylca) i że jest tak groźną osobą, iż miejscowi boją się cokolwiek o nim mówić.

Dziennikarz zapomniał, że w tamtym rejonie wymierzenie sprawiedliwości samotnemu obcemu nie byłoby większym problemem dla miejscowej ludności. Ale tak naprawdę to nie o miejscową ludność chodzi, lecz o szacownych, ustosunkowanych miastowych obywateli, reprezentujących klasę myśliwych, z którymi obywatel G.T. wszedł w konflikt.

Człowiek, o którym miejscowi boją się mówić, tak napisał w liście do redakcji:

„W połowie grudnia widziałem koło Grabnika ślady wilka. Na początku stycznia koło krzyża widziałem ślady niedźwiedzia. 15 stycznia, po 10 rano wyszedłem na spacer ze swoim drugim psem, przybłędą, którego nazwałem Kiluś. Na zboczu Pikulca zauważyłem grupę dziwnie ubranych ludzi, w pomarańczowych kamizelkach, podążających w stronę mojej działki. Zaalarmowałem kolegę Łukasza. Schowaliśmy Kilusia w domu, a sami pobiegliśmy drogą na moją działkę, potem pod sam szczyt. Tam sobie chłopaki siedzieli. Przywitali nas okrzykami. Po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że jest polowanie na Kopyśnie.

Wróciliśmy do domu i postanowiliśmy przeszkodzić polowaniu na moim terenie. Na wszelki wypadek wziąłem do plecaka aparat fotograficzny (Grzegorz T. jest z zawodu fotografem – red.) i różne przedmioty, wśród nich świecę dymną i petardę. Udaliśmy się w stronę wzgórza Kopystanka. W tym czasie po mojej ziemi i moich sąsiadów szli także w stronę Kopystanki naganiacze. Doszliśmy do miejsca gdzie ktoś kiedyś ściął ambonę pod jesionem. Na zboczu stali rozciągnięci myśliwi. Znalezionym wcześniej jesionowym patykiem zacząłem walić w patelnię, którą ze sobą zabrałem i udałem się w stronę polowania. Przeszedłem koło pierwszego myśliwego idąc w kierunku centrum grupy. Wtedy zobaczyłem jak na skraju lasu pies goni sarnę. To był wstrząs. Zawróciłem i skierowałem się wprost na myśliwego, żeby nie mógł jej zabić, a on szyderczo mnie pochwalił za pomoc w nagonce. Kiedy koło niego przechodziłem doskoczył do mnie i wczepił się w patelnię. Wyrywał mi ją tak niefortunnie, że sam się przewrócił do tyłu. Byłem tym zupełnie zaskoczony. Zaczęły padać wyzwiska. Próbowałem zrobić, zdjęcia, ale myśliwy szybko podążył w stronę grupujących się kolegów. Tymczasem mój kolega, obserwujący całe zdarzenie na zboczu 100 m. wyżej zareagował w ten sposób, że zapalił petardę, położył na ziemi i po chwili wybuchła robiąc huk.

Ja tymczasem zająłem się aparatem fotograficznym. Wymieniłem obiektyw z 50 na 80 i z aparatem fotograficznym oraz maczetą, którą miałem ze sobą, podszedłem do myśliwych pytając się kto jest szefem polowania. Powiedziałem, że chcę się dowiedzieć kto na mnie napadł. Zamiast odpowiedzi usłyszałem pytanie co ja tu robię i skąd się wziąłem? Odpowiedziałem, że tutaj mieszkam. Po kilku wymianach tego typu zdań szef (?) odezwał się; „Ty jesteś już tutaj skończony. Pozbędziemy się ciebie stąd”. Bardzo mnie to zdenerwowało. Zagroziłem, że porobię im zdjęcia i opiszę całe zdarzenie oraz ich groźby. Zaczęły się pomruki: „Odebrać mu aparat”. Dwóch mężczyzn zaczęło się do mnie zbliżać. Kiedy podeszli na dwa metry podniosłem z ziemi maczetę. Zatrzymali się, zdjęli broń z ramion i wymierzyli we mnie w okolice brzucha. Za chwilę dołączył do nich trzeci. Ładując broń mówił: Odpier… mu nogę to będzie do końca życia jeździł na wózku inwalidzkim. Kiedy wymierzył we mnie – skamieniałem. Wypuściłem maczetę z rąk i po chwili sięgnąłem po aparat. Myśliwy mówi do starszego obok: „Jeszcze chwila, a naprawdę bym mu przyp…” Chcę zrobić zdjęcie, ale oni natychmiast kierują broń na boki i w dół. Jeden podnosi maczetę i mówi: To będzie dowód dla prokuratora. Zdejmie się z tego odciski palców. Nas jest trzynastu, to nam prokurator uwierzy. Ja zwracam się do znajomego naganiacza, chyba niezbyt mądrze: Panie M., jeśli jest pan człowiekiem honoru, to poświadczy pan jak było naprawdę.

Myśliwi przeszukują mój plecak, a ja uciekam do domu i niżej, do sąsiada, żeby zadzwonić na policję. Potem w P. składam zeznanie na posterunku.

Następnego dnia nagrywam audycję dla radia i tam dowiaduję się, że myśliwi złożyli już donos do prokuratury o napaść na nich z maczetą i petardą i o produkcję amfetaminy: Kolejnego dnia ja składam donos w prokuraturze. Wracam, a na K. jest kolejne polowanie. Dzień po nim przyjeżdża, do mnie policja i zabiera piłę motorową do zbadania, czy ściąłem nią ambony. W Gazecie Wyborczej ukazuje się artykuł, którego autor już wydał na mnie, wyrok”.

Tyle najważniejszych wiadomości zawartych w liście. Słuchaliśmy w redakcji audycji radiowej, w której wypowiadali się także myśliwi. Według nich Grzegorz T. ściął ambony warte, 60 mln „starych” złotych, zaatakował ich maczetą i tylko cudem uniknęli tragedii. Rzucił w nich także petardą, a w lecie gromadzi młodzież i nago latają po łąkach. Występujący w audycji myśliwy przyznał, że wymierzył z broni w. Grzegorza T. mówiąc, że „jeżeli nie zaniecha ataku, strzelę mu w kolano i będzie inwalidą do końca życia”.

Jak widzimy łowiectwo bywa zabawą konfliktową i niebezpieczną. Na szczęście, jak donosi „Gość Niedzielny”, w całym kraju powstają kaplice myśliwskie, a kard. Józef Glemp, Prymas Polski, zaproponował, aby w każdej diecezji powołano kapelana przy wojewódzkich kołach łowieckich (w Polsce wśród ponad 100 tysięcznej rzeszy myśliwych jest blisko 250 księży). Chciałoby się powiedzieć: Najwyższy czas!

Red.