DZIKIE ŻYCIE

Węzełek

Dagmara Stanosz

Infracienkie

Chyba każdy pamięta naukę wiązania sznurówek i moment satysfakcji, kiedy się w końcu udało. Ten czas prób i błędów, porażek, powtórzeń, relacji z tym drugim, który tłumaczy i cierpliwie czeka. Pętelka, kokardka, węzełek i słyszane przez kolejne lata „uważaj, żeby nie przydepnąć” (sznurówki). But się rozwiązał, trzeba stanąć, przykucnąć, zawiązać. Nikt nie wraca już wtedy myślami do poczucia sukcesu i dumy, jakie odczuwa kilkulatek nad kokardką w swoim trampku. Z wiekiem przychodzi nauka kolejnych – żeglarskich, ratowniczych, harcerskich, dla miłośników rękodzieła – hafty, ściegi, makramy, a dla technicznych i konceptualistów – systemy, struktury, konstrukcje. Codzienność podsuwa jeszcze te najzwyklejsze – w chustach, apaszkach, krawatach. Węzły wydają się być najbliżej ludzkich doświadczeń, najbardziej łącząc człowieka ze światem, w którym przędzenie jest aktywnością fizjologiczną, a wyplatanie instynktem. Idąc tym tropem, w symbiotycznej rzeczywistości medytacje nad pajęczyną, czy „masterclass” u ptaka remiza mogłyby okazać się jednymi z najlepszych think-thanków.

Fragment pejzażu. Fot. Dagmara Stanosz
Fragment pejzażu. Fot. Dagmara Stanosz

Przyglądając się historii różnorakich splotów, można uznać kulturową wyższość węzła nad klockiem. Tim Ingold, do którego tekstów chętnie wracam, odnosił ją do antropologicznej interpretacji architektury, sposobu myślenia o budowaniu i relacjach z otaczającym nas światem. Ja widzę w tym porównaniu konkluzję dla rozważań nad potrzebą różnorodności – biologicznej, kulturowej, poznawczej. W takim idealnym świecie słowo „inkluzywność” wpisywałoby się może bardziej w porządek astrobiologii, integrowania kosmosu niż naturalnego i kulturowego środowiska Ziemi.

Jako że świat człowieka idealny nie jest, pojawia się pytanie, czym ta inkluzywność dzisiaj właściwie jest? Najmniej może zestawem przepisów, wytycznych, idei, jeśli nie przekładają się na funkcjonalne rozwiązania w codziennym życiu. Mimo potrzeby takiej czy innej kategoryzacji, trudno jest różnorodność biologiczną i kulturową znormalizować i ułożyć w modułowe klocki z podziałem na normatywne (sprawne) i nienormatywne (niepełnosprawne). Jak pisał Ingold: „Świat złożony niczym układanka, z kawałków doskonale dopasowanych, o gładkich brzegach, nie nadawałby się do życia. Nic nie mogłoby się w nim ruszać i rosnąć”1.

Przekładając tę metaforę na człowieka i relacje społeczne – doskonale dopasowane mogą być co najwyżej teczki spraw zawierające akty narodzin, zgonów, diagnozy, dyplomy, świadectwa pracy, statystyki, opinie ekspertów, ale nie żywi ludzie.

„Ludzie – teczki”, „ludzie – akta sprawy” są częścią systemu, który często nie widzi lub nie chce widzieć splotów, zależności i przede wszystkim zróżnicowanych pod względem sprawności, pełnowartościowych ludzi funkcjonujących w przestrzeni – tej naturalnej i tej zbudowanej. Myśląc o projektowaniu miast dostępnych dla wszystkich, wracam do idei węzłów i klocków. Zmiana otoczenia zaczyna się od zmiany relacji, a ta od zmiany świadomości opartej na wiedzy, empatii, otwartości na różnorodność. Trudno jest tworzyć miejsca dostępne, jeśli cały czas buduje się z tego samego zestawu klocków, podkreślając, że jest to zgodne ze sztuką – zawodu, dyscypliny, dziedziny wiedzy. Metaforyczne odsunięcie klocków na rzecz przyjrzenia się splotom może być szansą na zrozumienie, że może warto zmodyfikować kształty, metody, układy. Obserwacja przyrody może być tutaj inspiracją.

Dagmara Stanosz

Przypisy:
1. T. Ingold, O klockach i węzłach, w: W przejściu. 43 teksty o architekturze i przestrzeni, Małopolski Instytut Kultury w Krakowie, Kraków 2022, s. 499.