Miesięcznik Dzikie Życie

9/51 1998 Wrzesień 1998

Noc Kupały i Świętej Anny

Jacek Zachara

Nazwa Kupalnanocka wywodzi się od słowa „kupało” co na wschodzie Polski oznacza kąpiel, zanurzenie w wodzie.

Najkrótsza noc była okazją do odprawiania różnych obrządków, wróżb i czarów. Uświadamiano sobie wtedy w sposób szczególny związek człowieka z rytmami przyrody. W tę noc bowiem, według tradycji, całą przyrodę przenika potężny i ożywczy impuls.

Jest to święto powitania lata, miłości i płodności, z oczyszczającymi obrzędami ognia i wody. Wierzono, że po ziemi snują się duchy zmarłych i pozaziemskie istoty demoniczne. W ciała ludzi, szczególnie młodych, wstępują nieziemskie siły i wzmaga się ich gotowość do miłości, płodzenia i rodzenia. Tradycja i obyczaj zezwalał na swobodne igraszki miłosne. Nieodłącznym elementem święta był taniec. Przy ogniskach kobiety tworzyły taneczne kręgi.

I tak gromadzono się w miejscach ważnych dla danej grupy. Miejscach świętych. Najczęściej były to wzgórza lub polany leśne. I rozpalano tam wysokie ognie. Dziewice puszczały własnoręcznie zrobione wianki. Chłopcy popisywali się zręcznością i skokami przez ogień.

Przesilenie letnie, zimowe, równonoce wiosenne i jesienne w każdej kulturze pierwotnej były czymś szczególnym. Słońce, wędrując po niebie, wyznaczało pewien rytm. Rytm, którego puls kiedyś żywo odczuwano. Towarzyszył dojściu starego do pewnego momentu i budzeniu się nowego. Zimowe przesilenie jest momentem narodzin, poczęcia sił witalnych w przyrodzie, odradzania się nowego życia. Od tego przesilenia słońce co dnia wznosiło się wyżej i skracało noc. I tak aż do przesilenia letniego, gdzie następował przełom i dnia zaczęło ubywać. Świat przyrody w tym czasie doznawał orgii kolorów, zapachów. Soczystość zieleni i świeżość różnobarwnych kwiatów wzmagała chęć zapylenia przez owady. A i ludzie przebywając na ich łonie doznawali miłosnego uniesienia. Rośliny, drzewa zaczynają rodzić owoce. W takiej scenerii odbywały się rytuały mające na celu podkreślenie nierozerwalnego związku człowieka z przyrodą. Uświadamiano sobie wtedy w sposób szczególny ten związek.

Pierwotne formy rytuału Nocy Kupały dotrwały do naszych czasów tylko w namiastce. Mocno poddane wpływom chrystianizowania zatraciły swój dawny charakter. Może w niektórych miejscach przetrwały w mocno dziwnych i wypaczonych formach, jak w opisie mojej koleżanki, która bawiąc na Śląsku w czasie przesilenia letniego zaobserwowała niecodzienne połączenie żywiołu wody i ognia. Pod parasolami znanych firm lała się woda w postaci piwa, a później żywioł ognia tańcząc na grillu dosmażał kiełbaskę na zagrychę.

* * *

W tym roku letnie przesilenie zastało mnie na Górze Św. Anny. Odbywało się w miejscu, w którym przez ostatnie tygodnie trwała nieustająca obrona wartości nieprzeliczalnych na pieniądze.

Przed Nocą Kupały odbyliśmy wędrówkę po miejscu, które przez 40 dni było świadkiem dramatycznej obrony. Z bronionych drzew, krzewów pozostały tylko kupki pulpy drzewnej. Spychacze wyrównywały, dołki po wyrwanych korzeniach. Ma tam przecież być płasko, równo. Pod asfalt. Patrzyłem na środek masywu. Już widać, że las składa się obecnie z dwóch części. Tak chce społeczeństwo pragnące szybko, łatwo i przyjemnie dostać się do Europy.

Pas autostrady był oddzielony od rezerwatu Ligota Dolna drucianą siatką. Na siatce tabliczki: Rezerwat przyrody – wstęp wzbroniony. Jeden z większych absurdów jakich byłem świadkiem w życiu.

Ile jeszcze takich miejsc stracimy? Czy opamiętamy się dopiero w momencie katastrofy? Wtedy, kiedy widmo kostuchy zajrzy nam prosto w oczy? Będziemy się bać. Bardzo bać. I przeklinać tych wszystkich, którzy prowadzili nas za rączkę ku wymarzonemu dobrobytowi. Będziemy posiadać wiele jakże „pięknych” i jakże bezużytecznych rzeczy. Popatrzymy sobie na nie i zastanowimy się, czy były warte ceny katastrofy.

Nad pasem autostrady, obok rezerwatu bawiły się trzy młode liski. Beztrosko. Biegały za sobą w kółko. Po ledwo co skoszonej trawie. Nie zdawały sobie sprawy, że to ich ostatnie beztroskie chwile.

Gdy stos na ognisko jest ułożony, idziemy wzdłuż ściętych przez budowniczych autostrady drzew. Idziemy je pożegnać. Jest to szczególne pożegnanie. Z góry widać kilometry autostrady drzew. Są pozostawione w nieładzie. Przeplatają się wzajemnie. Tworzą sieć przygnębienia. Rozchodzimy się. Każdy znajduje dla siebie miejsce. Pozostajemy tu przez kilkadziesiąt minut. Odbywa się swoista rozmowa. Na głos bębna schodzimy się i tworzymy krąg wokół ściętego, olbrzymiego buka. Krąg ma to do siebie, że nikt nie jest lepszy ani gorszy. Manifestujemy tym przynależność do rodziny wszystkich istot.

Dawno, dawno temu, w leśnej krainie planety Ziemia zwierzęta duże i małe, rośliny, wiatr, deszcz, a nawet tęcza spotykały się co jakiś czas na „ZGROMADZENIU WSZYSTKICH ISTOT”. Przybywali, by wspólnie troszczyć się o swoją matkę – Ziemię. Pewnego razu, jedna z istot uczestnik „zgromadzenia”, postanowiła wyłamać się z tego zwyczaju. Miała własne plany i była zbyt niecierpliwa, by wciąż baczyć na wszystkich innych. Odeszła ze „Zgromadzenia” i w ten sposób pierwotna równowaga została zachwiana.
Skutki tego kroku okazały się straszne: Co prawda istocie działającej na własną rękę udało się zdominować Ziemię, nadać nazwy każdemu stworzeniu, rozwinąć różne systemy próbujące opisać świat i ująć w naukowe ramy, ale wycięła prawie wszystkie lasy, niebo zasnuły dymy, rzeki wypełniły się brudem, jej starsi bracia i siostry – uczestnicy zgromadzenia zaczęli masowo wymierać, aż wreszcie odkryła, że zasypują ją własne śmieci. Jednak KRĄG WSZYSTKICH ISTOT jest wciąż otwarty. Chociaż mniej liczny niż przed laty – po drodze miliony gatunków wymarły zaprasza nas, by się do niego przysiąść. To prawdziwie magiczny krąg. Może się w nim zdarzyć wszystko, bo wszyscy jego uczestnicy mają równe prawa, wszyscy są wysłuchiwani przez pozostałych, nikt nie jest ważniejszy, nikt gorszy. Nikt nie ma patentu na prawdę ani tytułów wywyższających go nad innych. Wszyscy wierzą w swoją prawdziwą, dziką, wolną naturę. Naturę wspólnej matki – Ziemi.
(Janusz Korbel, wstęp do: „Uwagi o prowadzeniu warsztatów”).

Stoimy w kręgu i żegnamy się z tym, co odeszło ze świata przyrody, a było ważne w naszym życiu. Choć mówimy o sprawach z odległych miejsc, to jednak wszystko co się ostatnio stało na Górze Św. Anny u wielu z nas mocno się przebija. Staliśmy przy pniu drzewa, na którym mieszkał Bartek, aż do dnia, w którym zostało ścięte, a on ściągnięty z niego na siłę. Bartek żegnał się z drzewem, które było dla niego ważne w życiu. Jak mówił, do tej pory nie miał nigdy domu i drzewo przez jakiś czas spełniało tą role. Nigdy nie czuł się tak dobrze. Stracił bukowego przyjaciela.

Wokół było wiele pni starych drzew. Na jednym z nich siedziała ropucha. Zaskoczona, że nad nią nie ma już olbrzyma. W pniu mieszkała. Na swej bocznej części był wypróchniały. Tam składała skrzek. Co roku rodziły się nowe ropuchy. Tej wiosny był już to ostatni raz. Jak wiele innych zwierząt straciło dom?

Odchodzimy od tego ponurego miejsca. Mieliśmy tam palić ogień. Ale chcemy od niego uciec. Chcemy być ze sobą i bawić się jak to zawsze bywało w Noc Kupały. W tym miejscu nie bylibyśmy w stanie.

Na wielkiej polanie paliliśmy w ogniu wszystkie złe rzeczy, które towarzyszą nam w życiu. Tańcząc, śpiewając odreagowaliśmy dramat Góry Św. Anny. Tak nas przywitał świt.

Jacek Zachara