Miesięcznik Dzikie Życie

2/260 2016 Luty 2016

Świat powinien się zatrzymać. Rozmowa z Antoniną Krzysztoń

Wywiad Dariusza Matusiaka

Spotkaliśmy się na uroczystym otwarciu Ekologicznego Uniwersytetu Ludowego w Grzybowie, gdzie dałaś koncert. Nie pierwszy raz śpiewasz na zaproszenie Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego „Ziarno”. Jakie znaczenie mają dla Ciebie to miejsce i tworzący je ludzie?

Antonina Krzysztoń: Znam Ewę i Petera Stratenwerthów od bardzo dawna, jednak nie jest to znajomość codzienna. Przyjeżdżam do Grzybowa na ich zaproszenie i daję tam koncert. Teraz wybieram się do nich, aby uczyć swoich kolęd. Dla mnie to miejsce jest niezwykłe z kilku powodów. Po pierwsze, ważne jest dla mnie ich pełne miłości podejście do życia i przyrody. Pełne szacunku i pokory. To rzadka postawa. Lubimy być w takich miejscach, prawda? A po drugie, takie miejsca są ważne ze względu na zatrzymanie procesów, które z ogromną prędkością dzieją się obecnie: nadmiernej ingerencji w świat przyrody i chęci jej zagarniania. Teraz, kiedy Ewa z Peterem tworzą Uniwersytet Ludowy, jest szansa, że nauki te zatoczą jeszcze szersze kręgi.

Antonina Krzysztoń. Fot. Warner Music Poland

Antonina Krzysztoń. Fot. Warner Music Poland

Wychowywana byłaś przez swoją ciocię, znaną aktorkę Halinę Mikołajewską i pisarza Mariana Brandysa, których w okresie PRL uznawano za czołowych polskich dysydentów walczących z ustrojem socjalistycznym. Jednak Twoje pieśni, nawiązujące do mistyki chrześcijańskiej, sprawiają wrażenie oderwanych od spraw, którymi żyje współczesny świat, np. globalizacji, ocieplenia klimatu, konfliktów zbrojnych i uchodźców. Jakie jest Twoje postrzeganie tych problemów?

Kiedy miałam 4 lata, zmarł mój ojciec. Wtedy z moją mamą i siostrą zamieszkaliśmy z wujkami. Nie powiedziałabym, że mnie wychowywali, lecz raczej że mieli wpływ na moje wychowywanie. To była bardzo szczególna rodzina. Jestem im wdzięczna za to, że znalazło się dla nas miejsce, w tak trudnej i krytycznej sytuacji.

Na pewno nie jestem oderwana od spraw, którymi żyje świat. Te problemy, o których wspomniałeś, są tak obszerne, że każdy z nich wystarczyłby na osobną rozmowę. Wiele rzeczy mnie martwi. Świat powinien się zatrzymać. Tak jak np. Internet, który mogłabym porównać do bomby atomowej. Większość osób nie zdaje sobie sprawy, jaki wpływ ma na nasze życie. Ułatwia nam komunikację i dotarcie do przeróżnych informacji. Ale mam wrażenie, że nie jesteśmy dostatecznie przygotowani na zmiany, jakie on niesie ze sobą chociażby w relacjach międzyludzkich.

To samo dzieje się z organizmami modyfikowanymi genetycznie. Ziarno takich roślin już nie nadaje się do ponownego zasiewu. To jest wstrząsające, co człowiek potrafi zrobić z roślinami i zwierzętami tylko po to, aby ciągnąć z tego zyski.

Przypomina mi się film „Sól ziemi” o brazylijskim fotografie Sebastiano Salgado, który przez 40 lat podróżował po świecie i dokumentował życie ludzi w okresie dramatycznych zmian. Słowa z tego filmu, brzmią jak puenta: „najokrutniejszym stworzeniem w świecie jest człowiek”.

Dla Salgado uleczeniem jego duszy stał się kontakt z przyrodą. W Twoich pieśniach również często pojawiają się motyw przyrody i jej afirmacja, bliska myśli św. Franciszka z Asyżu. Jakie znaczenie ma ten średniowieczny mistyk dla Twojej twórczości?

Spotkanie z wiatrem na łące. Fot. Ela Staszczyk

Spotkanie z wiatrem na łące. Fot. Ela Staszczyk

Postać św. Franciszka z Asyżu jest dla mnie bardzo ważna. Ponad 20 lat temu bardzo mocno poczułam wewnętrznie, że zetknęłam się z jego duchowością. Przyroda od najmłodszych lat była mi bardzo bliska. Szczególną miłością darzyłam drzewa. Kiedy jestem w parku i nikt mnie nie widzi, to przytulam się do drzew i je całuję. A ci, którzy mnie widzą, myślą, że jestem stuknięta. Lubię z przyrodą być w samotności, w bardzo bliskim kontakcie. Natomiast św. Franciszek jest pod tym względem postacią niedoścignioną, cały siebie oddał, ofiarował Bogu, ludziom i stworzeniu. To są wyżyny, do których dostęp mają tylko ludzie uważani za świętych.

Kroniki średniowieczne twierdzą, że św. Franciszek potrafił rozmawiać z jaskółkami, rybami, a nawet z wilkiem. Czego, Twoim zdaniem, możemy nauczyć się od przyrody?

Przyroda to jest list Boga do człowieka, może nas nauczyć wszystkiego. Jeśli nie będziemy jej zauważać, to nie będziemy w stanie niczego się nauczyć. Trzeba jednak poświęcić swój czas i serce, aby czytać z niego. W nim jest wszystko. Jednak przyroda posługuje się językiem, do którego nie przywykliśmy, nie rozumiemy go, bagatelizujemy go, mówiąc: to jest trawka, a to ptaszek. Zastanówmy się, ile tak naprawdę świadomie przeżyliśmy wiosen czy innych pór roku. Czy chociaż jedną? Można to robić również w mieście, bo tu także rosną drzewa, śpiewają ptaki.

A co Ty osobiście wyczytujesz z tego listu od Boga?

Niektóre informacje są bardzo osobiste, a niektóre bardziej ogólne. Jesteśmy w szczególnym momencie.

Co uważasz za najważniejsze przesłanie Twoich piosenek?

Nie jestem skierowana tylko na ludzi wierzących w Boga. Dla mnie zawsze najważniejsza jest bezpośrednia relacja z człowiekiem. W tym momencie najważniejsza w naszym spotkaniu jest ta rozmowa, którą prowadzimy. To niesamowite, jak się różnimy. W jaki sposób widzimy świat, często totalnie inaczej. Moje przesłanie to chęć nawiązania kontaktu. Założyłam sobie również, że nie dzielę się z innymi swoimi rozdarciami, trudnymi rzeczami, przez które przechodzę tak jak każdy normalny człowiek. Dzielę się tym, co według mnie jest wartościowe i dobre. Czuję się odpowiedzialna za każde słowo, które wypowiadam na scenie. W swoim życiu przechodziłam przez bardzo trudne chwile, jednak niczego nie żałowałam. Chciałabym, aby to, co robię, było pocieszeniem, daniem nadziei. To, przez co przechodzimy, jest nam bardzo potrzebne do wewnętrznego wzrastania, choć w danym momencie możemy tego nie widzieć.

Któregoś roku wybrałam się na pielgrzymkę do Częstochowy na Jasną Górę i choć szłam w tłumie ludzi, to czułam się totalnie osamotniona. Nie nawiązywałam żadnych kontaktów i idąc cały czas płakałam. Całe szczęście, że nikt tego nie mógł zobaczyć. Była to dla mnie bardzo trudna wędrówka, ale z perspektywy czasu okazała się najbardziej owocna. I to jest ilustracja tego, co spotyka nas w życiu. Pewne rzeczy trzeba po prostu przetrwać. To jest dar, który otrzymałam od mojej przyjaciółki. Miała ona tragiczne życie. Jej pradziadek, więzień sowieckich łagrów, uciekł z katorgi i piechotą wrócił do Polski. Kiedy wszedł do domu, na progu rozebrano go z zawszawionej odzieży, a on w zaciśniętej dłoni coś trzymał. Przez trzy dni nie mógł rozluźnić palców, aż w końcu uścisk puścił i z dłoni wysunął się medalion z Matką Boską. I moja przyjaciółka otrzymała od swojego pradziadka jako dar słowo „Przetrwać”. A ja to otrzymałam od niej. Tym się trzeba dzielić, bo uważam, że słowa mają wielką moc i mogą w pewnych sytuacjach pomóc. Bo życie ma sens.

Ludzie boją się cierpienia i chcą go za wszelką cenę unikać. Nie widzą w nim sensu. Czego nas może uczyć cierpienie?

Antonina Krzysztoń.

Już jako dziecko doświadczyłam cierpienia, gdy w wieku 4 lat zmarł mój tato, którego bardzo kochałam. Nie doświadczyłam jednak cierpienia ponad miarę i na ten temat nie mogę się wypowiadać. Każdy człowiek niesie przez życie jakieś słowo, oddające naszą wewnętrzną naturę. Poszukujemy w sobie tego słowa, a cierpienie ma w tym pomagać. Bowiem ono pokazuje nam, kim naprawdę jesteśmy, szlifuje naszą osobowość, zdejmuje maski. To jest dla nas bardzo cenna wiadomość. Jednak my cierpienia się boimy i robimy wszystko, aby przypadkiem nie pocierpieć. A jest to błąd. Miałam przyjaciółkę chorą na raka, która niedawno zmarła. Ona swoje cierpienie ofiarowywała za konkretne osoby, prosząc Boga, aby w życiu tych osób zdarzyło się coś, co będzie im bardzo potrzebne. To była jej konkretna ofiara za te osoby. Nie wiem jednak, czy w ich życiu nastąpił przełom. Przyjęcie cierpienia musi być jednostkową decyzją, a to są duchowe Himalaje i nie każdego człowieka stać na to. Ono jest niezwykłą łaską, dzięki której poszerza się dobro. Cóż bowiem więcej może człowiek dać innym niż oddanie siebie samego.

Choć na co dzień mieszkasz w dużym mieście, to często wyjeżdżasz w Bieszczady. Co przyciąga Cię w góry?

Mam kilka ulubionych punktów w Polsce, do których z przyjemnością wracam. Przede wszystkim szukam takich miejsc, gdzie mogę być sama. Gdy odwiedzam w Bieszczadach swoich przyjaciół, nie zawsze jest to możliwe, jednak najbardziej lubię samotne wędrówki w góry. Bardziej wtedy boję się ludzi niż czegokolwiek innego.

Czym ta samotność jest dla Ciebie?

Jest to dla mnie czytanie listu od Boga. Wszelkimi zmysłami, duchem i ciałem. W totalnej dziecięcości, ciekawości i ufności. Kiedyś, gdy samotnie szłam w górach, nagle poczułam obecność dużego zwierzęcia, niedźwiedzia który był kilka metrów ode mnie. Usłyszałam hałas i jego intensywny zapach. Szłam swoim tempem, nie odwracając się w jego stronę. Zrobiłam najlepiej jak mogłam. Ale nie wiem, co by było, gdybym spojrzała… Nie było we mnie chęci ingerencji w jego świat, przeszkadzania innej istocie w jej życiu. Należy pozwolić żyć na swój sposób innym stworzeniom.

Jakie cechy należy pielęgnować w sobie, aby mieć taką postawę?

Kluczową cechą jest pokora, choć wydaje się, że to słowo już dawno przestało istnieć dla świata. Chciałabym być pokorna. Albo kto dziś doświadcza tęsknoty, która jest bardzo potrzebna do rozwoju wewnętrznego. Obecnie telefony komórkowe zupełnie ją zniwelowały. Kiedyś czekało się dwa tygodnie na list od ukochanej, potem czytało się go 50 razy, a teraz wystarczy nacisnąć odpowiedni klawisz w telefonie i już po tęsknocie. To nie jest takie konieczne. Jestem wielką zwolenniczką pisania listów. Jest też tęsknota, kiedy oczekuje się dziecka, kiedy kobieta jest w ciąży, aby mieć bliski kontakt z tym nowym życiem. Jednak nasza niecierpliwość pcha nas, aby to nienarodzone dziecko zobaczyć, aby zrobić mu zdjęcie etc. Nie jest to potrzebne. Tajemnica jest piękna!

Osoby wrażliwe na przyrodę mają często wielki problem z odnalezieniem się w społeczeństwie, w którym ma ona jedynie wartość materialną, merkantylną. W jaki sposób to czułe zainteresowanie światem można chronić w sobie?

Podam taki przykład. Jeśli idę do kina na jakiś świetny film, który jest bardzo dobrze zrobiony pod względem technicznym, a także artystycznym, ale są w nim wstrząsające sceny, które negatywnie odbijają się niczym pieczęć na mojej psychice, to wychodzę z tego filmu, bo nie chcę tego zapamiętać. Zwróćmy uwagę, jak pokazywana jest w filmach miłość, która jest światem tajemnym pomiędzy dwojgiem ludzi, ponieważ ci ludzie są niepowtarzalni. Natomiast w filmach jest ona masakrowana przez większość reżyserów. Nie róbmy sobie tego! To samo dotyczy muzyki. Jeśli wchodzę do kawiarni, gdzie jest puszczana muzyka, która mnie niepokoi i rozbudza, to bardzo proszę obsługę, aby ją wyłączyli. Kiedyś w jednym z takich miejsc na moją prośbę kelnerka odpowiedziała, że przecież muzyki słuchają też inni goście. Więc wstałam i spytałam ich, czy nie pogniewają się, jeśli wyłączona będzie muzyka, na co usłyszałam: „Nareszcie!”. Ich ta muzyka również drażniła. Ważna jest zatem nasza wewnętrzna higiena – wybór tego, gdzie bywamy, co oglądamy i słuchamy. Aby zielona trawa nie kojarzyła nam się z proszkiem do prania z reklam. W domu nie mam telewizora i w ten sposób staram się chronić swoją wrażliwość. Bo ja, między nami mówiąc, nie umiem oglądać telewizji. Należy uczyć się dokonywać wyborów i rezygnować z tego, co nam szkodzi. Należy w wielu przypadkach powiedzieć: „To mi się nie podoba!”.

Dziękujemy za rozmowę.

Warszawa, 23 listopada 2015 r.

Antonina Krzysztoń – polska pieśniarka, kompozytorka i autorka tekstów. Jej twórczość jest zaliczana do nurtu poezji śpiewanej. Poza własnymi tekstami opracowywała też wiersze Zbigniewa Herberta i piosenki czeskiego barda Karela Kryla. W poprzednich latach współpracowała z wieloma muzykami, m.in. Adamem Pierończykiem, Marcinem Pospieszalskim, Krzysztofem Nitelem, Andrzejem Wyrzykowskim, Wojciechem Waglewskim, Markiem Walawenderem, Słomą i Kubą. Obecnie współpracuje z Marcinem Majerczykiem (od 20 lat), Marcinem Lanchem i Manolo.