Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/265-266 2016 Lipiec / sierpień 2016

Dzikie śliwki

Dagmara Stanosz

…No więc kiedyś był tu dwór, a teraz stoi chałupa Pawła. W tym miejscu rozchodzą się drogi. Dwie wiodą do lasu, ciągną się dnami dolin i w końcu przepadają w jarach potoków, błocie i olszynach. Trzecia prowadzi na północny zachód i w świat…

Andrzej Stasiuk

Asfaltową, żwirową, krętą, leśną, poboczem, mostem zwodzonym nad nurtem Osławy i dalej wzdłuż Sanu. Najgorzej idzie się tam, gdzie nie ujadają psy, a są sady, skarłowaciałe śliwki, ruiny cerkwi i groby. W zarastaniu czuć jakiś święty niepokój, coś co sprawia, że nie rusza się wrastającego w drzewo krzyża. Beskid Niski to ludzie i drogi.

Stary cmentarz w Beskidzie Niskim. Fot. Dagmara Stanosz

Stary cmentarz w Beskidzie Niskim. Fot. Dagmara Stanosz

Etceteryści

Od Bobowej idzie się tropem Chasydów, dalej Cyganów, Łemków, dukielskich Żydów, przez polsko-ukraińskie wioski w Dolinie Osławy, aż po Komańczę. Wieloetniczność, tak charakterystyczna dla Pogranicza, nabiera tutaj szczególnego znaczenia. Historia pomieszała ludzkie losy, naznaczyła to miejsce, stąd pewnie po dziś dzień przyciąga nietuzinkowych osiedleńców, „etceterystów” pozostających na marginesach – kultury, społeczeństwa, mainstreamu. Poszukiwania alternatywy wyrastają z potrzeby odsunięcia od masowości, ale i potrzeby dialogu, poszukiwania źródeł. Stąd ciągle obecne w niezwykłej przestrzeni Beskidu Niskiego czy Bieszczad inicjatywy społeczno-artystyczne, w których czerpie się z etniczności. Sztuka ociera się tu o etnologię, prace badawcze, czerpie z dokumentalistyki, socjologii. Tworzona przez ludzi z zewnątrz, staje się jakimś pomostem między lokalną historią a uniwersalnym doświadczeniem, zrozumiałym niezależnie od regionalizmów. Nie chodzi tu o folkloryzm, ale żywy dialog z przeszłością, archetypami, jak w kolędowaniu Teatru Wiejskiego Węgajty odwiedzającego Nowicę w Beskidzie Niskim, gdzie odbywa się jeden z bardziej rozpoznawalnych alternatywnych festiwali teatralnych o nieprzypadkowej nazwie Innowica. Przedrostek dodany do nazwy wsi trafia w sedno, określa specyfikę miejsca i działań. Inność, Inni, z różnych przyczyn szukający w tym miejscu swojej tożsamości, językiem sztuki tworzą na nowo miejsca kształtowane kiedyś przez dialog wyznań i kultur. Przestrzeń przyrody i ludzkich opowieści staje się początkiem nowych dróg nie tylko dla tych, którzy zostawiając zgiełk miast, przesiedlili się na te tereny. Motywów, z których różni twórcy trafiają na beskidzkie ścieżki można szukać w ich biografiach, fascynacjach, spotkaniach z ludźmi, od których zaczęli nową podróż. Dróg jest wiele. I ludzi poszukujących tu odpowiedzi na ważne pytania.

 Kirkut w Bobowej – jednego z ważniejszych miejsc dla Chasydów. Fot. Dagmara Stanosz

Kirkut w Bobowej – jednego z ważniejszych miejsc dla Chasydów. Fot. Dagmara Stanosz

Droga Żywiecka

Z Cieszyna Drogą Żywiecką na południe, do Poraża, Niebieszczan, Mokrego i Morochowa, gdzie gajówka, teatr-stodoła, chyża Pana Bronka, droga na Czekaj, Balat Horę i rzeka Osława, przyjeżdżało się jak do świata, któremu w zamian za autentyczność zostawiało się pracę, spektakle. Przez kilka lat w przestrzeni kilku wsi odbywały się warsztaty, spotkania, festiwal teatralny, na którym w różnych konstelacjach spotykali się artyści, twórcy ludowi różnych narodowości i wyznań – Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Czeczeni z ośrodka dla uchodźców w Dębaku. Ze Śląska na Łemkowszczyznę i z Łemkowszczyzny na Śląsk, bo po latach wspólnych działań, zawiązanych przyjaźni naturalnym stało się wspólne muzykowanie, koncertowanie, udział w spektaklach. Droga do Doliny Osławy to jedna z dróg, na której odkrywanie i w pewien sposób odczynianie historii, stało się kierunkiem ludzi związanych ze Stowarzyszeniem na rzecz Odnowy i Współistnienia Kultur oraz Teatrem CST. Realia życia polsko-ukraińskich i dawnych łemkowskich wsi znalazły odzwierciedlenie w spektaklach: „Wschodzenie” i „Droga Żywiecka”. Wystawiane w całej Polsce, z wyróżnieniem na Międzynarodowym Festiwalu Malta w Poznaniu, stały się głosem w sprawie, obrazem zderzenia dwóch światów, dawnego i współczesnego, w których ujawnia się kondycja człowieka poszukującego duchowości, nieprzepracowane wątki historii związane z tragedią w Zawadce Morochowskiej czy Holokaustem Żydów. Praca w takiej przestrzeni, prowadząc ku teatrowi, była głęboko zanurzona w tkance społecznej, potrzebie dochodzenia do prawdy, pojednania, ekumenizmu, współistnienia narodów, wyznań, kultur. Ludowość, do której sięga teatr i sztuka, odsłania to, co w człowieku najgłębsze, uniwersalne. Powstaje spektakl, ale ważniejszy od niego jest proces dorastania do tematu, o którym się opowiada, odnajdywania różnicy między rozumieniem i Rozumieniem. Na to potrzeba czasem wielu lat działań, rozmów, pytań, spotkań z ludźmi, ciekawości i uporu, błądzenia.

W drodze na plenerowy spektakl Teatru Węgajty podczas festiwalu w Morochowie. Fot. Dagmara Stanosz

W drodze na plenerowy spektakl Teatru Węgajty podczas festiwalu w Morochowie. Fot. Dagmara Stanosz

Uniwersytet w Niebieszczanach

Stodoła-teatr w Morochowie. Miejsce spotkań, warsztatów, wystaw, spektakli. Fot. Dagmara Stanosz

Stodoła-teatr w Morochowie. Miejsce spotkań, warsztatów, wystaw, spektakli. Fot. Dagmara Stanosz

Rewolucje zaczynają się od jednostek, indywidualności, niezwykłych ludzi, a wśród mieszkańców pogranicznych wsi nie brakuje oratorów, seniorów, którzy pamiętają czasy sąsiedzkiego współistnienia różnych grup etnicznych. Obowiązkowym przystankiem podczas każdego pobytu Sałaszu i CST był dom Pana Bronisława Pałysa w Niebieszczanach – słuchanie pieśni lub opowieści, czasem nagrywanie historii, muzykowanie. Bronisław Pałys miał pamięć do twarzy i miejsc. Pamiętał najdłuższe ludowe ballady, które z upodobaniem śpiewał podczas odwiedzin, każdą osobę kojarzył z miejscem, nazwiskiem. Łączył etniczne wątki w jeden sąsiedzki świat, łamiąc tabu historii, o których inni milczeli. Był Żywym Uniwersytetem Dialogu Kultur. Od jego opowieści zaczynało się wiele małych i dużych zadań – od warsztatów cygańskich tańców po upamiętnienie zbiorowej mogiły Żydów, gdzie do niedawna uprawiano pole, choć wszyscy w okolicznych miejscowościach wiedzieli, kto tam leży. To niezwykłe zdarzenie, zwieńczone spotkaniem duchownych kościoła katolickiego, prawosławnego, rabina i mieszkańców sąsiednich wsi, którzy pamiętając jeszcze z dzieciństwa pomordowanych tam Żydów, po wielu latach milczenia, przyszli uczcić ich pamięć, było jednocześnie świadectwem zaufania dla „tych z zewnątrz”, artystów, dziwaków, którzy wtrącają się w lokalną pamięć, coś węszą, zwycięstwem człowieka nad wstydem, że ktoś wiedział, widział, nie pomógł, zaryglował drzwi, a przecież to byli sąsiedzi…

Najważniejszym miejscem spotkań przez wiele lat była wydzierżawiona stara stodoła w Morochowie – teatr, sala koncertowa, agora. To tam od rana odbywały się warsztaty, próby spektakli, koncertów, wystawy, by wieczorem po zakończeniu prac w polu i w gospodarstwie mogli przyjść najważniejsi goście – mieszkańcy okolicznych wsi – widzowie i uczestnicy, a patrząc na całokształt działań, współautorzy spektakli… Wracając pamięcią do wystawy „Człowiek jest piękny”, która powstała z zebranych od ludzi archiwalnych fotografii, przedstawiających mieszkańców, spełniła się też idea przyświecająca patronatowi namalowanej na ścianie postaci Tadeusza Kantora. W jednej przestrzeni spotykali się żywi i umarli, historia i współczesność, strzępki pamięci, kadry z życia, wzruszenia. Konkretne działania rodzą zaufanie, pomagają przekraczać granice i co najważniejsze – budują nowe relacje, pozbawione uprzedzeń i podziałów. W miejscach, gdzie pamięć rodzinnych doświadczeń przemocy Polaków wobec Ukraińców i Ukraińców wobec Polaków jest po dziś dzień tak silna jak spór o bohaterskość Bandery, tworzenie relacji jest procesem długotrwałym, bo międzypokoleniowym. Trwa i ciągle się zmienia – jak droga, którą się idzie bez końca.

Dagmara Stanosz

O spektaklu „Droga Żywiecka” Teatru CST w reżyserii Bogusława Słupczyńskiego, z materiałów archiwalnych teatru

Wszystko zaczęło się przy drodze Żywieckiej wiodącej z Bielska, Mikuszowic Krakowskich na Żywiec i dalej na Wschód, nad San, do Sanoka, na Huzele, do Poraża, na Zawadkę. Powstała opowieść o poszukiwaniu tożsamości, sensu istnienia i tworzenia. Bohaterowie odwołują się do wartości świata, który został zniszczony wraz z wojną. Autor scenariusza zestawia dwa historyczne czasy, dwie epoki, konfrontuje postawy i zachowania. Odbywa wędrówkę w przeszłość. Na końcu tej drogi pozostaje w poczuciu konieczności ciągłego odnajdywania się i samotności. To swoje poszukiwanie uznaje za sens podstawowy. Pojawiają się postacie i zdarzenia z osobistego doświadczenia autora i aktorów CST oraz te przywołane na podstawie zebranych opowieści. Pełno tu żywiołu wielonarodowego – polskiego, łemkowskiego, żydowskiego. Wszystko to zestawione z „realną prawdą życia” kreowaną na wyżynach intelektualnych Warszawy.

„Trudno oprzeć się historii, epoce. Połykaliśmy mity, obrazy, idoli. Ulegało się powszechnemu szacunkowi dla... Brnęło się we wspólnotowy podziw. Machina tego prawdziwego PRL-owskiego systemu mitologizacji życia społecznego i sztuki działała świetnie. A jednak życie toczyło się po dwóch torach – oficjalnym i... nieoficjalnym. Czasami, a może często, przeplatały się te tory na różnych zwrotnicach. W kulturze też. Było trochę takich, co przejęli się tymi mitami i obrazami. Takich co trafili z Wielkiej Prowincji małych miast i miasteczek naświatową listę rankingową, do Warszawy, po sławę i naukę. Byłem jednym z nich. Pewnego dnia w pewnym teatrze elektrownia podczas przedstawienia wyłączyła prąd. Spektakl przerwano. Jakiś stary aktor zażądał świec: Zapalcie kandelabry... i gramy... Zignorowano go. Wtedy zrozumiałem, że światła należało szukać gdzieś indziej, bo Teatr i dziwne uteatralnione życie wokół niego, same dla siebie źródłem tego światła być już nie mogły. Trzeba było rozpocząć poszukiwania, które z tymi akademickimi nie miały nic wspólnego. Dawne autorytety i figury roztrzaskały się w mojej głowie. Pejzaż stołecznej metropolii zamienił się w zimny i suchy step. Nie pozostało nic. Dopiero wtedy zacząłem dostrzegać pojedynczych, czekających ludzi. Ostatnich stamtąd. Czekała też ich pamięć. Pojawiły się sytuacje, ludzie, kultury i narody, opowieści, sprawy, o których nie miałem pojęcia. Pojawiły się miejsca, historie kiedyś nieistotne, bagatelizowane. Teraz nadające sens współczesności. Jak Zawadka Morochowska zmieciona przez ludzi z powierzchni ziemi. Pusta przestrzeń wypełniona grobami. Tu trzeba przystanąć, aby móc ruszyć dalej”.

Bogusław Słupczyński