Miesięcznik Dzikie Życie

9/279 2017 Wrzesień 2017

Pień pod Sejmem

Janusz Korbel

Białowieża – przewodnik osobisty

Był rok 1994. Mieszkałem wtedy w Bielsku-Białej na południu Polski, oczekując na przydział telefonu, bo ten, który był w kupionym kilka lat wcześniej mieszkaniu telekomunikacja zlikwidowała, przenosząc numer komuś bardziej ustosunkowanemu. Była to – trudna dzisiaj do wyobrażenia – epoka sprzed telefonów komórkowych. Niedaleko mojego mieszkania mieściła się straż pożarna i tam przy wejściu do budynku był najbliższy publiczny aparat na żetony. Telefonowałem do koleżanki z naszego stowarzyszenia ekologicznego „Pracownia na rzecz Wszystkich Istot”, żeby podzielić się niedobrą wiadomością. Kilka tygodni wcześniej, po listach otrzymanych od białowieskich naukowców pojechaliśmy do Puszczy, żeby na własne oczy zobaczyć jak wygląda wycinanie prastarych dębów i żeby porozmawiać z pracującymi w Białowieży naukowcami. Widok był przerażający, w wielu miejscach znajdowaliśmy tylko pnie po kilkusetletnich dębach.

Wtedy to pomyśleliśmy, że trzeba zorganizować jakąś spektakularną akcję, żeby ludzie w Polsce i za granicą zobaczyli co dzieje się w ostatniej puszczy Europy.

Obrazek

To zdjęcie wykonał Lech Wilczek, żeby pokazać jakie ogromne dęby wycinano w Puszczy Białowieskiej każdego dnia aż do czasów najnowszych. I nikomu to nie przeszkadzało.

Pomysł był na pozór prosty: musimy znaleźć pień po wyciętym dębie, przywieźć go do Warszawy i zorganizować konferencję prasową z udziałem zaproszonego przedstawiciela nauki z Białowieży. Postanowiliśmy też zacząć wydawać czasopismo ekologiczne „Dzikie Życie” i pierwszy numer poświęcić głównie Puszczy Białowieskiej.

Udało się niemal wszystko: grupka zapaleńców, przy pomocy drukarki, nożyczek i kleju złożyła pierwszy, białowieski numer pisma a zaprzyjaźniona drukarnia wydrukowała go w nakładzie kilku tysięcy egzemplarzy na „ekologicznym” papierze makulaturowych, psując sobie maszyny, bo okazało się, że ten papier zawiera piasek i nie nadaje się do druku. Przyjechał do nas Polak z Ameryki, który wcześniej był jednym z liderów dużej kampanii dla ratowania lasów w Oregonie i po jakimś wyroku za przykucie się do fotela miejskiej rady opuścił Amerykę, odwiedził matkę w Polsce i dosłownie cudem natrafił na nasz ślad (inna sprawa, że byliśmy jedną z nielicznych, pierwszych pozarządowych organizacji ekologicznych w rodzącej się dopiero demokracji). Grzegorz, bo tak miał na imię, przyjechał do Bielska, zamieszkał na podłodze wynajmowanego przez nas pokoju i od razu zabrał się ostro do pracy tłumacząc materiały na język angielski. W Białowieży, dzięki mieszkającej w leśniczówce, znanej popularyzatorce przyrody prof. Simonie Kossak, która jako pierwsza chyba, w roku 1992 zamieściła w „Gazecie Wyborczej” dramatyczny apel „Śmierć Puszczy!”, poznaliśmy parę dziennikarzy – Duńczyka i Angielkę, także przerażonych widokiem gospodarowania w Puszczy i piszących na ten temat. Pień po wyciętym dębie znaleźliśmy w lesie bez trudu, tyle ich było. W Warszawie udostępniono nam salę na konferencję prasową, poprzedzającą przywiezienie corpus delicti, która – jak się wkrótce okazało – nie pomieściła zainteresowanych! Problemem nie do przeskoczenia okazało się natomiast przywiezienie tego kolosa do stolicy. Właśnie rozmawiałem z Grzegorzem, który w Warszawie od kilku dni szukał bezskutecznie kierowcy, mającego odpowiednie auto, który by się zgodził przywieźć pień z Białowieży do Warszawy. Opowiadałem to wszystko przez telefon uliczny koleżance i byliśmy przekonani, że zapowiedziana za dwa dni konferencja prasowa będzie musiała się obejść bez pnia, tylko ze zdjęciami wyciętych drzew i naszymi opowieściami, kiedy nagle zauważyłem, że po drugiej stronie ulicy stoi samochód wymarzony do planowanej akcji. Kończąc rozmowę powiedziałem więc: „Właśnie przede mną stoi duży, żółty samochód, z wyciągarką, służący do transportu zepsutych aut. Na dachu kabiny ma kolorowe światła ostrzegawcze i byłby wręcz wymarzony do przywiezienia do stolicy pnia białowieskiego dębu. Szkoda, że to tak daleko i nie wiemy czyj to samochód”. Odwiesiłem słuchawkę i wtedy z drzwi budynku straży pożarnej wyszedł strażak w mundurze i hełmie na głowie zagadując: „Przepraszam, ale stojąc tu na służbie usłyszałem fragment pana rozmowy. Mówił pan chyba coś o tym samochodzie, prawda? To jest mój samochód, czy mogę w czymś pomóc?” – Słyszał pan o Puszczy Białowieskiej? – pytam – Tak, to taki duży, stary las – odpowiedział od razu. No właśnie, to ostatni taki las w Europie a teraz wycinane tam są kilkusetletnie dęby. Chcemy przywieźć jeden do Warszawy, żeby cały świat to zobaczył i nie mamy czym – kontynuowałem. Jeżeli tam się wycina takie drzewa to ja pojadę! – odpowiedział bez wahania. Byłem tak zaskoczony, że jeszcze tylko dodałem, że to jest po drugiej stronie Polski, że w Warszawie możemy mieć problemy z policją i – co najważniejsze – że robimy to bez żadnych środków, po prostu ze swoich pieniędzy. Strażak podjął jednak już decyzję: Zrzućcie się na benzynę i jedziemy.

Obrazek

Przed Sejmem, 1994 r. Fot. Janusz Korbel

Dwa dni później samochód był już w Białowieży i nocą ładowaliśmy na niego pień kilkusetletniego dębu. Pień przywieziony na Plac Zamkowy a potem pod Sejm został zauważony. Z budynku sejmu wyszło do nas kilku polityków. Ryszard Bugaj i Tomasz Nałęcz zaprosili nas do gabinetu Aleksandra Małachowskiego, ówczesnego marszałka, a towarzyszyli nam młodzi politycy Unii Wolności. Przede wszystkim jednak pień został pokazany w wielu programach i stacjach telewizyjnych i informacja o wycinanych drzewach trafiła do milionów ludzi. Po miesiącu dostaliśmy przekaz na tysiąc dolarów od lidera Rainforest Information Centre w Australii Johna Seeda – pieniądze, które zebrali Australijczycy kiedy zobaczyli u siebie w wiadomościach telewizyjnych pień z Puszczy w Polsce. A więc udało się! Ludzie na świecie zobaczyli pień z Puszczy. Dzięki tej niespodziewanej darowiźnie mogliśmy spłacić zaciągnięte długi. Udało się też dotrzeć z przekazem do ludzi, bo pień był atrakcyjnym newsem dla programów informacyjnych. Grzegorz wrócił do Ameryki i na spotkaniu światowej sieci Native Forest Network opowiedział co widział w Polsce. O Puszczy Białowieskiej zaczęto pisać coraz częściej nie tylko w specjalistycznych publikacjach naukowych, ale także w popularnych magazynach, jako o miejscu, które nie jest należycie chronione. Przebudziło się też środowisko białowieskie. O ochronę Puszczy zaapelował dramatycznie obszernym artykułem na łamach „Tygodnika Powszechnego” Czesław Miłosz, apelowali też inni ludzie kultury (m.in. Wisława Szymborska, Ryszard Kapuściński). Zrodził się oddolny ruch obywatelski. Czysta improwizacja i kierowanie się sercem i koniecznością zaprzestania wycinania Puszczy stała się początkiem długiej kampanii. Rok później do Białowieży przyjechała grupa działaczy społecznych z kilkunastu krajów i kilku kontynentów, od działaczy ekologicznych po przedstawicielki organizacji kobiecych. Podczas spotkania z mieszkańcami i licznie przybyłymi leśnikami w miejscowym kinie usłyszeliśmy od ówczesnej wójt, że jak ludzie obcy będą się wtrącali do spraw puszczy to ona może... spłonąć. Nie zniechęciło to jednak gości ze świata i kilka dni później wzięli udział w kilkudniowej manifestacji w Warszawie a na koniec kilkoro zamknęło bramę ministerstwa środowiska i przykuło się do niej.

Obrazek

To zdjęcie, które zrobiłem przy dębie, którego wycięto chyba dzień wcześniej, trafiło na okładkę pierwszego numeru Dzikiego Życia. Fot. Janusz Korbel

Tym razem przekaz był nawet mocniejszy niż pień pod sejmem. Na miejscu byli dziennikarze wielu agencji ze świata a policja po spisaniu wypuściła obywateli różnych krajów, gdyż ci domagali się kontaktu ze swoimi ambasadami. Białowieski Park Narodowy obejmował wtedy zaledwie 7% polskiej części Puszczy Białowieskiej. O objęcie całej Puszczy parkiem wystąpiły Państwowa Rada Ochrony Przyrody, Komitet Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, Rada Ekologiczna przy Prezydencie RP, Rada Naukowa BPN i niezliczona ilość osób prywatnych oraz gremiów z całego niemal świata. Trzeba było poczekać jeszcze rok, by w 1996 polski rząd powiększył park narodowy, jednak nie na cały obszar Puszczy a zaledwie nieco ponad dwukrotnie, do obecnej powierzchni ok. 16% polskiej jej części. Jednak w tym samym roku podjęto jeszcze jedną ważną decyzję – zakazano wycinania ponad stuletnich drzew w całej Puszczy.

Obrazek

Dęby czekają na wywózkę. Fot. Janusz Korbel

Starania o powiększenie parku narodowego trwały przez kolejne lata, w roku 2000 rząd planował tzw. „Kontrakt dla Puszczy” dając gminom i parkowi 30 milionów z budżetu państwa w zamian za akceptację poszerzenia granic. Zakończyło się to spektakularnym zwiezieniem do Białowieży protestujących mieszkańców i obrzuceniem ministra jajami. Anonimowy tzw. „Komitet protestujący”, wspierany i inspirowany przez środowiska miejscowych leśników rozpowszechniał wśród ludności ulotki straszące zamknięciem ludzi jak Indian w rezerwacie i wszelkimi możliwymi zakazami, a do ustawy o ochronie przyrody wprowadzono w Polsce, staraniem popularnego w regionie polityka, korzystającego z leśniczówki w puszczy, jako jedynym kraju w Europie, zapis uzależniający tworzenie lub powiększanie parków narodowych od zgody wszystkich lokalnych gmin z okolicy. Od tego czasu w sprawach ochrony przyrody mamy w Polsce swoiste liberum veto. Tymczasem puszcza nie była bezpieczna. A to jakiś nadleśniczy wyciął dąb, bo trzeba było na ławki w kościele a to inny chciał koniecznie odsłonić granicę Unii Europejskiej, żeby wrogowie się nie wdarli i wyciął mnóstwo starych dębów pamiętających czasy królewskie.

Obrazek

Blokada drogi do Ministerstwa w proteście przeciwko niszczeniu Puszczy Białowieskiej, kwiecień 1995 r. Fot. Janusz Korbel

Zadzwonił kolega naukowiec z Wrocławia z pytaniem, ile potrzeba pieniędzy, żeby ruszyć z jakąś kampanią dla puszczy? Coś mu tam odpowiedziałem licząc koszt znaczków pocztowych, płyt dvd itp. a on przysłał swoje pieniądze, żeby pokryć koszty. W marcu 2006 roku zwołana przez dwie osoby, internetowo, światowa koalicja o nazwie BISON (ŻUBR – od pierwszych liter Białowieża International Solidarity Network) przeprowadziła w wyznaczonym dniu protesty przed polskimi ambasadami i konsulatami, apelując do prezydenta, żeby na wzór królów i carów podjął się osobistej opieki nad całą Puszczą.

Prezydent Lech Kaczyński faktycznie powołał wkrótce specjalny zespół, który opracował społecznie projekt objęcia Puszczy parkiem narodowym z różnymi strefami funkcjonalnymi. Niestety i ta inicjatywa upadła. Zmieniały się rządy i ministrowie środowiska, którzy przedstawiali kolejne projekty powiększenia parku narodowego w zamian za różne dotacje dla regionu (w roku 2008 proponowano niemal 200 milionów). Na łamach „Gazety Wyborczej” niestrudzony Adam Wajrak opisywał piękno i znaczenie Puszczy dla całego świata i przekonywał do konieczności powiększenia parku narodowego. Gminy jednak konsekwentnie mówiły nie. W Polsce od kilku lat działało już biuro Greenpeace. Spontanicznie zawiązała się więc koalicja organizacji przyrodniczych i obywatelskich tworząc społeczny komitet w celu złożenia w Sejmie projektu zmiany zapisu ustawy tak, by parki narodowe mogły powstawać po konsultacjach z lokalnymi samorządami zamiast obligatoryjnej zgody wszystkich.

Obrazek

Artykuł z „Gazety Wyborczej”

Prawnicy z nowootwartego w Warszawie biura europejskiej organizacji prawników środowiska ClientEarth, współpracując z inicjatywą przygotowali w uzupełnieniu projekt zapewniający zaangażowanie samorządów na wszystkich etapach tworzenia czy powiększania parków narodowych. W ciągu trzech miesięcy, mimo braku zaplecza medialnego czy politycznego udało się tej inicjatywie społecznej zebrać nie tylko wymagane 100 tys. ale ćwierć miliona podpisów i projekt zmian w ustawie trafił do Sejmu, gdzie... skierowano go do podkomisji i czeka od lat na lepsze czasy. A jednak ta historia najnowszych starań o lepszą ochronę Puszczy ma dobre zakończenie. Minister środowiska nie może objąć parkiem narodowym państwowych przecież a nie gminnych lasów Puszczy Białowieskiej bez zgody samorządów, jednak to on podpisuje 10-letnie plany urządzenia lasu – dokument, na podstawie którego leśnicy prowadzą w lesie gospodarkę przez 10 lat. W roku 2012 minister podpisał dokument, w którym obniżył ilość pozyskiwanego w Puszczy drewna z ponad 100 tys. m³ rocznie do około 47 tys. m³ z przeznaczeniem na rynek lokalny, utrzymując zakaz wycinania ponad stuletnich drzew i dodając do tego ponad stuletnie drzewostany według definicji prof. T. Wesołowskiego, czyli obszary gdzie drzewa ponad stuletnie stanowią udział powyżej 10% Dzięki tej decyzji Puszcza Białowieska jest dzisiaj chroniona najlepiej od czasów pierwszej wojny światowej. Szkoda, że jest to zapewnione tylko na okres 10 lat i że nadal nie możemy się pochwalić parkiem narodowym w całej Puszczy.

20 lat później

Znika puszcza

Już nie rośnie stary dąb,
Powalony siłą czasu.
W miejscu tym jest pusty kąt.
Tak się zmniejsza obszar lasu.

Tu nie sadzą młodych drzew,
Starych też nie przesadzają.
A leżące grube pnie,
Z wolna w ściółkę się zmieniają.

W miejscu tym wyrosną trawy,
I pokrzywy po sam pas.
Będzie miejsce do zabawy.
Po co komu jakiś las.

Wiesław Lickiewicz
(wiersz opublikowany w „Głosie Białowieży” nr 46/2014)

Autor tego wiersza jest przekonany, że bez sadzenia nowych drzew i przesadzania starych puszcza zniknie i porośnie trawą. Przed wieloma laty, robiąc wywiad do gazety usłyszałem w Nadleśnictwie Białowieża pytanie: Był pan w rezerwacie? – Odpowiedziałem, że tak – To sam pan widział, że tam już nic nie ma – padł komentarz. Ja tymczasem widziałem zupełnie co innego niż „nic”, chociaż mówiący do mnie te słowa był przekonany, podobnie jak autor wiersza, że skoro tam drzewa padają ze starości, to już nic tam nie może być.

Obrazek

Australijczycy przed polską ambasadą w Canberze

Wielowiekowa historia Puszczy i zmieniające się formy jej użytkowania i postrzegania nawarstwiły się w postaci różnych, często przeciwstawnych poglądów na jej funkcję. Wynika to z różnic kulturowych, niedostatków w edukacji, a najczęściej po prostu z sprzeczności interesów i relacji między grupami tychże. Jest tak wszędzie, gdzie człowiek żył i korzystał z przyrody, a zmieniający się szybko świat zburzył dotychczasową hierarchię wartości.

Adam pochodzi z Podlasia, skończył biologię. W wolnych chwilach przyjeżdża z Białegostoku do Puszczy. Angażuje się w działania zmierzające do jej lepszej ochrony. Zainteresowały go szczególnie rzadkie, z czerwonej listy gatunków chronionych, porosty i owady związane ze starymi drzewami. Postanawia poszukiwać ich w Puszczy i zgłaszać miejsca występowania, by tworzyć tam miejscowe strefy ochrony. Projekt finansują między innymi fundusze norweskie. Kiedy wspólnie z dwoma ich przedstawicielami jadą drogą leśną zatrzymuje ich inny samochód, a jego kierowca krzyczy do Adama: „Co ty k.... myślisz, że będziesz tu poruszał się po lesie jak po swoim? Jak cię kiedyś samego spotkamy to będziem topić w tym bagnie!”.

Obrazek

Analogiczna pikieta w Helsinkach

Nie wszyscy są zadowoleni z obecności przyrodników w lesie. Jakiś czas później Adam po powrocie z lasu znajduje swoje auto z przebitymi oponami i porysowaną karoserią. Innym razem, jadąc z grupą wolontariuszy na poszukiwanie porostów zostają zablokowani przez samochód terenowy, którego kierowca wzywa policję i wkrótce przyjeżdżają dwa policyjne samochody i policjanci przeszukują auto Adama w poszukiwaniu czegoś, co zdaniem policji mogło stanowić zagrożenie.

Podobno kierowca terenówki zgłosił, że w samochodzie „podejrzanego” są środki służące do odstraszania jeleni (!), żeby myśliwi nie mogli na nie polować. Faktycznie, grupa miłośników przyrody od kilku jesieni przyjeżdża w okresie rykowiska by je podziwiać, a przy okazji swoją obecnością przeszkadzać w polowaniach. Nocą nieznani sprawcy w kominiarkach podrzucili do ich obozu wieniec z napisem „ostatnie pożegnanie”.

Ale las jest dla wszystkich, nie tylko dla myśliwych. Tak orzekł sąd w spektakularnej sprawie wytoczonej przez leśników licealiście z Hajnówki, który w wolnych chwilach jechał rowerem do lasu z lornetką oglądać ptaki. Miał pecha, bo wypłoszył jelenia dewizowemu myśliwemu. O tej sprawie powstał popularny wśród internautów reportaż telewizyjny TVP „Obserwuję sobie ptaszki” (http://www.tvp.pl/bialystok/reportaz/bialostocka-szkola-reportazu/wideo/obserwuje-sobie-ptaszki/5760194).

Obrazek

Dąb wycięty jakoby na ławki w kościele. Fot. Janusz Korbel

Nuria przyjechała do Polski w latach 90. przyciągnięta sławą ostatniego lasu europejskiego. Zafascynowana jego pięknem, podziwiając naturalne procesy przyrodnicze zwróciła uwagę, że podobnie jak martwe drzewa odgrywają zasadniczą rolę w życiu leśnego ekosystemu, musi tak być i z martwymi zwierzętami. Postanowiła to zbadać. Przez kolejne lata obserwuje kto się żywi padliną w Puszczy Białowieskiej. Staje się niedościgłą tropicielką. W 2004 roku broni pracę doktorską zatytułowaną „Rola padliny w społeczności drapieżników Puszczy Białowieskiej”.

Zostaje adiunktem a wkrótce profesorem w Instytucie Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk w Krakowie i chociaż teraz bada głównie życie niedźwiedzi, to nadal prowadzi badania w Puszczy Białowieskiej, gdzie mieszka w niewielkiej wsi ze swoim mężem, znanym dziennikarzem przyrodniczym Adamem Wajrakiem. Kiedyś, gdy Adam był w obozie nad Rospudą, której cennej przyrody bronili przed niewłaściwie wytyczoną szosą ekolodzy, ktoś wybił okno w domu Nurii. W jej obronie stanął sąsiad i doszło do rękoczynów między miejscowymi, zakończonych szpitalem i procesem sądowym. Najnowszym projektem naukowym Nurii było badanie poziomu stresu i pasożytów u kruków w Puszczy na podstawie materiału pobranego z ich odchodów. Zimą 2012/2013 zauważyła w lesie duże skupisko kruków. Kiedy przyszła na miejsce natrafiła na ślady krwi i polowania, jednak bez ofiary. Polowali myśliwi, bo w Puszczy mają miejsce polowania. Ale to był rezerwat przyrody, gdzie polować nie wolno. Nuria określiła czas polowania, gatunek i wiek zwierzęcia na podstawie śladów. Nie miała wątpliwości, że naruszono prawo. Następnego dnia zgłosiła sprawę policji. Na wizję lokalną z udziałem myśliwego nie została poproszona.

Obrazek

Amerykańsko-hiszpańsko-polska reprezentacja koalicji BISON przed kancelarią prezydenta RP, 6 marca 2006 r. Fot. Janusz Korbel

Co roku pracownicy parku zabijają kilka chorych żubrów. Trafiają one do badań w instytucjach naukowych. Tego roku Nuria poprosiła o patrochy zabitego żubra, by zostawić je w lesie jako przynętę dla badanych kruków. Otrzymała je legalnie od służb BPN. O swoim projekcie poinformowała nadleśnictwa a one Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Białymstoku. Jakie było jej zdziwienie, kiedy wkrótce otrzymała stamtąd pismo grożące jej prokuraturą za „bezprawne przetrzymywanie gatunku chronionego”, o czym poinformowano także wszystkie nadleśnictwa puszczańskie. Badaczka stała się potencjalnym, a może rzeczywistym przestępcą o czym poinformowano odpowiednie służby leśne. A tymczasem „Kurier Poranny” z Białegostoku w maju tego samego roku donosi: Motywem przewodnim tegorocznej Nocy Restauracji jest odczarowanie regionalnych składników. W Białymstoku składnikami dań będą produkty pochodzące z Suwalszczyzny, Puszczy Białowieskiej i podlaskiego rolnictwa. Będą to zarówno owoce lasu, świeże ryby słodkowodne, jak i unikatowe na skalę światową mięso z żubra. I jak tu nie zapytać, czy służby środowiska zajęły się już restauratorami, którzy nie tylko bezprawnie przetrzymują gatunek chroniony, ale jeszcze robią z niego kotlety? Nuria jest Hiszpanką, jej nazwisko – Selva – po polsku znaczy Puszcza.

Wzdłuż drogi z Hajnówki do Białowieży, w okresie tzw. długiego weekendu, ktoś porozstawiał drogowskazy i porozwieszał transparenty. Napisy na nich umieszczone bulwersowały turystów: „Las chce żyć!”, „Zdrowy las a nie zgniły park!”, „Sabotaż!”, „Ekoterroryzm!”. Autorzy tej manifestacji chcieli pokazać ludziom, że w rezerwacie przyrody, jaki jest po obu stronach drogi do Białowieży „marnuje się” mnóstwo drewna. Chodzi o wycięte, martwe drzewa, które mogły zagrażać kierowcom, a które – zgodnie z wytycznymi dyrekcji środowiska, pozostawiono w lesie, by dały środowisko życia dla wielu gatunków chronionych w tym rezerwacie. Park narodowy dla autorów tych haseł jest symbolem zgnilizny, a zdrowy las to las, w którym drzewa się wycina. Na zaimprowizowanej z przyczepy mównicy, ustawionej w rezerwacie, pojawiają się obok siebie ksiądz katolicki, lewicowy lokalny polityk i poseł, były minister środowiska za rządów PiS a dzisiaj komentator z Radia Maryja i tartacznik. Wszyscy oni nawołują, by wrócić do wycinania Puszczy Białowieskiej, naukowców przyrodników i organizacje ekologiczne nazywając pseudoekologami lub ekoterrorystami. Pod przyczepą gra kapela śpiewając refren „Nie oddamy wam telewizji Trwam, Puszcza Białowieska należy się nam”.

Minęło 20 lat od przywiezienia pod Sejm RP pnia po wyciętym 300-letnim dębie, od początku kampanii zmierzającej do objęcia całej Puszczy parkiem narodowym, a nadal trwa spór między wizją lasu, w którym człowiek wycina stare drzewa, sadzi nowe i nie pozwala, żeby drewno „się marnowało”, a wizją dużego parku narodowego, którego celem jest ochrona naturalnych procesów przyrodniczych. Spór między rozwojem regionu w oparciu o przemysł surowcowy, a zrównoważonym rozwojem na bazie turystyki, której atrakcją w skali światowej jest ostatnia puszcza europejska o cechach pierwotnych – Dziedzictwo Ludzkości UNESCO.

Obrazek

Nurii nie jest obojętne co dzieje się w puszczy, dlatego fotografuje miejsca, gdzie mogło dojść do złamania prawa. Fot. Janusz Korbel

Mniej więcej w czasie, kiedy rozpoczęła się kampania w obronie Puszczy Białowieskiej, w połowie lat 90. ub. wieku ukazała się książka „Ecopsychology” (Ekopsychologia), zawierająca zbiór artykułów pisanych przez znamienitych przedstawicieli różnych dziedzin nauki i działań na polu społecznym. Światowej sławy autorytety nauk przyrodniczych Jane Goodall i Edward O. Wilson uznają ją za bezcenny głos, który powinni wziąć pod uwagę zarówno naukowcy, przyrodnicy, jak i prawnicy, ludzie odpowiedzialni za edukację i politykę. Nie doczekała się polskiego wydania a poglądy i świadectwa naukowe wskazujące na potrzebę zachowywania obszarów „dzikich”, takich, gdzie procesy naturalne przebiegają bez ingerencji człowieka są u nas nadal postrzegane jako dziwaczne. Niewielu Polaków jest w stanie zaakceptować tę część nauki ekologii, która mówi o powiązaniu psyche ze środowiskiem naturalnym. Nawet naukowcy pracujący w instytucjach białowieskich – leśniczych i przyrodniczych – nie zajmują się takimi aspektami nauki, bo wykraczają one poza ich wąskie specjalizacje badań. Nic dziwnego, że spory o Puszczę Białowieską ograniczają się do wydzierania sobie nawzajem terenu pracy i eksploatacji. Jedni chcieliby wycinać i sadzić drzewa, inni mieć nieskrępowane pole prowadzenia badań naukowych, jeszcze inni rozwijać turystykę a wszyscy razem robić pieniądze i karierę. Słowa Paula Sheparda, Theodore Roszaka czy E.O. Wilsona o tym, że miejsca dzikiej przyrody pozostawionej samej sobie i nieprzerwana sieć procesów naturalnych warunkują nasze zdrowie psychiczne, zdrowy rozwój dzieci i pełen, harmonijny rozwój osobowości nie docierają do północno-wschodnich kresów Rzeczpospolitej.

Janusz Korbel

Janusz Korbel (1946-2015) – jeden z liderów polskiego ruchu ekologicznego, dziennikarz, fotograf, publicysta, architekt. Założyciel Pracowni na rzecz Wszystkich Istot oraz Miesięcznika Dzikie Życie. Autor wielu publikacji i książek. Przez ostatnie lata swojego życia związany z Puszczą Białowieską. Był zwolennikiem powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego na obszar całej Puszczy.